Archive

Category Archives for "Metody nauki angielskiego"

Jak wykorzystać swoje hobby do nauki angielskiego?

Jedna z najfajniejszych lekcji, którą prowadziłem, przytrafiła mi się w grupie średniozaawansowanej zdominowanej przez mężczyzn. Dotyczyła sportu i wcale nie była łatwa jak na ten poziom. Ale okazało się, że kilku kursantów to fani piłki nożnej (w tym gier komputerowych typu FIFA), którzy nie dosyć, żeby byli zainteresowani każdym przygotowanym zadaniem, to na dodatek chętnie dzielili się swoją dodatkową wiedzą.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ uważam, że hobby czy pasja (np. sport, moda, gry, filmy Woody’ego Allena, itp.) może się stać fantastycznym sposobem na zrobienie niebanalnych postępów w języku angielskim (czy innym języku obcym).

Pomyślmy o tym – jeśli coś nas kręci, nie potrzebujemy specjalnej motywacji, żeby się tym zajmować. To i tak najprzyjemniejszy sposób spędzania czasu. Zwykłe ćwiczenia gramatyczne czy uczenie się ogólnego słownictwa to zawsze trochę droga pod górkę, ale jeśli język angielski jest medium, dzięki któremu rozwijamy swoje hobby czy pasję, nauka przestaje być obciążeniem. To się po prostu dzieje.

I najlepsze jest to, że jest też znacznie bardziej naturalna. Dlaczego? Ponieważ jest częścią naszego życia codziennego. To normalne, że jeśli coś nas interesuje, chcemy więcej o tym czytać, wypowiadać się na ten temat, rozmawiać z innymi, oglądać i słuchać czy uczestniczyć w działaniach innych fanów. To idealne środowisko do praktycznego, autentycznego użycia języka – polskiego, angielskiego i każdego innego.

Jestem zdania, że każdy, kto posiada już podstawy języka obcego, czyli powiedzmy mocny poziom elementary w angielskim, jest w stanie i powinien uzupełnić w ten sposób swoją dalszą naukę.

Oczywiście, im niższe ogólne kompetencje językowe, tym trudniej będzie przetwarzać bardziej skomplikowane informacje czy składnie się wypowiadać, ale i tak osoby zainteresowane jakimś tematem (np. piłką nożną), będą lepiej poruszać się w angielskim dotyczącym tej dziedziny. Dlaczego? Ponieważ w sukurs przyjdzie im duża wiedza o piłce nożnej, modzie czy chodzeniu po górach. Łatwiej będzie im połączyć polskie i angielskie realia.

Zresztą działa to też w drugą stronę – osobiście jestem sporym ignorantem, jeśli chodzi o kwestie botaniczne i zawsze uczenie się rodzajów drzew czy mniej powszechnych roślin przychodziło mi po angielsku z wielkim trudem. Za to wystarczy, że raz przeczytam artykuł o tematyce ekonomicznej, technologicznej, psychologicznej, kulturalnej czy sportowej i natychmiast zapamiętuję większość nowych informacji, ciekawe zwroty, itp.

Dlatego uważam, że należy szukać ekspozycji na język angielski związany z tematami, które nas interesują. Jak mogłoby to wyglądać w praktyce? Przyjrzyjmy się temu na przykładzie piłki nożnej.

Angielski w piłce nożnej

Na początek warto uporządkować podstawowe terminy związane z naszymi zainteresowaniami. Jak powiedzieć rzut karny, dogrywka, doliczony czas gry, spalony, bramkarz, ławka rezerwowych, kapitan i wiele innych podstawowych pojęć? Moim zdaniem jest tu pole do popisu – do pracy ze słownikami, z mapą mózgu lub innymi formami robienia notatek i porządkowania informacji. To jak najbardziej część nauki języka obecgo.

Kaplan - angielski w piłce nożnej

źródło: http://www.kaplaninternational.com/pl/blog/jak-mowic-o-pilce-noznej-po-angielsku/

Zresztą nie zatrzymywałbym się na pojedynczych wyrażeniach, tylko rozbudowałbym je o kolokacje czy popularne wyrażenia, żeby jeszcze bardziej zbliżyć się do naturalnego języka. Kilka pierwszych z brzegu przykładów:

a. to lose possession / stracić posiadanie piłki / Everton lost possession early in the second half and United totally controlled the game.

b. good in the air / dobrze grać głową / A defender needs to be good in the air.

c. to be shown the red card / otrzymać czerwoną kartę / After another careless foul he was shown the red card.

Najlepiej stworzyć takie materiały samemu – jestem wielkim zwolennikiem robienia obfitych notatek, ale można korzystać też z ogólnie dostępnych materiałów (jak ten).

Źródłem autentycznego angielskiego związanego z piłką nożną mogą być strony internetowe FIFA czy UEFA, portale o footballu typu Goal.com, sekcje sportowe angielskich gazet czy oficjalne i nieoficjalne strony klubów. Podobnie jak w polskich mediach, znajdziemy tam relacje z meczów, a nawet komentarze na żywo.

Jeśli czujemy się na tyle komfotowo z angielskim, żeby oglądać mecze z angielskim komentarzem, ciekawy pomysł to przejrzenie na YouTube starych, klasycznych pojedynków. W Polsce mamy świetnych, kultowych komentatorów sportowych typu Dariusz Szpakowski, Włodzimierz Szaranowicz, Mateusz Borek czy Tomasz Zimoch. Z czystej ciekawości warto sprawdzić, jak to brzmi po angielsku.

Osobiście pamiętam jak dziś finał Ligi Mistrzów z 2005 pomiędzy Milanem i Liverpoolem. Liverpool przegrywał 3-0, żeby w regulaminowym czasie gry wyrównać i wygrać w karnych. W bramce angielskiego zespołu stał Jerzy Dudek.

Komentarz przy wyrównującej bramce: „And mission impossible is accomplished. Liverpool were three nil down five minutes ago and now – look at that scoreline!”.

Polecam rzuty karne z angielskim komentarzem, które decydowały o wyniku finału. Zaczynają się od: „Here we go. Fingers crossed for Liverpool…”

W internecie jest też naprawdę dużo materiałów szkoleniowych dotyczących różnych elementów piłki nożnej. To także źródło „branżowego” języka znanego każdej osobie, która ogląda lub uprawia ten sport.

Muszę przyznać, że czytanie relacji w mediach, słuchanie angielskiego komentarza czy nawet włącznie angielskiego komentarza w grze komputerowej to jedno, ale z własnego doświadczenia wiem, że trochę inaczej sprawa wygląda na boisku.

Zanim dość nieprzyjemnie skręciłem lewą kostkę, przez dłuższy czas grałem w nogę z grupą native speakerów. Na początku czułem się bardzo nieswojo mimo tego, że byłem magistrem anglistyki i doświadczonym nauczycielem. To był jeszcze inny angielski. Angielski krótkich i szybkich komend, wyrażania silnych emocji powszechnych na boisku i natychmiastowego reagowania na sytuację: „Bring it in”, „line”, „take the far post”„on your marks”, „mark him”, „keep pushing”, „unlucky!, „man on”, „Rob’s with you”.

W każdym razie, czy to piłka nożna, czy moda, czy jakiekolwiek inne hobby, nasze zainteresowania mogą dostarczyć naprawdę interesującego kontekstu do nauki języka angielskiego. Jest to dobry sposób na uzupełnienie ogólnego angielskiego, wyspecjalizowanie się w ciekawej dziedzinie i rozbudowanie swojej motywacji do rozwoju językowego.

Artykuł zainspirowany przez szkołę językową Kaplan International.

Jak nauczyć się podstaw angielskiego biznesowego?

Jakiś czas temu jeden z czytelników zapytał mnie na Facebooku, jakie poleciłbym mu materiały do nauki biznesowego angielskiego. W pierwszym momencie zacząłem wypisywać wszystkie darmowe kursy biznesowego angielskiego, które znam z sieci, oraz angielskie magazyny o zabarwieniu biznesowym, które warto czytać. Ale po chwili się zatrzymałem – przypomniałem sobie, że znam coś lepszego.

Co to takiego? Zanim podzielę się swoją wiedzą o tym, jak nauczyć się podstaw angielskiego biznesowego, chciałbym napisać kilka słów o moich doświadczeniach z uczeniem tego typu kursów.

Gdzie się uczyć angielskiego biznesowego?

Gdzie się uczyć angielskiego biznesowego? photo credit: theritters

Po pierwsze – mój sprzeciw zawsze budziło wydzielanie Business English jako osobnego segmentu języka angielskiego. Jest to po części sprawka instytucji odpowiedzialnych za komercyjne egzaminy, podręczniki i kursy – zauważyły one zapotrzebowanie na tego typu zajęcia i szybko stworzyły odrębny segment obok ogólnego angielskiego. Drugi winowajca to nasza fascynacja życiem korporacyjnym, z oficjalnymi prezentacjami, negocjacjami, raportami i całym żargonem z tym związanym. Kursy i egzaminy Business English są zbudowane w jakiejś mierze na corpospeak (to downsize, to sunset a project, deliverables, actionable, bottom line, etc.).

Po drugie – mam również spore wątpliwości, jeśli chodzi o wykorzystywanie artykułów z naukowych publikacji (np. International Journal of Inventory Management) lub prasy finansowej (np. The Economist, Business Week) do uczenia języka biznesu.

To podejście jest powszechne na polskich uczelniach wyższych – zarzucić studentów długim i zawiłym tekstem, bez względu na ich poziom znajomości angielskiego, a potem wymagać znajomości słówek, ustnego streszczenia czy zajęcia stanowiska wobec problemów z tekstu. To jest antyedukacja.

Przecież język naukowych publikacji to nie język praktycznego biznesu, tylko środowiska naukowego, które chce jakoś opisywać procesy w biznesie. To mała i w gruncie rzeczy średnio ważna nisza. A język prasy finansowej to język dziennikarstwa ekonomicznego, wciąż bardzo, ale to bardzo daleki od tego, co na co dzień robią pracownicy firm czy przedsiębiorcy. Niestety wiele podręczników do tzw. Business English korzysta właśnie z tekstów z The Economist czy The Financial Times jako głównego źródła.

Chociaż jeśli kogoś interesuje właśnie ten aspekt Business English – naukowy, dziennikarski – na pewno znajdzie wiele dobrego na standardowych kursach biznesowego angielskiego.

Dla mnie język biznesu to w mniejszym stopniu język teoretyków amerykańskich korporacji piszących w Harvard Business Review czy dziennikarzy ekonomicznych z Business Weeka. To przede wszystkim język przedsiębiorców – małych i dużych. To język, który jest narzędziem codziennego prowadzenia firmy, odnosi się do konkretnych problemów i pomaga je rozwiązywać.

Może się mylę, ale to właśnie język praktycznej przedsiębiorczości powinien być domyślnym rodzajem języka biznesu.

Tak czy inaczej – wszystkich, którzy podzielają moją opinię i chcieliby nauczyć się podstaw tak rozumianego angielskiego biznesowego, zainteresować może inicjatywa edukacyjna firmy HP, która przygotowała całkowicie darmowy kurs podstaw przedsiębiorczości. Moim zdaniem może z powodzeniem służyć jako praktyczny kurs podstaw biznesowego angielskiego.

HP Learning Initiative for Entrepreneurs to platforma edukacyjna, na której można nauczyć się podstaw finansów, marketingu czy komunikacji w małej firmie. Są nagrania wideo, audio, czytanie, pisanie, a nawet trochę matematyki – wszystko na konkretnych dylematach początkujących przedsiębiorców. I najważniejsze – to nie jest kurs biznesowego angielskiego. To jest prosty kurs podstaw przedsiębiorczości po angielsku. Moim zdaniem to nawet lepiej.

Plan zajęć z angielskiego biznesowego

Plan zajęć z angielskiego biznesowego

Do tego dochodzi możliwość dyskutowania i zawierania kontaktów z ludźmi z całego (rozwijającego się) świata. Jeśli ktoś zna lepszy sposób na biznesowy angielski, chętnie go poznam.

Jak przełamać kryzys średniozaawansowanego?

Większość studentów, których uczyłem od etapu początkującego przez kolejne kilka lat, doświadczało jakiejś formy kryzysu po dwóch, trzech latach nauki. Mijał pierwszy zapał, angielski przestawał być aż takim wyzwaniem jak na początku, a o odczuwalne postępy było coraz trudniej. Jest na to nawet określenie wśród nauczycieli angielskiego, którzy mają problem z wykrzesaniem w studentach na tym etapie motywacji – intermediate plateau, czyli płaskowyż średniozaawansowanych. Na jakiś poziom się już wspięli, ale teraz poruszają się po długiej, męczącej, mało atrakcyjnej równinie przed kolejnymi szczytami.

Z mojego doświadczenia i z komentarzy innych nauczycieli wynika, że taki okres następuje po ok. dwóch, trzech latach i zbiega się z podręcznikami na poziomach intermediate oraz upper-intermediate.

Dlaczego tak się dzieje?

Najważniejszy powód to spadek motywacji wynikający z tego, że coraz trudniej robić odczuwalne postępy. Jeśli ktoś zaczyna od zera lub porządkuje jakieś tam strzępki angielskiego, które zna, w pierwszym etapie nauki przechodzi prawdziwą rewolucję. Podstawowe elementy zaczynają się składać w coraz bardziej skomplikowane całości, osiągnięcia widać gołym okiem (np. coraz dłuższe rozmowy, zdolność do napisania kilku spójnych zdań o sobie, itp.). To bardzo energetyzujące doświadczenie, jeśli ktoś naprawdę się stara.

Poza tym – wszystko jest nowe. Słownictwo, gramatyka, dźwięki, ale też sama sytuacja uczenia się nowego języka. A metodyka angielskiego oraz poziom wyszkolenia anglistów jest naprawdę wysoki, więc w dobrych szkołach to nie są nudne i przewidywalne lekcje. Wiem, że dla niektórych studentów fajne zajęcia językowe mogą stanowić najprzyjemniejszy element całego tygodnia.

Od poziomów średniozaawansowanych coraz większy nacisk kładziony jest na powtórkę, konsolidację oraz stopniowe rozszerzanie zagadnień. To oznacza, że w podręcznikach i na zajęciach mogą pojawiać się podobne tematy leksykalne i gramatyczne. I wtedy się zaczyna: „ale my to już mieliśmy”, „po co robić znowu to samo”, „ile można się uczuć o częściach ciała”, itp.

Do tego dochodzi jakaś tam powtarzalność metod nauczyciela i ogólne zmęczenie wynikające z tego, że uczymy się czegoś bezustannie przez kilkanaście miesięcy w podobnym tempie. Jeśli dodamy do tego wrażenie, że jako średniozaawansowany potrafię już naprawdę sporo i poradzę sobie w większości normalnych sytuacji, coraz trudniej dojrzeć motywację do dalszego rozwoju.

Uważam, że ten mechanizm działa nie tylko w angielskim, ale w procesie uczenia się innych umiejętności (nie tylko w szkole).

Jak przejść przez płaskowyż średniozaawansowanych bez kryzysu?

Mam dwie rady, choć jestem pewien, że znalazłoby się ich dużo więcej. Jeśli ktoś ma coś do powiedzenia z własnego doświadczenia jako nauczyciel lub uczeń, zapraszam do komentowania.

Moja pierwsza rada brzmi: wyspecjalizuj się.

Na pewnym etapie możemy odczuwać zmęczenie ogólną tematyką zajęć z angielskiego – tematy nie zawsze odnoszą się do naszej codzienności, pracy czy zainteresowań. Sam jako uczeń ciężko znosiłem np. konwencjonalne zajęcia o ubraniach, modzie czy niektórych zagadnieniach gramatycznych (np. present perfect continuous). Małe mnie to obchodziło.

Dlatego jeśli dysponujemy już jako takimi podstawami, a ktoś na poziomie średniozaawansowanym powinien z łatwością czytać nieskomplikowane teksty, wyrażać podstawowe myśli, składnie pisać i radzić sobie z niewymagającym rozumieniem ze słuchu, powinniśmy odbić w kierunku, który nas naprawdę pociąga.

Chodzi mi o wyspecjalizowanie się w jakimś podzbiorze angielskiego. Oczywiście język angielski jest jeden, ale np. inżynier produkcji, konstruktor, finansista, farmaceuta czy położna mają sporo odrębnego słownictwa czy specyficznych sytuacji komunikacyjnych. Moim zdaniem powinni zainwestować czas i energię, żeby do ogólnego angielskiego dodać ten komponent.

Dlaczego? Ponieważ ich motywacja do nauki bardzo adekwatnych spraw powinna być wyższa niż np. powtórki z części ciała czy ubrań. Nadal mogą poruszać się po tym męczącym płaskowyżu ogólnego angielskiego, ale jednocześnie dopingować się na własnym podwórku.

Zresztą, będziemy zdziwieni jak bardzo język różnych branż się przenika i jak wiele z nowej wiedzy będziemy mogli zastosować również na zwykłych zajęciach angielskiego.

Z kolei jako lektor muszę powiedzieć, że najlepiej wspominam chyba zajęcia ze studentami różnych kierunków na Politechnice Poznańskiej, w firmach z różnych branż czy z bankowcami. Dlaczego? Wymagały ode mnie wyjścia poza dość oklepaną tematykę zajęć z angielskiego i dostosowania się do całkiem wymagających profesjonalistów. Najważniejsza część tego dostosowania się to właśnie zrozumienie i opanowanie nowej terminologii. I to nie na poziomie tłumaczenia słowo w słowo, ale zdolności do rozmawiania z ludźmi o tych tematach, a nawet nauczenia ich czegoś z ich własnej branży.

To moja rada dla nauczycieli w stanie wypalenia zawodowego – wyjdźcie poza ogólny, szkolny angielski. English for Specific Purposes to najbardziej interesująca część branży nauczania języka angielskiego. I żeby było jasne: nie trzeba kończyć studiów podyplomowych z bankowości, żeby uczyć bankowców. Wystarczy być otwartym, pomocnym i uczyć się na bieżąco.

Jeśli to kogoś interesuję, to właśnie w uczeniu angielskiego ESP w wielu branżach upatruję jednego z powodów swojego odejścia od uczenia. W tym czasie mogłem zaobserwować, jak pracuje się w innych dziedzinach niż edukacja, porozmawiać z naprawdę fantastycznymi specjalistami i nauczyć się tyle, żeby mieć podstawy do zorganizowania zawodowej zmiany na własnych warunkach.

Moja druga rada jest dużo krótsza – wyjdź poza szkolną ławkę.

Nie ma co polegać na nauczycielach jako jedynych przewodnikach w nauce angielskiego czy czegokolwiek innego. Naprawdę większość z nas jest zdolna do samodzielnej nauki większości umiejętności, szczególnie jeśli podstawy są na swoim miejscu.

Olbrzymim impulsem do doskonalenia swoich umiejętności jest tworzenie czegoś w obcym języku, zaangażowanie się w jakiś projekt czy organizację międzynarodową, wyjazd stypendialny typu Erasmus czy jego odpowiednik dla dorosłych, wzięcie udziału w jakimś międzynarodowym konkursie, itp. Pomysłów jest nieskończona ilość, a najlepiej widać je wtedy, kiedy podniesiemy wzrok znad szkolnego podręcznika. Heads up!

3 strony internetowe, które pomogą Ci atrakcyjnie prezentować informacje

Co ma wspólnego prezentowanie informacji z nauką języka angielskiego czy jakiegokolwiek innego? Wbrew pozorom bardzo dużo. Przecież języki służą właśnie do komunikowania się, przekazywania informacji, do wyrażania najróżniejszych treści.

Możemy robić to w najprostszy sposób – słowem pisanym. Ale nie ma się co oszukiwać – żyjemy w kulturze obrazkowej, multimedialnej, oczekujemy bogatszych i efektowniejszych form komunikacji. Jestem wielkim fanem wciągania tego trendu do nauki języka i innych umiejętności.

Dlaczego? Ponieważ w atrakcyjnym prezentowaniu informacji w języku obcym łączy się element nauki z czymś dużo bardziej twórczym. A uczenie się jest sto razy skuteczniejsze, jeśli nie tylko powtarzamy czy przetwarzamy informacje, ale też coś tworzymy.

Warto zajrzeć na te trzy strony internetowe, żeby przekonać się, że w każdym języku można naprawdę kreatywnie się wyrazić. Każda z nich pozwala na tworzenie nowych, atrakcyjnych treści przez użytkowników.

1. Prezi

O tej stronie do tworzenia naprawdę wystrzałowych prezentacji dowiedziałem się, uwaga, uwaga, od jednego z najgorszych studentów w jednej z grup, którą uczyłem swego czasu na Politechnice Poznańskiej. Nie był to na pewno orzeł, jeśli chodzi o język angielski, ale miał wiele innych pozytywnych cech.

Nawiasem mówiąc, moje doświadczenia z zadawaniem uczniom i studentom obowiązkowych prezentacji są fatalne. Jesteśmy niestety po czubek głowy zanurzeni w kulturze kopiuj-wklej.

Większość prezentacji była po prostu zdarta z Wikipedii lub innego źródła, a wysiłek włożony w przygotowanie i dostarczenie całości dla publiczności bardzo niski. Nie dało się nie odnieść wrażenia, że to całe zadanie to atrapa – odbębnić, stracić trochę czasu i przetrwać. Tego typu nastawienie wielu studentów było jedną z głównych przyczyn mojego odejścia z systemu formalnej edukacji – to po prostu nie działa i nie ma się co oszukiwać, że jest inaczej. Oczywiście zdarzały się chwalebne wyjątki.

Wracając do Prezi – jest to aplikacja do tworzenia i udostępniania dynamicznych, ciekawie zaaranżowanych prezentacji. Nie ma co opowiadać, to trzeba zobaczyć na własne oczy. Polecam stworzenie następnej prezentacji w pracy lub szkole w Prezi.

2. Infogram

Co ciekawe, firma Infogram pochodzi z jednego z moich ulubionych miast – Rygi na Łotwie. Prowadzi serwis, na którym możemy tworzyć tzw. infografiki, czyli połączenie danych z elementami wizualnymi (np. zdjęciami, diagramami, wykresami, itp.). Coś o tym już wspominałem przy okazji map mózgu.

Czy to można wykorzystać przy nauce angielskiego lub innych języków obcych? Dlaczego nie? Jeśli ktoś ma zmysł projektanta i lubi pracować z różnymi mediami, może wykorzystać to narzędzie do powtórki jakiegoś materiału. Potrafię sobie wyobrazić infografikę na temat jakiegoś tematu leksykalnego (słownictwo) lub streszczenie artykułu w wizualnej formie (z najważniejszymi cytatami, itp.).

Jak to może wyglądać? Weźmy pierwszą lepszą infografikę z serwisu visual.ly, który zbiera tego typu wynalazki i pozwala tworzyć nowe. Zadanie domowe – stwórz swoją pierwszą infografikę w języku angielskim na wybrany temat.

Slideshare to strona, na której użytkownicy mogą umieszczać swoje prezentacje (np. zrobione w Prezi czy MS Powerpoint). Robią to, żeby dzielić się wiedzą i promować swoją osobę.

Warto zajrzeć na Slideshare, jeśli szukamy inspiracji do jakiegoś tematu lub jeśli chcemy po prostu przejrzeć czyjąś pracę. A niektóre z nich są naprawdę fenomenalne. Codziennie serwis promuje kilka wyróżniających się pokazów slide’ów, nie tylko podanych w atrakcyjny sposób (również jeśli chodzi o język), ale też na super ciekawe tematy, którymi żyje świat. Warto zajrzeć, mimo że nie są to materiały czysto edukacyjne.

Ale czy edukacja musi odbywać się w szkole, z podręcznika i pod okiem nauczyciela?

Czy mapy mózgu pomagają w uczeniu się?

Jedna z czytelniczek zapytała mnie w komentarzu, czy uważam mapy mózgu za dobry sposób wspomagania nauki języka angielskiego? Krótka odpowiedź brzmi: hell, yeah!

Pod wieloma względami jest to jeden ze sposobów robienia notatek praktycznie na każdy temat, a jak już pisałem wcześniej uważam notatki w każdej formie za podstawę uczenia się angielskiego. Uczenia się czegokolwiek. Ale mapa mózgu to więcej niż notatka – to cały uporządkowany system dotyczący jakiegoś zagadnienia.

Stworzenie mapy mózgu jest więc w pewnym sensie równoznaczne z uporządkowaniem jakiegoś obszaru – może być to słownictwo związane z konkretnym tematem czy nasze poglądy dotyczące pytania, którego możemy spodziewać się np. na egzaminie ustnym. Tak czy inaczej, chodzi o zebranie dużej liczby informacji w jeden system.

Jakie są zalety map mózgu?

Zacznę od własnych doświadczeń w roli lektora / nauczyciela angielskiego. Prowadziłem kilka razy zajęcia z mówienia (tzw. speaking) przygotowujące studentów anglistyki do egzaminu ustnego. Sam też do wielu takich egzaminów się przygotowywałem w czasach studenckich.

Jednym z największych problemów każdego zdającego jest utknięcie w koleinie. O co chodzi? O to, że podczas rozmowy z egzaminatorem na bardzo szeroki temat (powiedzmy: rolę internetu w naszym życiu) kandydat mówi ciągle o jednym jego aspekcie (na przykład: tylko zagrożenia internetu). W stresie spowodowanym egzaminem ustnym, nie potrafi przejść do innych aspektów tego tematu i robi przez to dużo gorsze wrażenie. Przede wszystkim dlatego, że szybko kończą mu się pomysły, o czym by tu jeszcze powiedzieć.

A stąd już prosta droga do tzw. avoidance strategies, czyli dążenia do jak najszybszego zakończenia wypowiedzi („Well. I think that’s it basically”, „Nothing comes to my mind really”, itp.).

Moja rada dla studentów, która wzięła się z moich własnych technik, była zawsze taka sama – użyjcie mapy mózgu, żeby stworzyć wokół jednego pytania czy zagadnienia jak najwięcej jego aspektów. Żeby spojrzeć na nie z różnych stron i je sproblematyzować. Oczywiście – nigdy nie ogarniemy w ten sposób wszystkiego, ale przy odrobinie wysiłku wymyślimy o wiele więcej niż w chwili stresu na egzaminie. Tak może to wyglądać w najprostszej formie – rozbite pod kątem tego, na kogo oceniam wpływ internetu – najmłodszych, dorosłych czy ludzi starszych.

Czy mapy mózgu to dobry pomysł w nauce języka angielskiego?

Czy mapy mózgu to dobry pomysł w nauce języka angielskiego? zrobione w bubbl.us

Oczywiście mapy mózgu mogą mieć bardziej artystyczną formę i dać w ten sposób trochę dodatkowej satysfakcji w trakcie uczenia się. Przy tego typu mapach zawsze radziłem dodawać w odpowiednich miejscach ciekawe cytaty, przykłady, anegdoty, itp. – dzięki temu wypowiedź jest ciekawsza.

Ale najważniejsze jest tak naprawdę coś innego – mapy mózgu w jakiś tam sposób odzwierciedlają to, jak działa nasz mózg. Jest on w każdym momencie nakierowany na porządkowanie informacji, wrzucanie ich do odpowiednich kategorii, ustalanie połączeń między nimi, itp.

I najlepsze jest to, że po pewnym czasie pracowania z mapami mózgu wzmocnimy ten tryb działania na tyle, że nie będziemy potrzebować za każdym razem wizualizacji naszych pomysłów. Łatwiej będą układać się nam w coś uporządkowanego, bo wiele razy przećwiczyliśmy ten schemat klasyfikowania, itp.

Mapy mózgu – jak i kiedy je robić

Uważam, że najlepsze mapy mózgu możemy zawsze zrobić dla siebie sami. Podobnie zresztą jak fiszki czy notatki. Nie ma jednej optymalnej metody – każdy jest inny, każdy myśli i kojarzy fakty trochę inaczej. Ja jestem zwolennikiem prostoty, ale wiem, że wiele osób lubi wykorzystywać kształty, rozmiary czy kolory, żeby dodatkowo wzmocnić efekt i tworzyć w praktyce infografiki (jak ta z Bondem poniżej), a nie mapy mózgu. Tak czy inaczej – największa korzyść jest z tworzenia, a nie efektu końcowego.

James Bond 50th anniversary mind map

 

Najważniejsze, żeby mapa koncentrowała się wokół jednego tematu lub zagadnienia i w jakiś logiczny sposób organizowała jak najwięcej informacji wokół niego.

Tu jest dość istotny moment – najpierw musimy mieć dużo informacji, a dopiero potem je będziemy porządkować. Dlatego robienie map mózgu to moim zdaniem dobry sposób na podsumowanie lub ogarnięcie większego materiału. Zakończyłaś duży rozdział z angielskiego – podsumuj słownictwo w formie mapy mózgu. Przeczytałeś duży tekst z mnóstwem nowych pojęć – spróbuj przedstawić to jako mapa mózgu.

Czy mapy mózgu pomagają w nauce angielskiego – podsumowanie

Najbardziej pomoże nam tworzenie takich map – nie ma nic lepszego niż samodzielne przetwarzanie i porządkowanie informacji, również językowych. Nie tylko będziemy mieli materiały dostosowane do naszych potrzeb, ale w twórczy i krytyczny sposób przerobimy słownictwo, zagadnienia tematyczne czy coś innego. Po pewnym czasie wypracujemy łatwość w uczeniu się nowych rzeczy, bo wszystkie poprzednie będą na swoim miejscu, a my będziemy mieli skuteczną metodę rozpracowywania kolejnych.

To oczywiście tylko część procesu uczenia się języka czy innych umiejętności i nie należy ich traktować jako magicznego rozwiązania wszystkich problemów.

Tutaj więcej sposobów na skuteczniejsze uczenie się – między innymi metoda optymalnych powtórek, technika Pomodoro oraz technika Feynmana.

Jak uczyć się lepiej i zapamiętać więcej dzięki metodzie optymalnych powtórek?

Nasz mózg jest zdolny do przetwarzania, magazynowania i zapamiętywania nieprawdopodobnych ilości informacji, a dzięki technologii możemy go jeszcze dodatkowo napędzić. Gdyby każdy z nas wykorzystał choćby w dużej części potencjał tych dwóch elementów, względnie szybko stałby się geniuszem. Nauczenie się angielskiego w rok czy dwa byłoby całkowicie realne. Więcej: nauczenie się większości umiejętności byłoby w zasięgu każdego z nas.

Niestety jest jeszcze trzeci element tej układanki – nasz temperament, który sprawia, że szybko się poddajemy, nie jesteśmy regularni, dajemy się łatwo rozproszyć, itp. Gdyby udało się jakoś wyeliminować ten składnik z naszej nauki (choćby częściowo), osiągalibyśmy dużo większe postępy w każdej dziedzinie, na której nam zależy.

W latach 80-tych i 90-tych pewien student politechniki w Poznaniu stworzył razem z grupą kolegów system, który optymalizuje uczenie się. Stworzył go dla siebie. Konkretniej: chciał szybciej i skuteczniej nauczyć się angielskiego. Na czym polega metoda optymalnych powtórek? Jak jej użyć, żeby uczyć się lepiej i zapamiętać więcej?

Metoda rozłożonych w czasie powtórek

Tym studentem jest dość ekscentryczny założyciel firmy SuperMemo Piotr Woźniak, obecnie pięćdziesięciolatek, który unika kontaktu z mediami i rozgłosu. Jest prawdopodobnie bardziej popularny zagranicą niż w Polsce, mimo że praktycznie nie podróżuje. Tutaj super ciekawy artykuł z magazynu Wired o jego teoriach na uczenie się.

No właśnie, na czym polega jego sekret uczenia się języków obcych i innych umiejętności?

Jest oparty o założenie, że nasz mózg jest równie zdolny do uczenia się, jak i zapominania. Wszyscy znamy to z doświadczenia – jednego dnia wydaje się nam, że coś rozumiemy i potrafimy, kilka dni później pamiętamy zaledwie, że się tego uczyliśmy. Może to być jakieś słownictwo, zagadnienie gramatyczne, fakty historyczne czy cokolwiek innego. Bez powtarzania materiału nie uda się nam zachować go w pamięci na dłużej.

Ale to banał. Woźniak poszedł o krok dalej – metodą prób i błędów na sobie stworzył algorytm, który przewiduje, kiedy najlepiej powtarzać informacje, żeby ich potem nie zapomnieć. Kwestia czasu powtórki ma, jak się okazuje, gigantyczne znaczenie dla skuteczności uczenia się. Potwierdzają to także badania psychologów wykonane niezależnie od wysiłków Woźniaka.

Po pierwsze – najlepszy moment, żeby coś powtórzyć jest wtedy, kiedy już zaczynamy to zapominać.

Po drugie – o ile pierwsza powtórka powinna wydarzyć się dość szybko (np. dzień, dwa po zapoznaniu się z materiałem), kolejne trzy następują po dłuższych odstępach czasu. Z każdym kolejnym nasz mózg wolniej zapomina te informacje, po czwartym powinniśmy zapamiętać je na zawsze. Tak wygląda to na wykresie.

Czy SuperMemo działa? Czy warto się uczyć metodą optymalnych powtórek?

Czy SuperMemo działa? Czy warto się uczyć metodą optymalnych powtórek? credit: Wired

Zakuj, zalicz, zapomnij

Woźniak nie ukrywa, że rozwinął swoją metodę, dlatego że był sfrustrowany stylem uczenia się polegającym na bezmyślnym zakuwaniem pod egzaminy, który marnował jego zasoby pamięci. Szczególnie żal było mu wiedzy, na której mu zależało – przede wszystkim języka angielskiego.

Metoda optymalnych powtórek jest więc ekstremalnym antidotum na podejście „zakuj, zalicz, zapomnij”.

Ze swojego doświadczenia wiem, że filozofia trzech z ma swoje uzasadnienie. W wielu sytuacjach pozwala przetrwać w momentach, kiedy programy nauczania czy nadgorliwość prowadzących skutkują przeładowaniem nieistotnymi informacjami, nadmiernymi wymaganiami. Wielką sztuką jest wtedy selekcja materiału. Co zasługuje na nasze zaangażowanie (w stylu metody optymalnych powtórzeń), co można potraktować trochę ulgowo?

Myślę, że jest to jeden z najtrudniejszych aspektów uczenia się i nie zgadzam się z nastawieniem typu „ja jestem humanistką”, „ja jestem umysłem ścisłym”, tego czy tamtego nie muszę umieć. Moim zdaniem wiedza to wielki układ naczyń połączonych i rezygnowanie z góry z całych dziedzin to wielki błąd w dłuższym terminie, zamykanie się na doświadczenia. Z drugiej strony wiadomo, że nie we wszystkim da się być ekspertem.

Jak używać metody optymalnych powtórek?

Na początku do zorganizowania sobie nauki wystarczyły Woźniakowi karteczki z zapisanymi informacjami, które chciał zapamiętać. Stopniowo rozwinął i ulepszył swój system do tego stopnia, że zbudował algorytm oraz program komputerowy, który planuje za nas naukę. Musimy z nim oczywiście współpracować, np. ustalać materiał, ustalać priorytety, itp.

Osobiście nigdy nie używałem SuperMemo. Nie wiem nawet, jak wygląda jego interface. Na podobnych założeniach zbudowana została platforma do uczenia się poprzez tzw. fiszki – Fiszkoteka, z której też nigdy nie korzystałem poza chwilowym testem.

W każdym razie, tego typu systemy polegają na dzieleniu wiedzy na niewielkie części oraz powtarzaniu jej w bardzo zorganizowany sposób. Ich działanie jest oparte o funkcjonowanie naszej pamięci.

Czy to działa?

Z jednej strony nie da się podważyć zasadności uczenia się poprzez powtarzanie – einmal ist keinmal. Jeśli możemy do tego dodać optymalny harmonogram powtórek, dlaczego nie skorzystać z takiej pomocy? Szczególnie jeśli zależy nam na opanowaniu jakiejś wiedzy. Wiem, że podejście Woźniaka jest bardzo popularne wśród programistów uczących się nowych języków (np. HTML czy Javascript). Można je zastosować w wielu innych dziedzinach.

Moja droga do swobody posługiwania się angielskim też prowadziła przez regularne powtórki, chociaż nigdy nie wypracowałem tak konsekwentnego, maszynowego systemu do ich optymalizacji. Niewykluczone, że dzisiaj znałbym więcej angielskich słówek, gdybym uczył się inaczej.

Tylko co by mi to dało?

I to jest właśnie druga strona tej metody nauki języków. Jest ona nastawiona na zimne optymalizowanie naszych postępów. W swojej ekstremalnej formie sprowadza się do poddania naszej pamięci zaleceniom komputerowego algorytmu. To na pewno skuteczne w sensie ilościowym, ale ja nigdy nie uczyłem się tylko po to, żeby bić rekordy, śróbować osiągi mojego mózgu, itp.

Bardzo ważna była da mnie również radość i sens uczenia się – nie widziałem ich w podążaniu za zaleceniami komputera, widziałem za to w takich nieoptymalnych czynnościach jak czytanie dla przyjemności, błądzenie bez celu w różnych zakamarkach anglosaskiej kultury, uczenie się z innymi, skakanie po różnych poziomach zaawansowania czy stylach uczenia się, itp.

Jedno drugiego oczywiście nie wyklucza – optymalne powtórki mogą pomóc nam szybko opanować ważny materiał, szczególnie podstawowe elementy języka (np. słówka, wyrażenia, itp.). Oprócz tego, szczególnie na wyższym poziomie, warto dodać do naszej metodologii uczenia się coś bardziej otwartego, nie opartego na schemacie.

Zresztą najlepsza rada, jaką mogą dać komukolwiek jest prosta – nie ma najlepszej metody uczenia się angielskiego czy czegokolwiek innego. Wypracujcie własną. Sprawdźcie, co na was działa, eksperymentujcie, ulepszajcie.

Tutaj podobne artykuły o metodzie produktywności Pomodoro oraz metodzie Feynmana przydatnej przy organizowaniu wiedzy. Tutaj więcej o tym, jak się lepiej uczyć.

Jak przeprowadzić lekcję języka obcego z użyciem wideo?

Wszyscy uczymy się angielskiego z filmów czy reklam bez pomocy szkoły, ale od czasu do czasu na zajęciach też powinno pojawić się wideo. Jako urozmaicenie pracy z podręcznikiem czy słuchania nagrań. Dobrze wplecione w lekcję może być też dużo bardziej atrakcyjne dla części uczniów.

Niektóre serie podręczników, np. New English File czy Global, mają moduł wideo zintegrowany z resztą kursu, co naprawdę ułatwia pracę od strony przygotowania materiałów. Któż nie zna historii Marka i Ally z tego pierwszego podręcznika czy wykładów prof. Davida Crystala z drugiego?

A jak przeprowadzić lekcję wideo, jeśli nie mamy przygotowanych materiałów? Jak przeprowadzić lekcję wideo przy użyciu angielskich seriali lub filmów?

Lekcje wideo na kursach językowych – kilka uwag wstępnych

Czasy się zmieniły – uczniowie mają dostęp do dokładnie tych samych filmów i seriali co my. Oglądają je kiedy chcą i gdzie chcą dzięki takim technologiom jak VOD, streaming czy torrent.

Wyświetlanie na całych zajęciach filmu to przeżytek i żadna szkoła (prywatna czy publiczna), w której pracowałem tego nie pochwalała. Co więcej – nie pochwalali tego sami kursanci, którzy mogą obejrzeć to samo w zaciszu swojego mieszkania, bez obecności innych uczniów i całego skrępowania, które z tego wynika.

Jak przeprowadzić lekcję wideo – kilka praktycznych pomysłów

1. mówiona rozgrzewka

Jeśli zajęcia były oparte o fragmentu filmu lub serialu, praktycznie zawsze rozpoczynałem je od mówionej rozgrzewki. Albo każdy z uczestników zajęć otrzymywał jedno pytanie, które miał zadać innym w grupie, a na koniec podsumować rezultaty swojego wywiadu (tutaj przykładowe pytania), albo przygotowywałem quiz z wiedzy ogólnej o filmach, po którym pary lub trójki miały kilka minut na przygotowanie kilku kolejnych pytań dla innych uczniów.

Taka rozgrzewka to dobre wprowadzenie w nastrój lekcji wideo opartej o fragmenty filmu lub serialu.

2. ten sam fragment czy inny?

Następna faza zajęć to już oglądanie filmu. Ale trochę inaczej niż zazwyczaj. W pewnym momencie uczenia odkryłem, że ludzie dużo intensywniej słuchają lub oglądają, jeśli będą musieli opowiedzieć to, co usłyszeli lub zobaczyli drugiej grupie. Dlatego bardzo często dzielę grupę na dwie części – pierwsza część wychodzi z klasy na ok. pięć minut, druga ma do przesłuchania czy obejrzenia jakiś materiał. Już samo poruszenie wywołane tą formą zajęć powoduje większe skupienie!

Na zajęciach wideo taki format jest potrzebny, żeby zrealizować jedno bardzo konkretne zadanie.

Otóż dwie grupy zobaczą fragment filmu – może to być to ten sam fragment lub inny fragment. To jest właśnie ich zadanie – opowiedzieć sobie dokładnie, co zobaczyli na ekranie, żeby w parach zdecydować, czy widzieli to samo, czy coś innego.

Jak to zorganizować? Wybrać z filmu lub serialu dwa fragmenty, najlepiej inne, ale w jakichś elementach podobne. Osobiście robiłem to na filmach Głupi i Głupszy oraz Terminator 2. Wiem, wiem – niezbyt wyrafinowane kino, ale każdy z nich to jednak klasyka gatunku

Fragmenty nie powinny być dłuższe niż 2-3 minuty i najlepiej, jeśli stanową jakąś zamkniętą całość. Korzystam z oryginalnych DVD (kupuję tanio na brytyjskim Amazon), które pocięte są na sceny – to bardzo ułatwia pracę.

OK – dzielę grupę na dwie części i połowę grzecznie proszę o opuszczenie klasy. Na odchodne mówię im coś w stylu (Don’t worry, you won’t miss a thing. When you come back, they’ll tell you everything!). Owi oni, którzy wszystko im opowiedzą, to część grupy, która pozostaje w klasie – po takim wprowadzeniu wiedzą już mniej więcej jakie będzie ich zadanie – oglądać i zapamiętać, żeby przekazać innym!

Można to jeszcze dodatkowo wytłumaczyć i jazda. Oglądamy fragment, a potem – zanim reszta grupy wejdzie – proszę widzów, żeby opowiedzieli mi, co przed chwilą zobaczyli. Uczulam, że chcę wydarzenia krok po kroku, a nie tylko pierwsze i ostatnie, pomagam w wyrażeniu tego po angielsku, poskładania do kupy itp. To kluczowe, dlatego czasem przechodzę przez to nawet dwa razy – muszę być pewien, że opowiedzą to drugiej grupie w szczegółach.

Nie pozwalam robić notatek – szczególnie w trakcie oglądania. Skupienie na jednym! Mogę zrobić jakieś hasłowe notatki na tablicy w trakcie, gdy opowiadają mi, co właśnie zobaczyli.

Wchodzi druga grupa, a pierwsza natychmiast wychodzi. Znowu można ich pożegnać czymś w stylu (Would you mind stepping out for a bit? I think you really need a break after that, don’t you?).

Druga grupa jest gotowa do oglądania fragmentu filmu – nie ma robienia notatek, ich zadanie to zapamiętać jak najwięcej. Po seansie opowiadają nam, co zobaczyli – pomagamy, naprowadzamy, dorzucamy przydatne słownictwo.

Wraca pierwsza grupa – i co teraz? W parach (jedna osoba z pierwszej grupy, jedna z drugiej grupy) szukamy odpowiedzi na najważniejsze pytanie – czy to był ten sam fragment filmu czy inny? A jeśli inny, chcemy podzielić się jak największą ilością szczegółów.

Po kilku minutach na rozmowę w parach pozwalamy kilku osobom odpowiedzieć na główne pytanie oraz opisać fragmenty filmu (opowiada zawsze ten, kto nie widział na żywo, bo był na korytarzu). Sprawdzamy, jak skutecznie kursanci opowiedzieli sobie fragment filmu.

3. zadanie językowe

Po tym dużym zadaniu można bez specjalnego napięcia pozwolić obu grupom obejrzeć oba fragmenty, żeby język, którym je opisywali potwierdził się (lub nie) na ekranie.

W tym momencie aż prosi się o jakieś zadanie językowe na słownictwo czy gramatykę. Z jednego czy drugiego fragmentu można wydobyć kilka wartych zapamiętania zdań czy wyrażeń i pozwolić uczniom rozwiązać zadania (np. wypełnianie luk, dopasowywanie wyrazów, itp.). Niestety wymaga to dodatkowej pracy (w przeciwieństwie do poprzedniej części).

4. wolna dyskusja

Na zakończenie lubię jeszcze raz pozwolić studentom lub kursantom porozmawiać na tematy filmowe, najlepiej jeśli uda się sklecić pytania związane z filmem, którego fragmenty oglądaliśmy. Off the top of my head:

a) Are films only for fun? Is cinema just entertainment?

b) Do you watch independent cinema? What are some ambitious films you’ve seen recently?

c) Why do you think comedies like Dumb and Dumber or American Pie are so popular?

5. zadanie domowe

Po zajęciach opartych o materiały z filmu lub serialu następuje dobry moment, żeby kursanci coś napisali. Nie porywałbym się na pełną recenzję, ale jakaś refleksja w luźnej formie to dobry pomysł na zadanie domowe. Zdarzało mi się po lekcjach wideo zadawać napisanie krótkiego tekstu zaczynającego się od (One film that made a lasting impression on me is …).

Przeczytaj też jak poprowadzić ciekawe konwersacje z angielskiego oraz co zrobić na zajęciach w sali komputerowej z dostępem do internetu.

Jak robić notatki przy pomocy aplikacji internetowych?

Nie ma nauki bez robienia notatek. Dotyczy to nie tylko języków obcych, ale też każdej innej dziedziny. Dotyczy to zresztą nie tylko edukacji. Jestem pod tym względem radykalny – umiejętność robienia, porządkowania i korzystania z notatek to absolutny fundament.

Obfite notatki to jeden z moich sekretów skutecznej nauki języka angielskiego, pomagają mi także w wielu innych dziedzinach życia. Bardzo długo używałem do ich robienia papierowych notatników lub zeszytów. Większość do dzisiaj posiadam – są zapisane słówkami, cytatami, nazwiskami, tytułami, mapami mózgu, pomysłami, itp.

Przez ostatnie kilka lat stopniowo przesiadłem się jednak na darmowe aplikacje do notowania i dzisiaj mogę już stwierdzić z całym przekonaniem: co ja bym dał za to, żeby móc z nich korzystać już 15-20 lat temu!

Wszystkie moje zapiski byłyby teraz w jednym miejscu – od notatek z angielskiego i innych przedmiotów po najdziwniejsze pomysły, które miałem po drodze!

Na szczęście jestem od zawsze maniakiem organizowania informacji i gdy tylko pojawiały się ciekawe programy lub aplikacje z tej dziedziny, szybko je adoptowałem do swoich potrzeb. Przez ostatnie kilka lat wypracowałem swój warsztat pracy, którym chciałbym się teraz podzielić.

Evernote

Evernote to dla mnie kompletnie rewolucyjne narzędzie – darmowy program (jest też wersja polska, ale dla uczących się angielskiego polecam oczywiście angielską) do robienia i organizowania notatek. Piętnaście sekund po przeczytaniu o nim w internecie, miałem go nas swoim komputerze – było to jakieś cztery lata temu.

Co możemy robić w Evernote? Po zainstalowaniu na PC, tablecie lub smartfonie, możemy tworzyć w nim notatniki (np. angielski, praca, itp.), a wewnątrz tych notatników możemy tworzyć notatki. Które z kolei możemy dowolnie nazywać oraz dodawać do nich etykietki (np. słówka, gramatyka, itp.).

Najlepsze jest to, że dostęp do naszej bazy notatek mamy z każdego urządzenia podłączonego do internetu (komputera, smartfona, tabletu, a nawet z przeglądarki internetowej). Takiego sposobu robienia notatek właśnie potrzebowałem pracując i ucząc się głównie w internecie oraz na różnych urządzeniach.

Evernote to fenomenalne narzędzie, którego używania powinno się uczyć w szkołach, które niestety wciąż żyją w innym świecie. Po pierwsze, tego typu aplikacje mogą pomóc nam jakoś ogarnąć zalew informacji, którego jesteśmy uczestnikami bez względu na wiek, oraz uporządkować go dla własnych potrzeb. Po drugie, to narzędzie idealnie współgra ze coraz bardziej dominującym stylem życia. Jak widzę nastolatków wychodzących ze szkoły – 90% z nich jest wpatrzona w swoje komórki lub inne urządzenia.

Pokazanie im, jak działa i jak może im pomóc Evernote i inne aplikacje użytkowe tego typu jest w tej chwili nieporównanie ważniejsze niż uczenie ich o Bitwie pod Cedynią!

Diigo

Moim drugim najważniejszym narzędziem robienia notatek jest wtyczka do przeglądarki (Chrome, Firefox, itp.) o nazwie Diigo. Rozwiązuje ona kilka dojmujących problemów człowieka, który codziennie trafia na dziesiątki stron internetowych, ale nie wszystkie może przeczytać w całości, nie wszystkie informacje zapamięta, niektóre chciałby gdzieś zachować.

Jak organizować ulubione i robić notatki w internecie – Diigo

Nie oszukujmy się – większość z nas używa w tej chwili internetu w sposób praktycznie ciągły, jeśli nie w pracy, to po pracy. Jego porządkowaniem zajmują się firmy typu Google, ale my także możemy go dla siebie organizować.

Diigo jest pod tym względem jak gwiazdka z nieba. Możemy za jego pomocą zachować konkretną stronę internetową w pamięci aplikacji. Działa to jak dodanie do ulubionych (bookmarks), tyle, że nie robimy tego na jednym komputerze, tylko na swoim wirtualnym koncie, do którego mamy dostęp z każdego innego komputera po podaniu hasła. Nigdy więcej nie stracimy swoich ulubionych stron po zmianie systemu operacyjnego!

Ale to byłoby za mało – Diigo to tak naprawdę całkiem potężny system do zarządzania informacjami. Strony, które w nim zachowujemy, możemy dla siebie opisać oraz dodać do nich różne etykietki (np. moda, finanse, itp.). Dzięki temu tworzymy uporządkowaną bazę stron internetowych, w której łatwiej potem odnajdziemy poszukiwane informacje.

Dzięki Diigo przestałem się zastanawiać, gdzie ja kiedyś widziałem ten czy tamten artykuł. Jeśli zachowałem go w Diigo, wchodzę do swojej biblioteki – raz, dwa i go odnajduję.

To nie wszystko – Diigo pozwala również robić notatki na stronach internetowych, dokładnie takie same jakie przyklejamy na lodówkę. Wiszą sobie na stronach, gdzie je zostawiliśmy. Możemy również podkreślać ważne treści czy wycinać interesujące nas fragmenty (np. cytaty), które potem znajdą się w naszej własnej bibliotece Diigo. To dużo lepsze niż notowanie na papierowych karteczkach, które się potem gubią, starzeją, itp. – przynajmniej dla mnie.

Pearltrees

O ile bez pierwszych dwóch aplikacji robienie notatek byłoby dla mnie dużo trudniejsze, o tyle Pearltrees traktuję trochę jak sympatyczny gadżet. Jest to podobnie jak Diigo dodatek do przeglądarki, którego zadaniem jest porządkowanie stron internetowych, które nas interesują.

Nasza biblioteka ma jednak bardzo atrakcyjną wizualnie formę – mapy mózgu złożonej z „pereł”, w których możemy trzymać interesujące nas dokumenty. Jest to po prostu ładny sposób na uporządkowanie różnych przydatnych stron internetowych w foldery w kształcie pereł.

Jak robić notatki w internecie - Pearltrees

Jak robić notatki w internecie – moje drzewo Pearltrees

Nie jest to specjalnie funkcjonalne i gdy pracuję używam jednak w pierwszej kolejności Diigo, ale sposób organizowania informacji zaproponowany przez Pearltrees jest niezwykle inspirujący.

Strona internetowa

Coraz mniej ludzi pamięta, że internet został stworzony przez naukowców jako sposób na udostępnianie i porządkowanie dokumentów. Niestety w tej chwili częściej kojarzymy to medium z portalami plotkarskimi, agresywnymi reklamami i innego rodzaju spamem. To mniej praktyczna, a bardziej rozrywkowo-komercyjna strona internetu.

Ale internet to wciąż ni mniej ni więcej jak zbiór dokumentów. A strona internetowa to zamknięty zbiór dokumentów na jakiś temat połączonych odnośnikami, z dodanymi kategoriami, etykietkami i nawigacją.

To proste i zarazem potężne środowisko do robienia notatek, do których będziemy mieć dostęp zawsze i wszędzie tam, gdzie jest internet. No i najważniejsze – upadły wszelkie bariery techniczne i ekonomiczne, które do niedawna uniemożliwiały wielu ludziom założenie strony internetowej. Dzisiaj możemy skorzystać z dziesiątek darmowych serwisów lub założyć coś własnego za równowartość biletu studenckiego z Gdańska do Wrocławia.

Robienie notatek – kluczowa umiejętność

Nie ma jednego właściwego sposobu na robienie notatek z angielskiego, z innych przedmiotów czy w pracy. Uważam jednak, że porządkowanie mas informacji, które codziennie przerabiamy w różnej formie, nie tylko w szkołach, to kluczowa umiejętność.

Dzięki niej szybciej opanujemy język obcy, ponieważ wiedza łatwiej ułoży się nam w jedną całość. Będzie sklasyfikowana, opisana, uporządkowana, logicznie połączona. Ale dotyczy to również każdej innej dziedziny rzeczywistości – tak trudno nam czasami zrozumieć świat finansów osobistych, nowych technologii, ubezpieczeń, itp. Robienie notatek to skuteczny sposób na stopniowe porządkowanie pojęć – dlatego tak ważne jest, żeby jak najszybciej wypracować w tej kwestii swój warsztat. I uczyć tego w szkołach!

Przeczytaj też o technice Feynmana oraz innych sposobach na uczenie się lepiej.

Jak są pierogi po angielsku, czyli co zrobić z kłopotliwymi polskimi słówkami?

A jak są po angielsku pierogi? Jak przetłumaczyć na angielski województwo? Jak powiedzieć gimnazjum po angielsku? Nie ma nauczyciela, który nie dostawałby tego typu pytań co najmniej kilka razy w tygodniu.

Uczniowie mają prawo pytać. Mają prawo nie wiedzieć. Problem polega na tym, że te trzy słówka, podobnie jak wiele innych tego rodzaju, to trochę odrębna kategoria. Odnoszą się do polskiej tradycji kulinarnej, polskiego podziału administracyjnego, polskiego systemu edukacji, nie mają swoich bezpośrednich odpowiedników w ogólnym angielskim.

Bo nie mogą mieć. Co możemy zrobić, żeby dogadać się z obcokrajowcem i zachować takie swojskie elementy? Jak przetłumaczyć na angielski pierogi, województwo, gimnazjum i wiele innych słówek zakorzenionych w polskiej kulturze. Mam na to trzy sposoby:

Jak są po angielsku pierogi?

Jak są po angielsku pierogi? credit: roboppy

1. Nie tłumaczyć, wytłumaczyć

Nie mamy się co spodziewać, że znajdziemy tłumaczenie słówka pierogi na angielski w słownikach. To danie kuchni wschodnioeuropejskich. W Rosji wystarczy powiedzieć pielmieni, na Ukrainie wareniki i każdy nas natychmiast zrozumie. Ani Anglicy, ani Amerykanie, ani żadna inna nacja mówiąca po angielsku nie ma odpowiednika tej potrawy w swojej kulturze.

Co więcej, do niedawna prawdopodobnie nie wiedzieli o jej istnieniu. Zmieniła to może choć trochę emigracja Polaków na Wyspy Brytyjskie i inne okazje do wymian kulturowych (mieszane małżeństwa, Erasmus, Euro, itp.).

Dlatego moim zdaniem, jeśli coś spotyka się wyłącznie w Polsce lub naszym regionie, nie ma co na siłę silić się na tłumaczenia jeden do jednego. Takich tłumaczeń nie ma, a nawet jeśli gdzieś je znajdziemy, nikt i tak nie zrozumie, co się pod nimi kryje.

Co jeśli nie tłumaczenie? Proponuję wytłumaczenie – opisanie w bardziej złożonej formie, co mamy na myśli. You know, pierogi, these little savoury pies stuffed with a filling of cheese and vegetables or meat. We’re crazy about them in Poland.

2. Wikipedia

Niewiele osób wie, że Wikipedia to doskonałe narzędzie do tłumaczenia z polskiego na angielski i wiele innych języków. I odwrotnie. Jeśli żaden słownik w zasięgu ręki nam nie pomaga, warto sprawdzić, co ma do powiedzenia internetowa encyklopedia. Weźmy na przykład słówko województwo – jak to przetłumaczyć na angielski? Wiadomo – dotyczy ono polskiego podziału administracyjnego, więc nie ma szans, żeby znalazło się w tradycyjnych słownikach typu Longman czy Wordpower.

Odszukajmy hasło w polskiej Wikipedii, a następnie po lewej stronie znajdziemy listę języków, na które zostało ono przetłumaczone. Angielski jest wśród nich.

Okazuje się, że jest bezpośredni angielski odpowiednik – voivodeship. Ale nie łudźmy się – żadna osoba bez doktoratu ze współczesnej Polski nie zrozumie tego słówka bez wytłumaczenia. I znowu wracamy do pierwszego sposobu, czyli dłuższego opisu. You know, voivodeship is a Polish name for a province, the high level unit of administrative division.

Jak jest województwo po angielsku?

3. porównanie do angielskiej / amerykańskiej rzeczywistości

A jak jest po angielsku gimnazjum? Na pewno nie gymnasium. Dlatego, że gymnasium to dłuższa, formalna wersja słówka gym. Czyli sala gimnastyczna. Mamy tu do czynienia z typowymi false friends, czyli słówkami, które brzmią podobnie po polsku i angielsku, ale znaczą coś zupełnie innego (jak np. eventually czy actually).

W tym przypadku nieźle zadziała pierwsza metoda, czyli opisowe wytłumaczenie, co oznacza polskie gimnazjum. You know, it’s a type of secondary school in Poland where you go at the age of 13 after six years in primary school.

Doskonale sprawdza się Wikipedia, chociaż trzeba zajrzeć trochę głębiej w hasło. Gimnazja są również popularne np. w Austrii, ale jest to zupełnie inny typ szkoły niż polskie gimnazjum. Wikipedia używa terminologii znanej z angielskiej oraz amerykańskiej rzeczywistości – polskie gimnazjum to middle school lub junior high school.

Szkolnictwo różni się na całym świecie niemiłosiernie, więc nie ma co liczyć na to, że uda nam się jednym słowem oddać wszystkie założenia tego etapu edukacji w Polsce – w innych krajach, a nawet regionach, program czy tok nauki mogą wyglądać całkiem inaczej. Ale takie porównanie do brytyjskiej czy amerykańskiej rzeczywistości to najlepsze, co możemy w tej sytuacji zrobić.

Takich słówek jest mnóstwo. No bo jak jest po angielsku kisiel? Albo gołąbki? Nie mówiąc o paprykarzu szczecińskim. Albo indeksie (studenckim).

Jak nauczyć się języka obcego – skorzystaj z metod Mormonów

Od około dziesięciu lat mieszkam w Poznaniu i od początku natykałem się na ulicach miasta na amerykańskich misjonarzy. Chodzą dwójkami i zagadują przechodniów w języku polskim z bardzo silnym amerykańskim akcentem. To Mormoni, przedstawiciele Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, jednego z odłamów chrześcijaństwa. Przez te wszystkie lata spotkałem na ulicach Poznania kilkanaście takich par. Młodych ludzi, powiedzmy, że w okolicach dwudziestki. Wszyscy mówili po polsku.

Z drugiej strony – poznałem też dziesiątki native speakerów w szkołach językowych, gdzie uczyłem. Może jeden czy dwóch próbowało używać polskiego.

Intryguje mnie, skąd się bierze zdolność Mormonów misjonarzy do nauki języków obcych. To przecież nie przypadek ani interwencja boska, że praktycznie każdy z nich opanowuje język kraju, do którego się udaje na misję. Nikt nie wmówi mi też, że to kwestia jakichś innych genów, talentu czy powietrza, którym oddychają. Jaki jest ich sekret? Jak uczą się języków obcych?

Jak się nauczyć języka obcego? - porady Mormonów

Jak się nauczyć języka obcego? – porady Mormonów credit: hoveringdog

Jak nauczyć się języka obcego jak misjonarz?

Ostatni raz spotkałem Mormonów misjonarzy kilka tygodni temu i wstępnie umówiłem się z nimi na nagranie rozmowy o uczeniu się języków, którą chciałem opublikować na tej stronie. Niestety nie zgodził się na nią ich przełożony (mam nadzieję, że to się zmieni). Do tego czasu pozostaje skorzystanie z ogólnie dostępnych informacji.

To, co udało mi się ustalić, jest fascynujące.

Przed wyjazdem na zagraniczną misję (które są dobrowolne, ale bardzo popularne), każdy misjonarz przechodzi szkolenie, które zawiera także niezwykle ważny komponent językowy. Skoro mają rozmawiać z ludźmi w obcych krajach, muszą to robić w ich języku.

Podręcznik misjonarza – jak nauczyć się języka obcego

Na szczęście w internecie można swobodnie przejrzeć cały przewodnik misjonarza oraz jego część poświęconą nauce języków obcych. Co zawiera? Jaki jest sekret Mormonów, jeśli chodzi o uczenie się nowych języków?

1. Zaangażowanie i cierpliwość

Na początek zmartwię wszystkich, którzy oczekiwali cudów. Nie będzie ich. Mormoni wiedzą, że najważniejsze czynniki w nauce języków obcych to wysiłek oraz czas. W naukę języka trzeba się zaangażować – to nie może być coś, co uda się mimochodem. Coś na boku. Coś przypadkowego.

Na pewno misjonarzom pomaga jasny cel ich nauki – za chwilę wyjadą do kraju, w którym będą musieli rozmawiać z ludźmi na ulicy w ich języku. To nie tylko potężny cel – to również cel bardzo mocno określony w czasie. Dlatego nauka jest intensywna, skoncentrowana. Przecież już za kilka tygodni, miesięcy będę musiał tego języka użyć.

Tego nie doświadczymy niestety w normalnej szkole czy na kursie. Możemy takie zaangażowanie albo sobie narzucić (np. zdać poważny egzamin za pół roku), albo odnaleźć je w sobie (np. uwielbiam amerykańskie reportaże – chcę je czytać w oryginale).

A drugi czynnik to cierpliwość. Nauka języka to naprawdę proces długoterminowy. Jakieś operacyjne podstawy możemy wypracować szybko, ale potem patrzymy prawdopodobnie na całe życie poświęcone na udoskonalanie swojej wiedzy. Ilu maturzystów ma takie podejście do nauki? Ilu kursantów? Zbyt mało!

2. Odpowiedzialność

Uwielbiam tą zasadę. Mormoni mają tu kompletną rację. To my jesteśmy odpowiedzialni za swoją edukację. Nawet jeśli chodzimy na płatny kurs angielskiego w prywatnej szkole językowej lub na kurs w Anglii, to nie nasi nauczyciele będą się uczyć, tylko my.

Nikt lepiej nie rozumie naszych potrzeb niż my. Nikt lepiej nie wie, jak najlepiej się uczymy. Nikt lepiej nie wie, co lubimy robić w języku. Dlatego nie zrzucajmy na innych odpowiedzialności za swój rozwój. Korzystajmy z ich wsparcia, ale bierzmy odpowiedzialność w swoje ręce.

PS: Ten fragment dedykuję mojej przyszłej żonie, która od lat powtarza mi, że nie zna wystarczająco dobrze angielskiego, bo JA jej nie uczę. 😉

3. To musi mieć sens

Kolejny strzał w sedno. Uczenie się dla rodziców ma krótkie nogi. Uczenie się dla ocen jest dobre na krótką metę. Uczenie się tylko po to, zapamiętać X tysięcy słówek, jest – niedelikatnie mówiąc – niedorzeczne.

Po co się uczysz? Dlaczego się uczysz? Co chcesz robić z językiem obcym i w języku obcym? Czy metody, których używasz składają się w jakąś spójną całość i prowadzą do jakiegoś celu, czy używasz ich „bo tak mi w szkole powiedzieli”, „tak trzeba”, itp. Dużo skuteczniej uczymy się wtedy, gdy nauka ma głęboki sens – dotyczy to szczególnie nauki w długim okresie. Nie pod jeden egzamin, nie pod jedną kartkówkę.

4. Szukaj komunikacji

Absolutna podstawa. Dodałbym tylko, że komunikacja to nie tylko rozmowa. To również czytanie ze zrozumieniem. To pisanie tak, żeby inni zrozumieli. Albo się czegoś z naszego pisania nauczyli. Albo się oburzyli, wzruszyli, itp. Język polski i języki obce to narzędzia komunikacji – wymiany myśli, wymiany emocji, wymiany doświadczeń.

Celem Mormonów jest nauczanie ewangelii – wokół tego budują swoją znajomość języków obcych. Co Ty chciałabyś lub chciałbyś komunikować? Jak? Komu?

5. Nie ucz się na odwal się

Kolejny hit – jeśli już się czegoś uczymy, uczmy się dobrze, dokładnie, kompletnie. Nie na odwal się. Nie żeby tylko odrobić lekcje, odbębnić kolejne ćwiczenia.

Pisałem jakiś czas temu o technice Feynmana – to doskonałe narzędzie wspomagające nasz proces uczenia się języków obcych. Dzięki temu podejściu szybko wyłapiemy luki w naszym rozumieniu najważniejszych pojęć i je załatamy. Cała struktura naszej wiedzy się dzięki temu wzmocni.

Jak nauczyć się języka obcego dzięki doświadczeniom Mormonów?

1. Zaangażuj się i cierpliwie czekaj na rezultaty

2. Weź odpowiedzialność za swoją naukę

3. Edukacja musi mieć sens

4. Język jest po to, żeby się komunikować (nie tylko w mowie)

5. Odrzuć bylejakość

1 2 3 4