Archive

Category Archives for "Jak uczyć się lepiej"

[nie ma głupich pytań] #003 „Uczę się angielskiego od kilku lat, ale jestem niezadowolona z efektów”. Jak ruszyć z miejsca?

Napisała do mnie Magda:

„Niedawno znalazłam Pana boga i bardzo się cieszę, że on istnieje. Chciałabym się zacząć uczyć języka, bo co prawda „uczę się” już go od kilku lat w szkole, ale raczej nauką nazwać tego nie można. Mój poziom jest bardzo podstawowy. I chciałabym zapytać, od czego tak właściwie zacząć się uczyć?

Bo wszyscy mówią „bierzesz książkę / podręcznik, siadasz na tyłku i się uczysz”, ale ja tak właściwie to nie wiem, od czego zacząć. Motywację już mam, ale chciałabym jej nie stracić zakuwając od samego początku słówka. Może ma Pan jakiś sposób lub zna Pan jakąś stronę na której zostało to fajnie opisane. Z góry bardzo dziękuję”

Dobre pytanie. Co ma zrobić ktoś, kto wiele lat się uczył angielskiego i jest niezadowolony z rezultatów? Jak ruszyć z miejsca, w którym się utknęło?

Metoda + motywacja

Czuję się identycznie jak Magda myśląc o swojej znajomości niemieckiego. I o pływaniu. I jeszcze o programowaniu. I o graniu na harmonijce. A nawet o prowadzeniu tego bloga.

Każdą z tych umiejętności chciałbym opanować znacznie lepiej niż obecnie. Jestem niezadowolony z rezultatów mimo że od lat poświęcam im czas.

Pytanie brzmi: „dlaczego niektóre umiejętności udaje nam się rozwijać, a inne – mimo że wydają się dla nas ważne – tkwią w stagnacji”?

Jestem zdania, że najszybsze postępy w każdej dziedzinie robimy wtedy, gdy zbiegną się dwa czynniki – trafione metody oraz silna motywacja. Gdy nie ma autentycznej motywacji lub metody działania nam nie odpowiadają, postępy będą wolniejsze, może wkradać się frustracja czy słomiany zapał.

Z jakiegoś powodu nigdy nie znalazłem takiego połączenia metody i motywacji przy nauce języka niemieckiego. Mimo że uczę się go dłużej niż angielskiego. Nie mogę tego wykrzesać – mimo że świadomie bardzo chcę – żeby nauczyć się programować.

Myślę, że Magda musi przyjrzeć się dotychczasowym metodom oraz motywacji.

Eksperymentować z metodami

Ktoś kiedyś powiedział: „Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać innych rezultatów”. Jeśli Magda uczyła się przez kilka lat i nie widzi rezultatów, powinna krytycznym okiem spojrzeć na to, jak uczyła się do tej pory.

Prawdopodobnie potrzebuje jakiejś zmiany.

Na pewno nie zaszkodzi spróbować czegoś nowego. Poeksperymentować. Niestety nie wiem, jak uczyła się do tej pory, ale być może jej umysł jest zmęczony książkowymi metodami. Być może nie pasują do jej stylu życia. Kilka pomysłów, którymi sam próbowałbym rozwiązać ten problem:

1. Aplikacje na telefon

Ich zaletą jest to, że treści edukacyjne są w nich logicznie zorganizowane. Pomagają uczyć się krok po kroku. Dobrze wpisują się też w nasz obecny styl życia – smartfony mamy cały czas przy sobie, możemy z nich korzystać w każdym czasie wolnym (np. w komunikacji miejskiej).

Bardzo funkcjonalne aplikacje do nauki języków obcych to między innymi Duolingo, Memrise czy Rosetta Stone.

2. Gadżety językowe

Technologia może pomóc też uatrakcyjnić proces uczenia się. Strony internetowe i aplikacje typu Fiszkoteka czy Quizlet pozwalają tworzyć fiszki i quizy, korzystać z bazy gotowych materiałów, trenować słownictwo, pisownię czy wymowę.

W jednym z poprzednich wpisów pokazałem też, jak można potrenować mówienie po angielsku korzystając z darmowych narzędzi firmy Google.

3. Więcej komunikacji i działania

Wielu uczących się zbyt długo skupia się na biernych umiejętnościach – wkuwaniu słówek czy piłowaniu gramatyki. Dla równowagi i pobudzenia motywacji powinni częściej trenować umiejętności aktywne, przede wszystkim pisanie i mówienie, ale też „robienie czegoś” przy pomocy języka.

Rozwiązaniem mogą być zajęcia tylko mówione, np. przez Skype.

Inny pomysł to dołączenie do jakiegoś forum w języku angielskim lub obserwowanie jakiegoś bloga czy vloga powiązanego z naszymi zainteresowaniami, zadawanie tam pytań, uczestniczenie w rozmowie.

Bardzo interesującym miejsce dla bardziej swobodnych użytkowników angielskiego (a przy tym osób ciekawych świata) może być serwis Quora.

Wspominałem wielokrotnie o tym, że w moim przypadku kluczową umiejętnością przy uczeniu się czegokolwiek jest robienie dużej ilości notatek i ich organizowanie.

Wzmocnić motywację

Drugi element tej układanki to motywacja. Magda pisze, że ma silną motywację. Nie mi oceniać, czy tak rzeczywiście jest, ale faktem jest, że osoby silnie zmotywowane działają znacznie bardziej skutecznie.

Dzięki bardzo silnej motywacji szybko języka uczą się Mormoni. Ta motywacja to wizja bliskiego wyjazdu do obcego kraju. To mit, że mają wyjątkowe zdolności. Są po prostu mega zmotywowani i rzeczywiście działają, żeby osiągnąć cel (porozumieć się z obcokrajowcami).

Miałem jakiś czas temu ucznia na prywatnych zajęciach. Męczył się strasznie. Ciągle powtarzał, że przy jego braku zdolności będzie się uczył angielskiego do końca życia. Był niezadowolony z rezultatów mimo że uczył się od kilkunastu lat (z przerwami). Był pracownikiem naukowym uczelni technicznej.

Przełomem w jego przypadku była seria wyjazdów zagranicznych, w których musiał uczestniczyć. Do Francji, do Niemiec, do Chile, na Słowację. Musiał w końcu używać języka do działania, porozumiewania się, rozwiązywania codziennych spraw. Angielski przestał być abstrakcyjnym przedmiotem szkolnym, stał się czymś rzeczywistym. A po drugie – mój znajomy odkrył, że to, czego nauczył się wcześniej, składa się w całkiem funkcjonalną całość. Po prostu działa.

Miałem podobne doświadczenia i z angielskim, i z niemieckim, i z innymi umiejętnościami. Trzeba je wypróbować „w terenie”. Jako student byłem na kursie niemieckiego we Freiburgu. Pamiętam, że miesiąc w niemieckojęzycznym kraju bardzo mnie rozwinął. Tego typu całościowych postępów nigdy bym nie osiągnął jeszcze więcej ucząc się z książek, z kursów internetowych czy aplikacji.

Motywacją może być też chęć zdania jakiegoś egzaminu czy zdobycia jakiegoś certyfikatu. Po trzech latach nauki udało mi się zdobyć CAE i pamiętam, że wizja osiągnięcia czegoś takiego była dla mnie bardzo motywująca.

Mieszanka rozwojowa

Gdybym miał skomponować jakąś magiczną miksturę, która mogłaby rozwiązać problem Magdy z językiem angielskim, składałaby się w 60% z wzmocnienia / rozpalenia motywacji i z 40% ze zmiany metod uczenia się – prawdopodobnie na bardziej nowoczesne i aktywne.

W praktyce mogłoby to oznaczać poszukiwanie jakiegoś zanurzenia w języku angielskim (np. na wyjeździe edukacyjnym, zawodowym lub turystycznym), dołączenie do jakiejś społeczności mówiącej po angielsku (w internecie lub realu) lub rozwijanie relacji z obcokrajowcami.

Druga część to metody – tu postawiłbym na technologię (np. aplikacje) oraz większy nacisk na aktywne użycie języka (pisanie, mówienie).

 

Angielski przez Skype – jak to wygląda z perspektywy nauczyciela?

To działa – sprawdziłem w praktyce. Da się uczyć angielskiego przez internet. Przynajmniej tak wynika z moich doświadczeń. Przez ostatni rok uczyłem angielskiego przez Skype trzy dorosłe osoby (każdego indywidualnie).

Wiem, że dla niektórych nauczycieli angielskiego korepetycje czy konwersacje przez Skype to od pewnego czasu bardzo ważne źródło pracy. Znam nawet polską lektorkę, która wyjechała z dziećmi i mężem Amerykaninem na wyspę gdzieś w Wenezueli – utrzymują się z udzielania lekcji przez internet.

Wiem też, że ten rodzaj nauki języka staje się coraz popularniejszy wśród uczniów. Technologia i tak stała się częścią naszego życia codziennego, więc dlaczego nie wykorzystać internetu, Skype’a i innych narzędzi, żeby podnosić swoje kompetencje językowe? Jak oceniam możliwości uczenia się angielskiego przez Skype z perspektywy nauczyciela?

Dojrzała technologia

Skype i cała reszta technologii wspierającej uczenie języka angielskiego przez internet są bardzo stabilne. To nie są jakieś eksperymentalne narzędzia, które raz działają, a raz nie. Jeśli i nauczyciel, i uczeń zadbają o to, żeby mieć w miarę aktualne wersje Skype’a oraz połączenie internetowe umożliwiające swobodną transmisję audio i wideo, warunki techniczne są właściwie spełnione.

Tak jak pisałem, mam koleżankę, która przeprowadza lekcje angielskiego przez Skype z małej wyspy w Wenezueli, z uczniami w Polsce. Jej mąż ma bardzo wielu uczniów w Rosji – też „nadaje” z Wenezueli.

Przyznaję – przez ostatni rok miałem jakieś 100 takich lekcji z trzema różnymi osobami i nie każda z nich odbyła się bez zakłóceń. Powiedzmy, że 5% z nich musieliśmy odwołać z powodów technicznych (np. słaba jakość połączenia, problemy z aktualizacją Skype’a, problemy z komputerem którejś ze stron, itp). To nie jest duży odsetek. Jest porównywalny z odwołaniami tradycyjnych zajęć, np. ze względu na kłopoty z dojazdem.

Odpowiednie warunki

Z mojego doświadczenia wynika, że kluczem do udanych zajęć językowych przez Skype, jest zapewnienie odpowiednich warunków.

Próbowałem kiedyś przeprowadzić lekcję z gościem, który ciągle chodził po domu, a w tle biegały dzieci i żona. Totalna klapa. I dla niego, i dla mnie. Uczeń musi mieć spokój. Powinien wygodnie siedzieć, najlepiej sam w jasnym pokoju. Niewskazana jest duża ilość ruchu. Warto zminimalizować źródła rozproszenia. Potrzebne jest skupienie.

Jeśli są takie warunki, lekcja angielskiego przez Skype może być naprawdę udana.

Dodatkowe technologie

Skype to tylko część większej całości. Skoro nauka przenosi się do świata cyfrowego, warto wykorzystać inne narzędzia, żeby zajęcia były bogatsze i bardziej spójne. Jakie to były narzędzia w moim przypadku?

  • komunikacja po angielsku przez e-mail (np. z zapowiedzią tematu i odnośnikiem do stron internetowych z treściami po angielsku jak YouTube czy TED, które będą użyte na zajęciach)
  • Google Docs jako miejsce, w którym uczeń może przechowywać prace pisane (a nauczyciel może je sprawdzić korzystając z takich funkcji jak oznaczanie kolorami, komentarze, itp)
  • Google Docs jako miejsce, w którym nauczyciel może prezentować informacje lub ćwiczenia i pracować na nich wspólnie z uczniem
  • słowniki internetowe (np. Longman), do których można na bieżąco lub na początek / zakończenie zajęć odsyłać ucznia, żeby zweryfikować wymowę, przeczytał przykłady użycia czy kolokacje

Jak się to wszystko połączy, można zorganizować naprawdę interesujące i wielowarstwowe zajęcia.

Czy dla wszystkich?

Moje doświadczenie z uczeniem angielskiego przez Skype jest niewielkie – trzech dorosłych i dobrze zmotywowanych profesjonalistów, którzy chcieli się rozwijać.

Nie jestem pewien, czy angielski przez internet to dobre rozwiązanie dla młodszych uczniów. Z jednej strony na pewno odpowiadałby ich przyzwyczajeniom związanym z codziennym używaniem technologii. Z drugiej – wydaje mi się, że na wczesnych etapach edukacji ważny jest bezpośredni kontakt z nauczycielem oraz oswojenie się z językiem „na żywo”. Nie mam na to oczywiście żadnych twardych dowodów, ale obserwując, jak moi synowie uczą się ode mnie angielskiego, nie przypuszczam, że mógłbym osiągnąć to samo mówiąc do nich „zza ekranu”.

Wydaje mi się też, że Skype to wymarzone środowisko do konwersacji i rozwijania języka w oparciu o bogactwo materiałów w internecie, w mniejszym stopniu do nauki od podstaw. Oczywiście mogę się mylić.

Co z tego ma uczeń?

Spotkałem niedawno kolegę, który na gwałt poszukiwał native speakera angielskiego. Rozpoczął pracę w polskim oddziale amerykańskiego koncernu pod Poznaniem i musiał trochę „podkręcić” swój angielski. Bardzo zależało mu na native speakerze.

Tyle że przez kilka tygodni nie mógł znaleźć nikogo, kto miałby czas na spotkanie w dogodnym dla obu stron miejscu. Dalej szukał, gdy się spotkaliśmy. Zasugerowałem mu, żeby otworzył się na możliwości, jakie daje nauka języków przez internet.

Jedną z takich możliwości jest wybór nauczyciela spośród nieskończenie większego grona chętnych. Tego typu usługi oferują ludzie z całego świata i z pewnością da się znaleźć coś o odpowiedniej porze. Miejsce nie gra roli – ważne, żeby był dostęp do sieci i trochę spokoju.

Druga rzecz – oprócz tej elastyczności pracy z nauczycielem przez internet – to lepsze dostosowanie nauki do naszego współczesnego życia. Muszę powiedzieć, że jednym z powodów, dla których zrezygnowałem jakieś trzy lata temu z pracy w szkołach językowych i na uczelniach wyższych był kryzys tradycyjnych metod nauczania. Ludzie po prostu coraz gorzej reagują na książki do nauki, ćwiczenia wypełniane ołówkiem, ręczne pisanie teksów, itp.

To ma się nijak do ich codzienności. Inaczej pracują. Inaczej konsumują informacje. Dlaczego naukowiec, grafik albo inżynier, który potrzebuje angielskiego do pracy miałby uczyć się jak w latach 90-tych?

Z mojego doświadczenia wynika, że dobrze poprowadzone zajęcia z angielskiego przez Skype, mogą pomóc przełamać ten kryzys tradycyjnych metod uczenia.

Jak użyć Google do nauki angielskiego – część druga

Dawno, dawno temu opisałem trzy proste triki, dzięki którym możemy wykorzystać wyszukiwarkę Google do nauki języka angielskiego. Nie każdy wie, że w Google wbudowany jest słownik angielskiego (włącznie z wymową do odtworzenia) – wystarczy do słówka dopisać komendę „define” lub „definition”, np. „serendipity define”. Pisałem również o tym, jak sprawdzić, czy jakiś fragment tekstu czy wyrażenie są prawidłowo użyte i naturalne. Trzecią przydatną funkcją są automatyczne podpowiedzi.

W tym artykule chciałbym pokazać trzy kolejne sposoby na wykorzystanie technologii Google w nauce języka angielskiego (i innych).

1. Porozmawiaj z komputerem

Od jakiegoś czasu Google intensywnie rozwija technologię rozpoznawania mowy. To brzmi jak z filmu science fiction, ale w tej chwili możemy praktycznie w całości obsługiwać wyszukiwarkę za pomocą komend głosowych. Co więcej, miły damski głos będzie nam odpowiadać.

W ten sposób możemy wyszukiwać informacje (od pogody po dane giełdowe), korzystać z kalkulatora czy obsługiwać inne programy (np. YouTube czy budzik). Niedawno nagrałem krótkie wideo, w którym sprawdzam, czy da się trochę pogadać z komputerem po angielsku.

Zachęcam do przetestowania w ten sposób swojego angielskiego oraz samej technologii. Na początek spróbujmy dowiedzieć się czegoś o Madrycie. Zadajmy te pytania za każdym razem dając Google chwilę na odpowiedź:

What is the capital city of Spain?

What is the population of Madrid?

What is the weather like in Madrid?

Is it going to be sunny tomorrow in Madrid?

Show me photos of Madrid

How do you say „Nice to meet you” in Spanish?

Google powinno poradzić sobie z interakcją przy każdym z tych pytań. Jeśli korzystamy ze smartfona z systemem Android, możemy również poprosić Google, żeby ustawiło nam budzik na następny dzień. Proszę sprawdzić, czy zadziała:

Wake me up at 7am.

2. Zrób komputerowi dyktando

Funkcja rozpoznawania mowy wbudowana jest również w edytor tekstów Google Docs. Możemy jej użyć do przetrenowania jakiegoś tekstu czy jakichś wyrażeń w angielskim (lub dowolnym innym języku obsługiwanym przez tę technologię).

Jak to może wyglądać w praktyce? Na potrzeby tego artykułu znalazłem krótki tekst z interesującym słownictwem (pochodzi z książki Business Vocabulary in Use – elementary). Zamierzam go przeczytać do mikrofonu. Sprawdzimy, czy komputer mnie dobrze zrozumie i – przy okazji – potrenuję trochę mówienie.

Google dictation

To nie było idealne – trzeba mówić dość wolno i wyraźnie. Google potrafi co jakiś czas coś przekręcić. Ale i tak jako darmowa metoda ćwiczenia wymowy, słownictwa czy gramatyki przez czytanie na głos zdań, tekstów czy wyrażeń wydaje się dość interesująca.

3. Największy słownik obrazkowy świata

Google startował jako wyszukiwarka tekstowa, ale w tej chwili radzi sobie świetnie również z innymi typami informacji. Przy nauce języków przydatna może być wyszukiwarka Google Images.

Najlepsze jest to, że po wpisaniu hasła, nie dostaniemy tylko zdjęć, ale też propozycje pokrewnych rzeczy lub aktywności. Wrzuciłem do Google Images słowo „dandelion”. Oprócz zdjęć mleczy widać też sugestię, że mogę się zainteresować zdjęciami „blowing dandelion”, czyli zdmuchiwania mlecza.

Google Images do nauki języka angielskiego

Co ciekawe, Google Images można też użyć w drugim kierunku. Być może mamy czegoś zdjęcie (np. jakiegoś zwierzęcia, warzywa czy dania), ale nie wiemy, jak to powiedzieć po angielsku. Google znajdzie podobne zdjęcia i pomoże nam w ten sposób odkryć, jak coś się nazywa.

Inny trik: Google Images możemy przeszukiwać również za pomocą komend głosowych.

 

Jak zacząć mówić po angielsku?

Ten artykuł nie będzie o blokadzie psychologicznej przed mówieniem w języku obcym. Nie będzie w nim też ogólnych rad typu „przełam się”, „nie bój się robić błędy” albo „po prostu mów”.

Będzie o kilku konkretnych sposobach na trenowanie mówienia w języku angielskim. Przyda się szczególnie tym, którzy nie mają wokół siebie naturalnych okoliczności do używania tego języka, a chcieliby rozwijać tę umiejętność.

W pierwszej części opiszę, jakie techniki pomogły mi oswoić się z mówieniem w języku angielskim. Było to w czasach, gdy dostęp do technologii był ograniczony. Wszystkie są wciąż aktualne.

W drugiej części podrzucę kilka pomysłów na wykorzystanie nowoczesnych (i darmowych) technologii, żeby rozwijać mówienie po angielsku i w innych językach obcych.

Na koniec podzielę się kilkoma obserwacjami z czasów, gdy pracowałem jako lektor angielskiego. Napiszę też, jak rozwinęła się mowa (w tym mówiony angielski) u mojego starszego syna.

Moje doświadczenia

Zacząłem naukę angielskiego dość późno w życiu (liceum), ale szybko nadrobiłem zaległości i po kilku latach osiągnąłem dużą swobodę oraz płynność w tym języku. Pisałem o tym kiedyś w szczegółach. Jak zacząłem mówić po angielsku?

Dla mnie kluczowe były dwie rzeczy. Po pierwsze, czytanie na głos właściwie wszystkich materiałów, z których się uczyłem. Nawet jeśli najpierw rozwiązywałem jakieś zadania gramatyczne, na słownictwo czy czytanie ze zrozumieniem, potem czytałem je na głos. Czasami więcej niż raz.

Wiem, wiem. A co jeśli będę czytał z błędami? Kto mnie poprawi? Po prostu nie zwracałem na to uwagi. Wiedziałem, że czytam nieidealnie, ale i tak to robiłem. Najlepiej jak akurat potrafiłem. Chodziło o osłuchanie się z własnym głosem w języku obcym oraz „parcie do przodu”. Z czasem czytałem i mówiłem coraz lepiej. Bardzo pomagało w tym słuchanie dużej ilości angielskiego z różnych źródeł (od nauczycieli po media).

Druga rzecz to mówienie do siebie. Na początek mogą być to pojedyncze słówka albo wyrażenia (np. „Wonderful”, „Let’s do it”, „Are you hungry?, „I have no idea”). Później coś większego.

I znowu – nie chodzi o to, żeby było idealnie. Chodzi o to, żeby zacząć wydawać z siebie dźwięki po angielsku. Tym w praktyce – na najprostszym poziomie – jest mówienie. Jeśli ktoś jest początkującym można zacząć od najpopularniejszych i najbardziej przydatnych zwrotów. Mili ludzie z internetu nawet je dla nas zebrali:

Nowe technologie

Jeśli brakuje ci partnera do rozmowy lub po prostu masz blokadę przed mówieniem po angielsku do drugiego człowieka, na starcie wykorzystaj nowe technologie. To brzmi jak z filmu science fiction, ale możesz porozmawiać ze swoim komputerem.

Co więcej, nie będzie to pasywne nagrywanie samego siebie, bez jakiejkolwiek reakcji drugiej strony. Technologia rozpoznawania mowy ( = speech recognition) jest już tak zaawansowana, że można za jej pomocą nawet obsługiwać wyszukiwarkę Google. Można też sprawdzać, czy komputer rozumie, co do niego mówimy – na poziomie słówek, wyrażeń, zdań, a nawet dłuższych wypowiedzi.

Tak czy inaczej, dzięki technologii rozpoznawania mowy mamy okazję „z kimś sobie trochę pogadać”. Zresztą, nie ma co się rozpisywać. Spróbujmy, jak to działa w praktyce.

Na tej stronie – opartej o technologię rozpoznawania mowy rozwijaną przez Google – możemy podyktować coś aplikacji, a ta pokaże to na ekranie jako tekst. Język angielski jest tylko jednym z wielu języków do wyboru (polski też jest).

Przetestujmy to. Wybierzcie na tej stronie język angielski, kliknijcie „start dictation”, a potem powiedźcie do mikrofonu w swoim komputerze coś takiego: „It’s a great idea”. Albo coś takiego: „Did you have a good trip?”. Albo coś takiego: „I love the way you look”. Albo: „Have a nice day”.

Za pomocą głosu możemy również obsługiwać wyszukiwarkę internetową Google. Jest kilkadziesiąt różnych komend, które jest w stanie rozpoznać i wykonać, np. może dla nas coś zdefiniować, przeliterować, obliczyć, przetłumaczyć czy wyszukać. Wystarczy poprosić ją o to po angielsku. To okazja, żeby użyć angielskiego. Sprawdzić, czy ktoś – a raczej coś – nas rozumie.

To wideo pokazuje 50 różnych komend, na które zareaguje Google. Za pomocą głosu można na przykład ustawić budzik, włączyć odtwarzanie jakiejś piosenki na YouTube czy stworzyć notatkę.

Nieśmiały także w angielskim

Pamiętam, jak prowadziłem kilka lat temu zajęcia na kursie konwersacyjnym. Jedna z uczestniczek nie mogła się przełamać i wciąż była niezadowolona z tego, że nie mówi tak dużo i tak chętnie jak inni. Wyglądała na bardzo nieśmiałą osobę.

Spytałem ją na boku, czy lubi mówić po polsku, czy jest rozmowną i ekspresyjną osobą. Przyznała, że jest nieśmiała i ma problemy z pewnością siebie w mówieniu również w języku polskim. Jej trudności ze swobodnym mówieniem po angielsku wynikały częściowo z jej natury.

Mówienie to nie tylko wydawanie dźwięków. To również jakiś przejaw naszej osobowości i tożsamości. Nie ma powodu, żeby samobiczować się z powodu mniejszej ochoty do rozmawiania czy przemawiania. Być może taka jest nasza natura i zawsze będziemy mocniejsi w pisaniu, słuchaniu oraz czytaniu.

Uczyć się jak dziecko

Od urodzenia mówię do swoich synów wyłącznie po angielsku (mimo że jestem Polakiem i mieszkamy w Polsce). Przy okazji tego eksperymentu odkryłem, że magiczne zdolności do uczenia się dzieci to wielki mit.

Przeciętne dziecko potrzebuje trzech-czterech lat, żeby zacząć się swobodnie komunikować z otoczeniem za pomocą mowy. Osoby „z zewnątrz” nawet na tym etapie mogą mieć problemy ze zrozumieniem, co mówią – ich język bywa wciąż bardzo indywidualny, niestandardowy, trochę przeinaczony, trochę niewyraźny, zbyt wolny, zbyt szybki. Do tego dochodzi niechęć do mówienia w obecności obcych lub zwykły wstyd.

Druga rzecz – dzieci spędzają całe miesiące, jeśli nie lata najpierw na słuchaniu języka w otoczeniu, a potem na jego powtarzaniu. To bardzo długi i mozolny proces, w którym dzieciaki popełniają olbrzymie ilości błędów. To nie jest łatwe, szybkie i przyjemne. Potrzeba wielkiego wysiłku i tysięcy godzin kontaktu z językiem, żeby rozwinęły się dobre kompetencje werbalne.

U dorosłego nie może to wyglądać inaczej. Nie da się szybko i bez wysiłku zacząć swobodnie mówić po angielsku. Nie da się w kilka tygodni sprawić, żeby ten język stał się częścią naszej tożsamości i żebyśmy czuli się w nim komfortowo, tak samo dobrze lub niewiele gorzej niż w języku ojczystym.

[Nie ma głupich pytań] #001 Czy jest sens uczyć się angielskiego slangu?

Napisał do mnie jakiś czas temu Łukasz:

„Witam,

Na wstępie słowa uznania. Takiego bloga szukałem i znalazłem wiele ciekawych artykułów oraz porad, z których korzystam w codziennej nauce. Zainteresował mnie Pański tekst o tym jak przeskoczyć z poziomu średniozaawansowanego. Mam z tym duży problem. Pisał Pan o tym, aby znaleźć swoją dziedzinę i w niej się mocniej rozwijać.

Dla mnie byłby to slang, ponieważ to jest dla mnie interesujące. Skończyłem studia na kierunku komunikacji, dlatego slang sam w sobie jest dla mnie interesującym zjawiskiem. Proszę powiedzieć, ponieważ czytałem wiele komentarzy, że nie warto uczyć się angielskiego slangu, jeżeli nie komunikujemy się na co dzień z osobami które go używają, ponieważ i tak nie będziemy znać zastosowania. What’s your point of view?

Pozdrawiam”

Łukasz,

Dzięki za pytanie. Moja odpowiedź będzie się składać z dwóch części – dotyczącej przełamywania kryzysu średniozaawansowanego oraz angielskiego slangu.

Przełamać monotonię

W tekście o tym, jak wejść na wyższy poziom ze swoim angielskim, chodziło mi raczej o to, żeby chociaż trochę odejść od standardowego programu nauki, w którym to autorzy podręczników i nauczyciele decydują o tym, czegoś się uczymy i kiedy. Mimo że taki rytm jest dla uczącego się konieczny, nie zawsze dokładnie trafia w nasze potrzeby czy zainteresowania. To ma negatywny wpływ na motywację, której na poziomie średniozaawansowanym często zaczyna brakować.

Dlatego uważam, że po opanowaniu podstaw trzeba wziąć więcej inicjatywy i poświęcać się również temu, co nas kręci. Chodziło mi przede wszystkim o „wyjście” poza podręczniki i naukę w klasie, w kierunku dziedzin, którymi się zajmujemy na co dzień. I które nas kręcą lub w jakiś inny sposób obchodzą.

Dla pielęgniarki mógłby być to angielski związany z opieką zdrowotną. Nastolatka zainteresowana tańcem mogłaby szukać dalszej motywacji do nauki przez podpatrywanie rówieśników czy autorytetów z krajów anglosaskich. Dla kogoś zajmującego się fotografią „bramą” na wyższy poziom z angielskiego mogłyby być materiały związane ze sztuką czy techniką fotograficzną. Każda z tych dziedzin ma swoją terminologię, standardy komunikowania się i nawyki językowe, do poznania których powinniśmy dążyć, jeśli myślimy o swoich kompetencjach językowych poważnie.

Specjalista od slangu?

Czy slang to dobra dziedzina, na której można by się skupić jako dodatkowej motywacji? Szczerze – wydaje mi się, że to dość ogólny i mało praktyczny problem. Dobry dla językoznawców czy miłośników języka jako takiego. Osobiście zawsze lubiłem takie nietypowe, niestandardowe użycia języka i chętnie się ich uczyłem, ale obawiam się, że wynika to z mojego skrzywienia. Jestem językoznawcą, lubię język, lubię języki. To dla mnie nie tylko narzędzie, ale też ciekawy temat sam w sobie.

Z kolei dla kogoś, kto traktuje język przede wszystkim jako narzędzie, slang wydaje mi się drugorzędną sprawą. W pierwszej kolejności lepiej opanować „główny nurt” języka – moim zdaniem. Bardziej trwałym źródłem motywacji na poziomie średniozaawansowanym wydaje mi się to, że rozwijamy angielski adekwatny do naszej sytuacji życiowej i zawodowej. Będziemy mogli się dzięki temu lepiej komunikować z ludźmi z „branży”, w której i tak już jesteśmy lub chcielibyśmy być.

Bo chyba celem lat nauki angielskiego nie jest to, żeby dogadać się z jakimś małolatem w Newcastle albo raperem z Bronksu? Ci ludzie mogliby mieć problemy, żeby dogadać się ze sobą – ich lokalny angielski (slang) jest tak różny. Nie mówiąc o tym, że zdecydowana większość mówiących w tej chwili po angielsku to ludzie, dla których jest to drugi język, np. Chińczycy, Szwedzi, Turcy, Rosjanie, Hiszpanie czy Brazylijczycy i dla nich slang jest praktycznie bez znaczenia. Używają globalnego angielskiego. To z tą wersją angielskiego najprawdopodobniej się zetkniemy w praktyce.

Znajomość jakiegoś angielskiego slangu może się przydać do rzucania anegdotami albo powygłupiania się na imprezie, ale jako główne „paliwo” w procesie uczenia się nie wydaje mi się specjalnie praktyczne.

Jakimś wyjątkiem może być słownictwo, które z pozycji niekonwencjonalnego slangu przeszło do codziennego angielskiego. Nie ma tego dużo i – gdy tylko slang staje się powszechnie używany – przestajemy myśleć o nim jak o slangu, po prostu go używamy, np. B.S. = bullshit „I’m sick and tired of all this B.S.”

Angielski slang - czy warto się uczyć

Drugi wyjątek to „nieparlamentarny” język związany np. z seksem, częściami ciała, odgłosami wydawanymi przez ciało, przeklinaniem, itp. Ten slang może okazać się bardzo przydatny, ale też nie pasuje mi na kandydata do czegoś, co podtrzymywałoby przez dłuższy okres naszą motywację do nauki. To dobre jako przerywnik, coś urozmaicającego monotonię, ale raczej nie podstawa nauki. Poniżej dobry przykład:

Podsumowując, nie widzę wielkich korzyści dla przeciętnej osoby uczącej się angielskiego w specjalizowaniu się w slangu. Ani w slangu rozumianym jako coś lokalnego, ani w slangu rozumianym jako coś niepoprawnego politycznie, coś niekulturalnego. Warto co nieco wiedzieć, ale żeby robić z tego centrum wydarzeń przez lata nauki – raczej nie.

Czy warto wyjechać na wakacyjny kurs angielskiego zagranicę?

Zbliżają się wakacje, kiedy – jak wiadomo – tradycyjne metody nauki nie sprawdzają się najlepiej. Można się oszukiwać, że z własnej, nieprzymuszonej woli odświeży się całą gramatykę albo nadrobi zaległości z podręcznika, na którym pracowało się przez cały rok. To świetny pomysł, ale szybko okazuje się, że piękna pogoda, duża ilość niezorganizowanego czasu oraz tysiące przyjemniejszych rzeczy do roboty odciągają nas od planów.

Z drugiej strony, jeśli ktoś poważnie myśli o języku angielskim lub po prostu go lubi, szkoda byłoby zostawiać go odłogiem przez dwa, trzy czy cztery miesiące lata. Oprócz wielu mniej standardowych metod i pomysłów, które polecam samoukom, warto w tym kontekście przyjrzeć się też wyjazdowym kursom angielskiego.

Moje doświadczenia z kursami językowymi zagranicą

Od razu przyznaję się, że nigdy nie byłem na zorganizowanym kursie języka angielskiego zagranicą, ale w 2004r. miałem okazję spędzić miesiąc na kursie języka niemieckiego w miejscowości Freiburg im Breisgau dzięki stypendium organizacji promującej polsko-niemiecką współpracę. Mam fenomenalne wspomnienia z tego kursu.

Zajęcia odbywały się codziennie w godzinach porannych, a po obiedzie można było udać się na dodatkowe warsztaty lub wykłady. Freiburg jest dość prężnym ośrodkiem akademickim i wszystkie zajęcia odbywały się na kampusie uniwersyteckim, a kursanci mieli otwarty dostęp do wszystkich czytelni i bibliotek. Jednym słowem, jeśli chodzi o jakość nauczania oraz dostęp do materiałów, niczego nam nie brakowało.

W pierwszy dzień każdy uczestnik programu napisał test, który posłużył za podstawę podziału na grupy. Ku swojemu zdziwieniu trafiłem do najlepszej z nich. Znalazły się w niej głównie osoby z Rosji, Polski, Czech, Węgier oraz krajów byłej Jugosławii. Do tego kilka rodzynków z krajów zachodnich – magister germanistyki z Japonii, doktorant matematyki z Włoch, student filozofii z Francji, bardzo ambitna dziewczyna z Irlandii Północnej, sekretarka z Hiszpanii, młodziutka Szwedka kochająca języki oraz trzydziestoletni Duńczyk. Razem jakieś 18-20 osób.

Więcej niż lekcje

Aspekt towarzyski całego wyjazdu był co najmniej tak samo ważny, jeśli nie ważniejszy, niż same zajęcia w klasach. Nie jestem prywatnie aktywnym użytkownikiem Facebooka i – szczerze mówiąc – mam może z czterdzieści osób wśród znajomych, z czego ponad jedna czwarta to właśnie osoby, które poznałem w 2004r. we Freiburgu. Przez pewien czas w grupie około dziesięciu osób pisaliśmy do siebie nawet e-maile ze zdjęciami i podsumowaniem tego, co się u każdego z nas wydarzyło.

Praktycznie każdego dnia coś się działo. Pamiętam jak dziś wizytę w redakcji lokalnej gazety Badische Zeitung, podczas której mieliśmy okazję zwiedzić ich siedzibę i drukarnię oraz zadać kilka pytań wydawcom i dziennikarzom. Każdy uczestnik spotkania dostał też pierwsze, powojenne wydanie tego dziennika. Na jego podstawie zrobiłem potem w klasie prezentację (każdy jedną musiał) o tym, jak zmieniła się lokalna prasa od lat 40.

Z ciekawszych wydarzeń pamiętam też wycieczkę do Alzacji we Francji, a szczególnie zwiedzanie miejscowości Colmar. Po raz pierwszy zwiedzałem miasto na zasadzie gry miejskiej. Polegało to na tym, że od przewodników otrzymaliśmy mapę miasta wraz z listą zadań do wykonania. Wszystkie odpowiedzi wymagały przeczytania czegoś, orientowania się w przestrzeni czy zagadania kogoś po niemiecku. To w tej grze dowiedziałem się, na jaki zakon mówiło się psy Boga (Hunde des Herrn). Dzisiaj wystarczy wpisać to hasło na komórce w Google i po krzyku, ale wtedy wokół takich zadań trzeba było się nieźle natrudzić.

Do tego dochodzą pikniki, wyjścia do klubów nocnych, wycieczki (np. do muzeów w Bazylei w Szwajcarii), spotkania w mniejszym i większym gronie, projekcje filmów, konkursy i wiele, wiele innych atrakcji.

Efekty – nie tylko językowe

Dopiero gdy w październiku wróciłem w Poznaniu na uczelnię na kurs niemieckiego, w pełni zauważyłem, jakie piorunujące postępy poczyniłem w tym języku, szczególnie jeśli chodzi o swobodę komunikacji i pewność siebie. Mój niemiecki przestał być też aż tak książkowy i mechaniczny, nie mówiąc o tym, że po prostu czytanie czy mówienie w tym języku zaczęło mi sprawiać przyjemność.

Miałem też kilka innych epizodów zagranicznych (np. pół roku Erasmusa w Helsinkach, Work and Travel w Kalifornii, stypendium dziennikarskie w Missouri) i moje wrażenia, jeśli chodzi o wpływ takich wydarzeń na swobodę władania językiem obcym, zawsze były podobne. To wielki zastrzyk pozytywnej energii – okazja do poznania ludzi, sprawdzenia się w naturalnym środowisku językowym, zrobienia niebanalnych postępów i odbudowania motywacji, o którą na klasycznych kursach czasami trudno.

Zresztą podobne doświadczenia mają też moi znajomi, którzy mieli styczność z dobrze zorganizowanymi kursami języków obcych zagranicą. Dla jednej z moich koleżanek taki letni wyjazd do Berlina w trakcie liceum stał się ważnym punktem przełomowym – studiowała potem germanistykę i pracowała przy obsłudze niemieckich firm. Jedna z (bardzo niepozornych) kursantek, którą uczyłem w prywatnej szkole angielskiego w Poznaniu, po wakacjach spędzonych na kursie angielskiego w Londynie dopięła swego i dostała się na londyńską uczelnię, która kształci realizatorów dźwięku. Wiem, bo sam pisałem jej referencje.

Oczywiście można też pojechać samemu do Anglii czy Szkocji, np. do sezonowej pracy, i liczyć, że uda się w międzyczasie podszkolić język. Prawdopodobnie w jakimś zakresie się uda. Ale nie ma się co oszukiwać, że stworzymy sobie sami podobne warunki jak dobra szkoła językowa specjalizująca się w wyjazdowych kursach wakacyjnych (np. Kaplan International wyspecjalizowany w wyjazdowych kursach angielskiego).

Jak wybrać dobry kurs?

Same zajęcia powinny stać na naprawdę dobrym poziomie, mimo tego że organizowane są w lecie. Warto przed wyjazdem sprawdzić opinie o organizatorze kursu, dowiedzieć się więcej o kadrze oraz całym zapleczu dydaktycznym. Na kursie we Freiburgu w 2004r. musieliśmy naprawdę ciężko pracować, włącznie z zadaniami domowymi, pracami pisemnymi czy prezentacjami przed resztą grupy.

Dla mnie zawsze ważny był też kontakt z ludźmi z całego świata, więc gdybym teraz wyjeżdżał na podobny wakacyjny program, chciałbym wiedzieć, czy mogę się spodziewać międzynarodowego towarzystwa na i po zajęciach. Jaki jest sens jechać na kurs do Anglii, Irlandii, Stanów czy Szkocji, gdzie większość grupy to Polacy, a zajęcia prowadzi polski anglista?

Jeśli chodzi o wszystkie bonusy w stylu dodatkowe wycieczki, konkursy, warsztaty, dostęp do materiałów i interesujących metod nauki, też warto sprawdzić to przed podpisaniem umowy. Trudno sobie wyobrazić, żeby w letnich miesiącach 100% czasu spędzać na standardowej nauce w klasach, bibliotece czy własnym pokoju. Im bogatszy program takiego wyjazdu, tym więcej będziemy się mogli nauczyć w niekonwencjonalny sposób.

W przeszłości, przeglądając oferty kursów hiszpańskiego zagranicą, spotkałem się z ciekawą opcją zakwaterowania u lokalnej rodziny. Moim zdaniem to fenomenalny pomysł i jeśli mamy taką możliwość, warto z niej skorzystać. Nie tylko dla korzyści językowych, ale przede wszystkim kulturowych i towarzyskich.

Cóż – jeśli w przyszłości moje dziecko zgłosi się do mnie z pomysłem wyjazdu na zagraniczny kurs języka angielskiego, a mnie będzie na to stać, może liczyć na moją przychylność. Do niedawna sam rozważałem wakacje w Hiszpanii połączone z kursem języka hiszpańskiego dla początkujących lub podobne przedsięwzięcie w Moskwie, Sankt Petersburgu czy innym rosyjskim mieście. Mam nadzieję, że kiedyś zrealizuję swoje plany.

Artykuł zainspirowany przez szkołę Kaplan International, która specjalizuje się w organizacji zagranicznych kursów języka angielskiego. Jej oferty obejmują kurs plus zakwaterowanie. Kursy można odbyć między innymi w Anglii, USA, Szkocji, Australii, Kandzie, Nowej Zelandii oraz Irlandii.

Jak wykorzystać swoje hobby do nauki angielskiego?

Jedna z najfajniejszych lekcji, którą prowadziłem, przytrafiła mi się w grupie średniozaawansowanej zdominowanej przez mężczyzn. Dotyczyła sportu i wcale nie była łatwa jak na ten poziom. Ale okazało się, że kilku kursantów to fani piłki nożnej (w tym gier komputerowych typu FIFA), którzy nie dosyć, żeby byli zainteresowani każdym przygotowanym zadaniem, to na dodatek chętnie dzielili się swoją dodatkową wiedzą.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ uważam, że hobby czy pasja (np. sport, moda, gry, filmy Woody’ego Allena, itp.) może się stać fantastycznym sposobem na zrobienie niebanalnych postępów w języku angielskim (czy innym języku obcym).

Pomyślmy o tym – jeśli coś nas kręci, nie potrzebujemy specjalnej motywacji, żeby się tym zajmować. To i tak najprzyjemniejszy sposób spędzania czasu. Zwykłe ćwiczenia gramatyczne czy uczenie się ogólnego słownictwa to zawsze trochę droga pod górkę, ale jeśli język angielski jest medium, dzięki któremu rozwijamy swoje hobby czy pasję, nauka przestaje być obciążeniem. To się po prostu dzieje.

I najlepsze jest to, że jest też znacznie bardziej naturalna. Dlaczego? Ponieważ jest częścią naszego życia codziennego. To normalne, że jeśli coś nas interesuje, chcemy więcej o tym czytać, wypowiadać się na ten temat, rozmawiać z innymi, oglądać i słuchać czy uczestniczyć w działaniach innych fanów. To idealne środowisko do praktycznego, autentycznego użycia języka – polskiego, angielskiego i każdego innego.

Jestem zdania, że każdy, kto posiada już podstawy języka obcego, czyli powiedzmy mocny poziom elementary w angielskim, jest w stanie i powinien uzupełnić w ten sposób swoją dalszą naukę.

Oczywiście, im niższe ogólne kompetencje językowe, tym trudniej będzie przetwarzać bardziej skomplikowane informacje czy składnie się wypowiadać, ale i tak osoby zainteresowane jakimś tematem (np. piłką nożną), będą lepiej poruszać się w angielskim dotyczącym tej dziedziny. Dlaczego? Ponieważ w sukurs przyjdzie im duża wiedza o piłce nożnej, modzie czy chodzeniu po górach. Łatwiej będzie im połączyć polskie i angielskie realia.

Zresztą działa to też w drugą stronę – osobiście jestem sporym ignorantem, jeśli chodzi o kwestie botaniczne i zawsze uczenie się rodzajów drzew czy mniej powszechnych roślin przychodziło mi po angielsku z wielkim trudem. Za to wystarczy, że raz przeczytam artykuł o tematyce ekonomicznej, technologicznej, psychologicznej, kulturalnej czy sportowej i natychmiast zapamiętuję większość nowych informacji, ciekawe zwroty, itp.

Dlatego uważam, że należy szukać ekspozycji na język angielski związany z tematami, które nas interesują. Jak mogłoby to wyglądać w praktyce? Przyjrzyjmy się temu na przykładzie piłki nożnej.

Angielski w piłce nożnej

Na początek warto uporządkować podstawowe terminy związane z naszymi zainteresowaniami. Jak powiedzieć rzut karny, dogrywka, doliczony czas gry, spalony, bramkarz, ławka rezerwowych, kapitan i wiele innych podstawowych pojęć? Moim zdaniem jest tu pole do popisu – do pracy ze słownikami, z mapą mózgu lub innymi formami robienia notatek i porządkowania informacji. To jak najbardziej część nauki języka obecgo.

Kaplan - angielski w piłce nożnej

źródło: http://www.kaplaninternational.com/pl/blog/jak-mowic-o-pilce-noznej-po-angielsku/

Zresztą nie zatrzymywałbym się na pojedynczych wyrażeniach, tylko rozbudowałbym je o kolokacje czy popularne wyrażenia, żeby jeszcze bardziej zbliżyć się do naturalnego języka. Kilka pierwszych z brzegu przykładów:

a. to lose possession / stracić posiadanie piłki / Everton lost possession early in the second half and United totally controlled the game.

b. good in the air / dobrze grać głową / A defender needs to be good in the air.

c. to be shown the red card / otrzymać czerwoną kartę / After another careless foul he was shown the red card.

Najlepiej stworzyć takie materiały samemu – jestem wielkim zwolennikiem robienia obfitych notatek, ale można korzystać też z ogólnie dostępnych materiałów (jak ten).

Źródłem autentycznego angielskiego związanego z piłką nożną mogą być strony internetowe FIFA czy UEFA, portale o footballu typu Goal.com, sekcje sportowe angielskich gazet czy oficjalne i nieoficjalne strony klubów. Podobnie jak w polskich mediach, znajdziemy tam relacje z meczów, a nawet komentarze na żywo.

Jeśli czujemy się na tyle komfotowo z angielskim, żeby oglądać mecze z angielskim komentarzem, ciekawy pomysł to przejrzenie na YouTube starych, klasycznych pojedynków. W Polsce mamy świetnych, kultowych komentatorów sportowych typu Dariusz Szpakowski, Włodzimierz Szaranowicz, Mateusz Borek czy Tomasz Zimoch. Z czystej ciekawości warto sprawdzić, jak to brzmi po angielsku.

Osobiście pamiętam jak dziś finał Ligi Mistrzów z 2005 pomiędzy Milanem i Liverpoolem. Liverpool przegrywał 3-0, żeby w regulaminowym czasie gry wyrównać i wygrać w karnych. W bramce angielskiego zespołu stał Jerzy Dudek.

Komentarz przy wyrównującej bramce: „And mission impossible is accomplished. Liverpool were three nil down five minutes ago and now – look at that scoreline!”.

Polecam rzuty karne z angielskim komentarzem, które decydowały o wyniku finału. Zaczynają się od: „Here we go. Fingers crossed for Liverpool…”

W internecie jest też naprawdę dużo materiałów szkoleniowych dotyczących różnych elementów piłki nożnej. To także źródło „branżowego” języka znanego każdej osobie, która ogląda lub uprawia ten sport.

Muszę przyznać, że czytanie relacji w mediach, słuchanie angielskiego komentarza czy nawet włącznie angielskiego komentarza w grze komputerowej to jedno, ale z własnego doświadczenia wiem, że trochę inaczej sprawa wygląda na boisku.

Zanim dość nieprzyjemnie skręciłem lewą kostkę, przez dłuższy czas grałem w nogę z grupą native speakerów. Na początku czułem się bardzo nieswojo mimo tego, że byłem magistrem anglistyki i doświadczonym nauczycielem. To był jeszcze inny angielski. Angielski krótkich i szybkich komend, wyrażania silnych emocji powszechnych na boisku i natychmiastowego reagowania na sytuację: „Bring it in”, „line”, „take the far post”„on your marks”, „mark him”, „keep pushing”, „unlucky!, „man on”, „Rob’s with you”.

W każdym razie, czy to piłka nożna, czy moda, czy jakiekolwiek inne hobby, nasze zainteresowania mogą dostarczyć naprawdę interesującego kontekstu do nauki języka angielskiego. Jest to dobry sposób na uzupełnienie ogólnego angielskiego, wyspecjalizowanie się w ciekawej dziedzinie i rozbudowanie swojej motywacji do rozwoju językowego.

Artykuł zainspirowany przez szkołę językową Kaplan International.

Dlaczego warto być samoukiem?

Jeden z cytatów na temat uczenia się, który najmocniej utkwił mi w pamięci brzmi: „Są dwa rodzaje uczniów – samouki i nieuki”. Znalazłem to dawno temu we wstępie do jakiegoś samouczka jakiegoś egzotycznego języka obcego i pamiętam do dzisiaj.

W rzeczywistości sprawy nie są oczywiście tak czarno-białe i pomiędzy tymi dwoma ekstremami jest mnóstwo typów uczniów, który w mniejszym lub większym stopniu stawiają na autonomię. Zresztą – moim zdaniem – żeby nazwać się samoukiem niekoniecznie trzeba uczyć się w pojedynkę i nie korzystać ze zorganizowanej edukacji w jakiejkolwiek formie.

Chodzi raczej o pewne podejście – przejmowanie inicjatywy od nauczycieli i innych osób, których zadaniem jest jakieś tam kierowanie naszą edukacją. Może to oznaczać robienie więcej niż jest obowiązkowe, może to oznaczać uczenie się inaczej, w swoim tempie, swoimi metodami, wyznaczenie sobie własnych celów, itp.

Kiedy zaczynałem pracę jako nauczyciel angielskiego w połowie poprzedniej dekady super modne było określenie „autonomiczne uczenie się” (autonomous learning) i pamiętam, że na szkoleniach w prywatnych szkołach językowych byliśmy zachęcani do promowania tego podejścia. Sprowadzało się ono do tego, żeby pokazywać ludziom podstawowe narzędzia i wymagać jak największego wkładu własnego. Miało to na celu zachęcanie uczniów do większej samodzielności.

W praktyce różnie się sprawdzało – w niektórych uczeniach można było wyczuć żyłkę do uczenia się samodzielnie, inni wymagali bardzo silnej obecności nauczyciela. W obu grupach były osoby, które robiły postępy, ale wydaje mi się, że ostatecznie więcej są w stanie osiągnąć ci pierwsi – samouki.

To zabrzmi jak banał, ale uważam, że umiejętność uczenia się to jedna z najważniejszych, jeśli nie najważniejsza w tej chwili zdolność. Chodzi mi jednak o specyficzną umiejętność uczenia się – nie nastawioną na dyplomy i prestiże, ale na działanie i tworzenie, w sensie natychmiastowego przekładania wiedzy na realne sprawy, używania jej do rozwiązywania problemów swoich i innych, tworzenia czegoś. Ale to nie jedyny powód, żeby zostać zatwardziałym samoukiem.

Nauczyciele nie ogarniają wszystkiego

Nauczyciele to bardzo zróżnicowane środowisko – jedni są sumienni i zaangażowani, inni chcą po prostu zarobić możliwe najmniejszym wysiłkiem na życie. Nauczyciele zmieniają się też z czasem, na lepsze lub gorsze. Na kogokolwiek byśmy jednak nie trafili – nauczyciela fantastycznego czy fatalnego – możemy być pewni, że:

  • nie wie wszystkiego,

  • nie zna nas lepiej niż my sami,

  • jeśli pracujemy z grupą, nie jest w stanie poświęcić nam pełnej uwagi

Mam sporo bardzo pozytywnych wspomnień w stosunku do wybranych nauczycieli, ale jeśli mam znaleźć coś, co łączyło tych najlepszych, była to nie konkretna wiedza czy nawet umiejętność jej przekazania, ale zdolność do zainspirowania mnie do własnego wysiłku (na różne sposoby). Inna sprawa, że jestem podatny na tego typu motywację.

Najgorzej za to wspominam tych nauczycieli, którzy skupiali się wyłączenie na egzekucji wiedzy, którą przekazywali. Tego typu mechaniczne podejście w stylu pytanie-odpowiedź, które i tak ma ograniczoną wartość, można spokojnie uzyskać od programu komputerowego. Dobry nauczyciel powinien jednak dawać trochę więcej.

W każdym razie każdy samouk rozumie, że żaden nauczyciel nie jest w stanie nauczyć go wszystkiego (również dlatego, że jest ograniczony przez programy, własną wiedzę, czas, itp.). Trzeba działać samemu, a nie tylko oczekiwać i wymagać od innych.

Są możliwości

Najlepsze jest jednak to, że chyba jeszcze nigdy w przeszłości samouki nie miały tyle możliwości do realizacji swoich zainteresowań. To niby kolejny banał, ale moim zdaniem potencjał wielu współczesnych narzędzi jest bardzo, ale to bardzo niedoceniony.

Oczywiście każdy powie, że internet czy smartfon są super przydatne, ale i tak większość czasu będzie spędzać na portalach plotkarskich, randkowych i pokrewnych. A smartfona będzie używać głównie do pisania dłuższych smsów i sprawdzania, co się dzieje na Facebooku. Nawiasem mówiąc, nie mam nic przeciwko temu, jeśli ktoś tak lubi spędzać czasu, tyle że to nie jest pełne wykorzystanie możliwości tych narzędzi.

W internecie dokonuje się w tej chwili niebywała rewolucja edukacyjna, dzięki której każdy samouk może dostać prawdziwe turbodoładowanie. Chodzi o wiele zjawisk. Najważniejsze z nich to:

1. Bezpłatne portale z podstawowymi i zaawansowanymi treściami edukacyjnymi, zorganizowanymi w sposób, który praktycznie niczym nie różni się od wykładu lub zajęć w szkole (np. Khan Academy)

2. Bezpłatne platformy z wykładami i kursami uniwersyteckimi (np. Coursera)

3. Bezpłatne i płatne portale z kursami praktycznych umiejętności, np. programowania (np. Udemy, Code Academy)

4. Olbrzymie bazy danych (płatne i bezpłatne), które ułatwiają dostęp do informacji (np. Google Scholar)

5. Potężne wyszukiwarki informacji, w tym bardzo niszowe, (np. WolframAlpha)

6. Aplikacje do organizowania informacji i procesu uczenia się (np. Evernote)

7. Blogi, na których eksperci chętnie dzielą się swoją wiedzą i odpowiadają na pytania czytelników

8. Portale społecznościowe, fora, strony Q&A, na których ludzie dzielą się informacjami (np. Stack Exchange)

9. Setki stron z tutorialami na każdy temat pod słońcem (np. Tutsplus)

Do skorzystania z tych i innych możliwości nie trzeba specjalnego zaproszenia, niczyjej zgody, nikt nie będzie nas też oceniał za sposób, w jaki je wykorzystujemy. Można czegoś spróbować i porzucić bez konsekwencji. Można się w uczenie jakiejś umiejętności bezkarnie wciągnąć, zgłębić ją od A do Z, a potem wykorzystać w praktyce (np. do stworzenia czegoś, rozwiązania jakiegoś problemu, itp.). To prawdziwy raj dla samouków, szczególnie jeśli mają jakiś warsztat poruszania się po tym nadmiarze możliwości.

Najlepszych rzeczy nikt nas nie nauczy

O ile warto mieć przy sobie dobrych nauczycieli w pierwszych etapach nauki (angielskiego i innych umiejętności), od pewnego momentu największy rozwój jest tak naprawdę w naszych rękach.

Trudno oczekiwać, żeby nauczyciel angielskiego przekazał nam całe dostępne słownictwo i podczas kursu przygotował nas na wszystkie możliwe sytuacje językowe – w mowie i w piśmie. Takich sytuacji jest przecież nieskończona ilość! Podobnie w innych dziedzinach – który nauczyciel matematyki przećwiczył z uczniami wszystkie możliwe zadania? Który instruktor jazdy pokazał swojej podopiecznej, jak zachować się w absolutnie każdej sytuacji na drodze?

Większość problemów i sytuacji, z którymi się w rzeczywistości stykamy, jest unikalna i nie da się do nich przygotować jak do quizu jednokrotnego wyboru. Są również na tyle złożone, że nie da się ich odtworzyć np. w szkolnej klasie czy na prezentacji.

Zresztą odnosi się też do twórczej strony życia – czy ktoś nauczył Picassa, jak dokładnie malować? Na pewno ktoś pokazał mu podstawy i zachęcił do malowania, na pewno różni ludzie (inni artyści, kobiety) i doświadczenia miały wpływ na jego styl. Czy ktoś nauczył Marka Zuckerberga, jak stworzyć portal Facebook?

Na pewno nie miał tego w szkole na lekcji, chociaż nie ulega wątpliwości, że wiele umiejętności niezbędnych np. do programowania posiadł właśnie w szkołach, na kursach, itp.. Ale był też zażartym samoukiem – nie tylko w sensie poświęcania dodatkowego czasu na naukę, ale też eksperymentowania, sprawdzania, co działa, a co nie, ulepszania, itp.

Wracając na ziemię, żaden nauczyciel angielskiego ani innego przedmiotu nie nauczy nas, jak poradzić sobie w każdej sytuacji. Do pewnego etapu ich wsparcie będzie kluczowe, a potem jego znaczenie będzie maleć. Coraz ważniejszy będzie nasz wkład.

Podsumowanie

Krótko mówiąc, warto być samoukiem z co najmniej czterech powodów:

  • zdolność do samodzielnego uczenia się to kluczowa umiejętność w tym zmieniającym się świecie,

  • nauczyciele to tylko ludzie, mają spore ograniczenia, trzeba im pomóc 😉

  • możliwości do samodzielnego rozwoju są większe niż kiedykolwiek, niebywałe, nieskończone,

  • najlepszych rzeczy nikt nas nie nauczy, trzeba je zrobić samemu

Jak przełamać kryzys średniozaawansowanego?

Większość studentów, których uczyłem od etapu początkującego przez kolejne kilka lat, doświadczało jakiejś formy kryzysu po dwóch, trzech latach nauki. Mijał pierwszy zapał, angielski przestawał być aż takim wyzwaniem jak na początku, a o odczuwalne postępy było coraz trudniej. Jest na to nawet określenie wśród nauczycieli angielskiego, którzy mają problem z wykrzesaniem w studentach na tym etapie motywacji – intermediate plateau, czyli płaskowyż średniozaawansowanych. Na jakiś poziom się już wspięli, ale teraz poruszają się po długiej, męczącej, mało atrakcyjnej równinie przed kolejnymi szczytami.

Z mojego doświadczenia i z komentarzy innych nauczycieli wynika, że taki okres następuje po ok. dwóch, trzech latach i zbiega się z podręcznikami na poziomach intermediate oraz upper-intermediate.

Dlaczego tak się dzieje?

Najważniejszy powód to spadek motywacji wynikający z tego, że coraz trudniej robić odczuwalne postępy. Jeśli ktoś zaczyna od zera lub porządkuje jakieś tam strzępki angielskiego, które zna, w pierwszym etapie nauki przechodzi prawdziwą rewolucję. Podstawowe elementy zaczynają się składać w coraz bardziej skomplikowane całości, osiągnięcia widać gołym okiem (np. coraz dłuższe rozmowy, zdolność do napisania kilku spójnych zdań o sobie, itp.). To bardzo energetyzujące doświadczenie, jeśli ktoś naprawdę się stara.

Poza tym – wszystko jest nowe. Słownictwo, gramatyka, dźwięki, ale też sama sytuacja uczenia się nowego języka. A metodyka angielskiego oraz poziom wyszkolenia anglistów jest naprawdę wysoki, więc w dobrych szkołach to nie są nudne i przewidywalne lekcje. Wiem, że dla niektórych studentów fajne zajęcia językowe mogą stanowić najprzyjemniejszy element całego tygodnia.

Od poziomów średniozaawansowanych coraz większy nacisk kładziony jest na powtórkę, konsolidację oraz stopniowe rozszerzanie zagadnień. To oznacza, że w podręcznikach i na zajęciach mogą pojawiać się podobne tematy leksykalne i gramatyczne. I wtedy się zaczyna: „ale my to już mieliśmy”, „po co robić znowu to samo”, „ile można się uczuć o częściach ciała”, itp.

Do tego dochodzi jakaś tam powtarzalność metod nauczyciela i ogólne zmęczenie wynikające z tego, że uczymy się czegoś bezustannie przez kilkanaście miesięcy w podobnym tempie. Jeśli dodamy do tego wrażenie, że jako średniozaawansowany potrafię już naprawdę sporo i poradzę sobie w większości normalnych sytuacji, coraz trudniej dojrzeć motywację do dalszego rozwoju.

Uważam, że ten mechanizm działa nie tylko w angielskim, ale w procesie uczenia się innych umiejętności (nie tylko w szkole).

Jak przejść przez płaskowyż średniozaawansowanych bez kryzysu?

Mam dwie rady, choć jestem pewien, że znalazłoby się ich dużo więcej. Jeśli ktoś ma coś do powiedzenia z własnego doświadczenia jako nauczyciel lub uczeń, zapraszam do komentowania.

Moja pierwsza rada brzmi: wyspecjalizuj się.

Na pewnym etapie możemy odczuwać zmęczenie ogólną tematyką zajęć z angielskiego – tematy nie zawsze odnoszą się do naszej codzienności, pracy czy zainteresowań. Sam jako uczeń ciężko znosiłem np. konwencjonalne zajęcia o ubraniach, modzie czy niektórych zagadnieniach gramatycznych (np. present perfect continuous). Małe mnie to obchodziło.

Dlatego jeśli dysponujemy już jako takimi podstawami, a ktoś na poziomie średniozaawansowanym powinien z łatwością czytać nieskomplikowane teksty, wyrażać podstawowe myśli, składnie pisać i radzić sobie z niewymagającym rozumieniem ze słuchu, powinniśmy odbić w kierunku, który nas naprawdę pociąga.

Chodzi mi o wyspecjalizowanie się w jakimś podzbiorze angielskiego. Oczywiście język angielski jest jeden, ale np. inżynier produkcji, konstruktor, finansista, farmaceuta czy położna mają sporo odrębnego słownictwa czy specyficznych sytuacji komunikacyjnych. Moim zdaniem powinni zainwestować czas i energię, żeby do ogólnego angielskiego dodać ten komponent.

Dlaczego? Ponieważ ich motywacja do nauki bardzo adekwatnych spraw powinna być wyższa niż np. powtórki z części ciała czy ubrań. Nadal mogą poruszać się po tym męczącym płaskowyżu ogólnego angielskiego, ale jednocześnie dopingować się na własnym podwórku.

Zresztą, będziemy zdziwieni jak bardzo język różnych branż się przenika i jak wiele z nowej wiedzy będziemy mogli zastosować również na zwykłych zajęciach angielskiego.

Z kolei jako lektor muszę powiedzieć, że najlepiej wspominam chyba zajęcia ze studentami różnych kierunków na Politechnice Poznańskiej, w firmach z różnych branż czy z bankowcami. Dlaczego? Wymagały ode mnie wyjścia poza dość oklepaną tematykę zajęć z angielskiego i dostosowania się do całkiem wymagających profesjonalistów. Najważniejsza część tego dostosowania się to właśnie zrozumienie i opanowanie nowej terminologii. I to nie na poziomie tłumaczenia słowo w słowo, ale zdolności do rozmawiania z ludźmi o tych tematach, a nawet nauczenia ich czegoś z ich własnej branży.

To moja rada dla nauczycieli w stanie wypalenia zawodowego – wyjdźcie poza ogólny, szkolny angielski. English for Specific Purposes to najbardziej interesująca część branży nauczania języka angielskiego. I żeby było jasne: nie trzeba kończyć studiów podyplomowych z bankowości, żeby uczyć bankowców. Wystarczy być otwartym, pomocnym i uczyć się na bieżąco.

Jeśli to kogoś interesuję, to właśnie w uczeniu angielskiego ESP w wielu branżach upatruję jednego z powodów swojego odejścia od uczenia. W tym czasie mogłem zaobserwować, jak pracuje się w innych dziedzinach niż edukacja, porozmawiać z naprawdę fantastycznymi specjalistami i nauczyć się tyle, żeby mieć podstawy do zorganizowania zawodowej zmiany na własnych warunkach.

Moja druga rada jest dużo krótsza – wyjdź poza szkolną ławkę.

Nie ma co polegać na nauczycielach jako jedynych przewodnikach w nauce angielskiego czy czegokolwiek innego. Naprawdę większość z nas jest zdolna do samodzielnej nauki większości umiejętności, szczególnie jeśli podstawy są na swoim miejscu.

Olbrzymim impulsem do doskonalenia swoich umiejętności jest tworzenie czegoś w obcym języku, zaangażowanie się w jakiś projekt czy organizację międzynarodową, wyjazd stypendialny typu Erasmus czy jego odpowiednik dla dorosłych, wzięcie udziału w jakimś międzynarodowym konkursie, itp. Pomysłów jest nieskończona ilość, a najlepiej widać je wtedy, kiedy podniesiemy wzrok znad szkolnego podręcznika. Heads up!

Naucz się podstaw, a potem sky is the limit

Jak pracowałem jako lektor angielskiego, potrafiłem po kilku tygodniach od rozpoczęcia kursu z dużym prawdopodobieństwem przewidzieć, kto z nowej grupy wytrwa w nauce i będzie sobie dobrze radził. Dotyczy to szczególnie grup całkowicie początkujących, ale nie tylko.

Skąd wiedziałem? Jeśli ktoś szybko zaczynał mieć dziury w swojej wiedzy i nie wykazywał ochoty, żeby je stopniowo łatać, po kilku tygodniach zamieniały się one w systematyczne zaległości. Po dwóch, trzech miesiącach widać było już rosnącą przepaść między najbardziej zaangażowanymi, którzy rwą do przodu, a tymi, którzy coraz mocniej zostają w tyle. W ten sposób rozkręcała się spirala motywacji dla jednych, a spirala demotywacji dla drugich.

Podstawy są najważniejsze

Jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że jeśli ktoś przerobił z zaangażowaniem i w całości jakikolwiek dobry podręcznik dla początkujących, ma otwarte drzwi do naprawdę dużych osiągnięć.

Sam uczyłem się z serii podręczników Headway, jako lektor prowadziłem zajęcia z podręczników New English File, Language Leader oraz Face2Face. Różnice między nimi to z punktu widzenia początkującego studenta języka angielskiego kompletne subtelności.

W zasadzie wszystko jedno, z czego się uczymy. Jeśli będzie zaangażowanie, nawet najbardziej nieprzyjazny podręcznik dużo nas nauczy. Jeśli nie będzie zaangażowania, nawet najprzyjaźniejszy podręcznik niewiele pomoże.

Jestem w ogóle przekonany, że żyjemy w czasach, kiedy każdy ma dostęp za darmo i w każdym momencie do każdego typu materiałów. Brak materiałów to w najmniejszym stopniu nie jest problem. Wszystko, co dostajemy, jest tylko jakąś wersją, a w najlepszym wypadku, ulepszeniem, czegoś, co już było. Zmienia się tylko opakowanie, może unowocześniane są teksty i ćwiczenia.

Ale przecież nowej gramatyki nikt nie wymyśli. Zasady czytania ze zrozumieniem i jasnego pisania praktycznie się nie zmieniły.

Największą trudnością wydaje mi się w tej chwili brak skupienia, nadmiar bodźców i możliwości oraz brak długoterminowego zaangażowania. Poprzednie wpisy o technice Pomodoro oraz metodach nauki języków Mormonów mogą pomóc wypracować więcej skupienia i zaangażowanego podejścia.

Ale wracając do podstaw – przypominam sobie własnych kursantów z grup początkujących, z którymi spędziłem potem kilka lat jako lektor na kolejnych szczeblach nauki. To jedna z większych radości nauczyciela, jeśli widzi rozwój ludzi, którzy w jakiejś części od niego zależą. Jak na pierwszych zajęciach ktoś jest totalnie zakłopotany, przestraszony, a po trzech latach nauki swobodnie wyraża myśli w obecności native speakera. Miałem przyjemność uczyć takie osoby.

Co je łączyło? Bardzo duże zaangażowanie na pierwszych etapach nauki. Jak to się przejawia? Chęcią zrozumienia wszystkiego w najdrobniejszych szczegółach, wykonywaniem absolutnie wszystkich zadań (często niezadowoleniem z nauczyciela, który coś chce ominąć!), radykalną ciekawością i optymizmem, że ten cały wysiłek do czegoś prowadzi.

Przypominam sobie też swoją drogę i muszę powiedzieć, że na jej początku uczyłem się angielskiego wręcz religijnie. Nauczyciel z liceum ignorował na przykład zadania na wymowę (pronunciation), z tymi dziwnymi znaczkami fonetycznymi i większość nie oponowała. Byłem ciekawy, jak to działa i wszystkiego nauczyłem się sam na tyle, na ile było to możliwe (nie jest to znowu aż tak trudne) – intuicja mnie nie myliła: znajomość fonetycznych podstaw języka do dzisiaj mi się przydaje. I to jak!

Masz podstawy, masz łatwiej

Ale w dobrym opanowaniu podstaw, czy to języka, czy innych umiejętności, kryje się prawdziwe złoto, z którego potem można długo korzystać.

Po pierwsze, jeśli początkowy wysiłek jest większy i bardziej skoncentrowany, później będzie nam dużo łatwiej. Będziemy mieli wszystkie elementy układanki potrzebne, żeby tworzyć bardziej skomplikowane całości. Dobrze ilustruje to tzw. krzywa uczenia się – im ostrzej będzie rosła na początku, tym szybkiej osiągniemy jakiś poziom satysfakcjonujących nas umiejętności.

Po drugie, unikniemy problemów z motywacją, które są plagą wszystkich uczących się, nie tylko języków. Każdy z nas zna pewnie uczucie słomianego zapału. Ja bardzo dobrze – iluż to już języków nie zaczynałem się uczyć (czeskiego, francuskiego, hiszpańskiego, chyba nawet chińskiego). Niestety za chęciami nie poszedł wysiłek i zaangażowanie. Nie udało mi się nigdy przejść etapu kilku pierwszych lekcji – brakowało skupienia i poczucia, że to do czegoś doprowadzi.

Po trzecie, będziemy zdziwieni, jak niewiele poza podstawami języka potrzeba w prawdziwym życiu. Problem wielu zaawansowanych studentów angielskiego polega na tym, że zbyt mocno komplikują swoje wypowiedzi. Są nienaturalni, nikt w ten sposób by się w normalnej sytuacji nie komunikował. Zapominają o podstawach.

Nie jestem oczywiście zwolennikiem znajomości tylko jakiegoś ograniczonego zbioru najpopularniejszych słów czy konstrukcji gramatycznych. To z kolei zbyt prostackie podejście. Nie polecam. Warto jednak zbudować bardzo mocne podstawy i być z nimi w kontakcie nawet na dalszych etapach nauki. Jedni z tych podstaw wybiją się na prawdziwą niezależność (praca w języku angielskim, pisanie, czytanie gazet, książek, itp.), inni wykorzystają je w bardziej przyziemnych sytuacjach (podczas podróży, załatwiania spraw zagranicą). To w zasadzie nie ma znaczenia – do jednego i drugiego i tak potrzebujemy podstaw.

1 2 3