Archive

Category Archives for "Jak się uczyć angielskiego"

[nie ma głupich pytań] #003 „Uczę się angielskiego od kilku lat, ale jestem niezadowolona z efektów”. Jak ruszyć z miejsca?

Napisała do mnie Magda:

„Niedawno znalazłam Pana boga i bardzo się cieszę, że on istnieje. Chciałabym się zacząć uczyć języka, bo co prawda „uczę się” już go od kilku lat w szkole, ale raczej nauką nazwać tego nie można. Mój poziom jest bardzo podstawowy. I chciałabym zapytać, od czego tak właściwie zacząć się uczyć?

Bo wszyscy mówią „bierzesz książkę / podręcznik, siadasz na tyłku i się uczysz”, ale ja tak właściwie to nie wiem, od czego zacząć. Motywację już mam, ale chciałabym jej nie stracić zakuwając od samego początku słówka. Może ma Pan jakiś sposób lub zna Pan jakąś stronę na której zostało to fajnie opisane. Z góry bardzo dziękuję”

Dobre pytanie. Co ma zrobić ktoś, kto wiele lat się uczył angielskiego i jest niezadowolony z rezultatów? Jak ruszyć z miejsca, w którym się utknęło?

Metoda + motywacja

Czuję się identycznie jak Magda myśląc o swojej znajomości niemieckiego. I o pływaniu. I jeszcze o programowaniu. I o graniu na harmonijce. A nawet o prowadzeniu tego bloga.

Każdą z tych umiejętności chciałbym opanować znacznie lepiej niż obecnie. Jestem niezadowolony z rezultatów mimo że od lat poświęcam im czas.

Pytanie brzmi: „dlaczego niektóre umiejętności udaje nam się rozwijać, a inne – mimo że wydają się dla nas ważne – tkwią w stagnacji”?

Jestem zdania, że najszybsze postępy w każdej dziedzinie robimy wtedy, gdy zbiegną się dwa czynniki – trafione metody oraz silna motywacja. Gdy nie ma autentycznej motywacji lub metody działania nam nie odpowiadają, postępy będą wolniejsze, może wkradać się frustracja czy słomiany zapał.

Z jakiegoś powodu nigdy nie znalazłem takiego połączenia metody i motywacji przy nauce języka niemieckiego. Mimo że uczę się go dłużej niż angielskiego. Nie mogę tego wykrzesać – mimo że świadomie bardzo chcę – żeby nauczyć się programować.

Myślę, że Magda musi przyjrzeć się dotychczasowym metodom oraz motywacji.

Eksperymentować z metodami

Ktoś kiedyś powiedział: „Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać innych rezultatów”. Jeśli Magda uczyła się przez kilka lat i nie widzi rezultatów, powinna krytycznym okiem spojrzeć na to, jak uczyła się do tej pory.

Prawdopodobnie potrzebuje jakiejś zmiany.

Na pewno nie zaszkodzi spróbować czegoś nowego. Poeksperymentować. Niestety nie wiem, jak uczyła się do tej pory, ale być może jej umysł jest zmęczony książkowymi metodami. Być może nie pasują do jej stylu życia. Kilka pomysłów, którymi sam próbowałbym rozwiązać ten problem:

1. Aplikacje na telefon

Ich zaletą jest to, że treści edukacyjne są w nich logicznie zorganizowane. Pomagają uczyć się krok po kroku. Dobrze wpisują się też w nasz obecny styl życia – smartfony mamy cały czas przy sobie, możemy z nich korzystać w każdym czasie wolnym (np. w komunikacji miejskiej).

Bardzo funkcjonalne aplikacje do nauki języków obcych to między innymi Duolingo, Memrise czy Rosetta Stone.

2. Gadżety językowe

Technologia może pomóc też uatrakcyjnić proces uczenia się. Strony internetowe i aplikacje typu Fiszkoteka czy Quizlet pozwalają tworzyć fiszki i quizy, korzystać z bazy gotowych materiałów, trenować słownictwo, pisownię czy wymowę.

W jednym z poprzednich wpisów pokazałem też, jak można potrenować mówienie po angielsku korzystając z darmowych narzędzi firmy Google.

3. Więcej komunikacji i działania

Wielu uczących się zbyt długo skupia się na biernych umiejętnościach – wkuwaniu słówek czy piłowaniu gramatyki. Dla równowagi i pobudzenia motywacji powinni częściej trenować umiejętności aktywne, przede wszystkim pisanie i mówienie, ale też „robienie czegoś” przy pomocy języka.

Rozwiązaniem mogą być zajęcia tylko mówione, np. przez Skype.

Inny pomysł to dołączenie do jakiegoś forum w języku angielskim lub obserwowanie jakiegoś bloga czy vloga powiązanego z naszymi zainteresowaniami, zadawanie tam pytań, uczestniczenie w rozmowie.

Bardzo interesującym miejsce dla bardziej swobodnych użytkowników angielskiego (a przy tym osób ciekawych świata) może być serwis Quora.

Wspominałem wielokrotnie o tym, że w moim przypadku kluczową umiejętnością przy uczeniu się czegokolwiek jest robienie dużej ilości notatek i ich organizowanie.

Wzmocnić motywację

Drugi element tej układanki to motywacja. Magda pisze, że ma silną motywację. Nie mi oceniać, czy tak rzeczywiście jest, ale faktem jest, że osoby silnie zmotywowane działają znacznie bardziej skutecznie.

Dzięki bardzo silnej motywacji szybko języka uczą się Mormoni. Ta motywacja to wizja bliskiego wyjazdu do obcego kraju. To mit, że mają wyjątkowe zdolności. Są po prostu mega zmotywowani i rzeczywiście działają, żeby osiągnąć cel (porozumieć się z obcokrajowcami).

Miałem jakiś czas temu ucznia na prywatnych zajęciach. Męczył się strasznie. Ciągle powtarzał, że przy jego braku zdolności będzie się uczył angielskiego do końca życia. Był niezadowolony z rezultatów mimo że uczył się od kilkunastu lat (z przerwami). Był pracownikiem naukowym uczelni technicznej.

Przełomem w jego przypadku była seria wyjazdów zagranicznych, w których musiał uczestniczyć. Do Francji, do Niemiec, do Chile, na Słowację. Musiał w końcu używać języka do działania, porozumiewania się, rozwiązywania codziennych spraw. Angielski przestał być abstrakcyjnym przedmiotem szkolnym, stał się czymś rzeczywistym. A po drugie – mój znajomy odkrył, że to, czego nauczył się wcześniej, składa się w całkiem funkcjonalną całość. Po prostu działa.

Miałem podobne doświadczenia i z angielskim, i z niemieckim, i z innymi umiejętnościami. Trzeba je wypróbować „w terenie”. Jako student byłem na kursie niemieckiego we Freiburgu. Pamiętam, że miesiąc w niemieckojęzycznym kraju bardzo mnie rozwinął. Tego typu całościowych postępów nigdy bym nie osiągnął jeszcze więcej ucząc się z książek, z kursów internetowych czy aplikacji.

Motywacją może być też chęć zdania jakiegoś egzaminu czy zdobycia jakiegoś certyfikatu. Po trzech latach nauki udało mi się zdobyć CAE i pamiętam, że wizja osiągnięcia czegoś takiego była dla mnie bardzo motywująca.

Mieszanka rozwojowa

Gdybym miał skomponować jakąś magiczną miksturę, która mogłaby rozwiązać problem Magdy z językiem angielskim, składałaby się w 60% z wzmocnienia / rozpalenia motywacji i z 40% ze zmiany metod uczenia się – prawdopodobnie na bardziej nowoczesne i aktywne.

W praktyce mogłoby to oznaczać poszukiwanie jakiegoś zanurzenia w języku angielskim (np. na wyjeździe edukacyjnym, zawodowym lub turystycznym), dołączenie do jakiejś społeczności mówiącej po angielsku (w internecie lub realu) lub rozwijanie relacji z obcokrajowcami.

Druga część to metody – tu postawiłbym na technologię (np. aplikacje) oraz większy nacisk na aktywne użycie języka (pisanie, mówienie).

 

Na czym polega angielski dla dzieci metodą Mother Goose Time?

Nie mam na to żadnych dowodów, ale wydaje mi się, że nauka angielskiego będzie przesuwała się na coraz młodsze dzieci. Tak żeby ten język globalnej komunikacji stał się dla nich czymś naturalnym zanim zorientują się, jak jest ważny.

Już teraz angielski wdziera się do przedszkoli, coraz popularniejsze stają się polsko-angielskie przedszkola, na klientów nie narzekają szkoły językowe skupione na edukacji najmłodszych, a na użytkowników aplikacje i treści dla dzieci w internecie, np. Baby Big Mouth czy Toy Scouter.

Jeden z czytelników zapytał mnie niedawno: „Czy ktoś coś słyszał o materiałach do nauki angielskiego pod nazwa Mother Goose Time? W przedszkolu mojej małej coś takiego planują”. Wcześniej tej metody nie znałem, ale z przyjemnością sprawdziłem, z czym to się je.

Podstawowe informacje

Mother Goose Time to gotowe materiały do uczenia dzieci tworzone przez specjalistów ze Stanów Zjednoczonych od ok. 30 lat. Przedszkole lub rodzic uczący dziecko w domu dostaje co miesiąc przesyłkę z planami działania i pomocami do wykorzystania przez 20 dni.

To nie jest typowy program uczenia języka angielskiego. Dlaczego nie? Nie jest skupiony tylko na rozwijaniu kompetencji językowych. Chodzi o rozwijanie wszystkich zdolności i zainteresowań dziecka, w tym ruchowych, społecznych czy artystycznych.

Nauka odbywa się przez opracowane przez ludzi z Mother Goose Time zabawy i zadania. Ich elementem są między innymi pojęcia matematyczne, zrozumienie otaczającej nas przyrody, śpiew, taniec, czytanie czy wspólne tworzenie. Na stronie firmy można obejrzeć przykładowe materiały na jeden dzień (temat dnia: nasiona).

Dzieci uczą się projektowo i tematycznie. Cały rok jest podzielony na 12 sekcji tematycznych, o których nauczyciele oraz rodzice wiedzą z wyprzedzeniem. Na stronie jest dostępny „rozkład jazdy” na rok szkolny 2015/16.

Co mi się podoba w Mother Goose Time?

Nigdy nie uczyłem dzieci angielskiego w sposób zorganizowany. Nie pracuję jako nauczyciel. Zdecydowałem, że będę od urodzenia mówił do swoich dzieci po angielsku i wplatał ten język w naszą codzienność. Mój trzyletni syn jest dwujęzyczny, a roczny jest na najlepszej drodze do tego.

Z mojego punktu widzenia w programie Mother Goose Time najbardziej podoba mi się to, że tematy są blisko powiązane z rzeczywistością i codziennością, np. zmieniającymi się porami roku czy przyrodą. To ważne, ponieważ język powinien być praktycznym i naturalnym narzędziem pomagającym nam poruszać się po świecie.

Podoba mi się też ich różnorodność. Osobiście nauczyłem się angielskiego bardzo późno – w szkole średniej. Do dzisiaj potrafię „wyłożyć się” na prostych rzeczach, np. niektórych warzywach (jak powiedzieć po angielsku kabaczek?), zabawkach (bączek? wiatraczek?), drzewach, kwiatach, pojęciach matematycznych (liczba całkowita? sześciokąt?) czy zabawach (chodzi lisek koło drogi? piłeczka kauczukowa?). Po prostu nigdy nie były częścią mojego doświadczenia w języku angielskim.

Dobre wrażenie robią też materiały. Po pierwsze są gotowe. Po drugie to nie są tylko wydruki na kartce papieru, tylko bardziej interesujące rzeczy. Coś, co można dotknąć, rzucić, obrócić, a nawet zepsuć. Z własnego doświadczenia wiem, że małe dzieci mają wielką radochę z wszelkiego rodzaju prac manualnych i przy okazji bardzo dużo się uczą. Kiedyś trzy dni pod rząd robiłem w swoim pokoju wiosenne porządki (=spring cleaning) ze starszym synem, bo chciał praktycznie każdą rzecz sprawdzić, dotknąć, porozmawiać o niej („Why is this DVD called Grave of the Fireflies”) albo wymyślić jakąś zabawę z nią.

Co mi się nie podoba w Mother Goose Time?

Zastanawiam się, czy materiały Mother Goose Time są zawsze adekwatne do polskiej / międzynarodowej rzeczywistości. Materiały powstają w USA i są skierowane głównie do amerykańskich rodziców i przedszkoli. Widziałem w rozpisce na ten rok szkolny, że w jednym z miesięcy tematem przewodnim jest pustynia, a dzieci poznają m.in. Mojave Desert w Kalifornii oraz kulturę rodeo. Z drugiej strony poznają również Saharę, a miesiącu poświęconym sztuce – VanGogha, Picasso i Moneta. Wygląda na to, że treści są zrównoważone i aspekt amerykański raczej nie dominuje.

Mother goose time - angielski dla dzieci

Druga rzecz to cena – dla zamożnej instytucji 59-69 zł miesięcznie za komplet materiałów do nauki angielskiego to być może nie jest majątek, ale ktoś, kto chciałby uczyć tą metodą w domu musi przygotować się na pewien wydatek. Moim zdaniem jakość i pomysłowość produkcji uzasadnia jednak cenę. 

Osobiście nie korzystam z żadnej metody czy programu. Po prostu spędzam z dziećmi dużo czasu i mówię do nich w zasadzie wyłącznie po angielsku. Jesteśmy naturalni w tym co robimy, a jak potrzebujemy jakichś materiałów, to je sobie sami robimy lub kupujemy na bieżąco (jak książki dla dzieci).

Mimo tego założenia programu Mother Goose Time są mi bardzo, bardzo bliskie – szczególnie nacisk na wszechstronny rozwój oraz połączenie edukacji językowej z otaczającym nas światem i codziennymi sprawami.

Jak wykorzystać książki w nauce języka angielskiego i innych?

Trochę potrwało zanim przeczytałem swoją pierwszą książkę w całości po angielsku. Dokładnie nie pamiętam, ale minęły raczej lata niż miesiące od rozpoczęcia nauki. Niepotrzebnie. Popełniłem błąd – od początku chciałem czytać trudne i ambitne rzeczy w oryginale. Nakupowałem sobie jakieś klasyki typu Szekspir albo Dickens zamiast zacząć od czegoś prostszego i bardziej współczesnego. Nie doceniałem też tzw. graded readers, czyli uproszczonych, krótszych wersji popularnych książek dla uczących się języka.

Dzisiaj nie wyobrażam sobie nie przeczytania po angielsku kilku-kilkunastu książek rocznie. Niektóre z nich opisuję w cyklu [food for thought] – wkrótce kolejne.

Nie wyobrażam sobie też, żeby dogłębnie nauczyć się jakiegokolwiek języka obcego bez czytania książek. Chodzi zresztą nie tylko o rozwijanie umiejętności czytania ze zrozumieniem czy słownictwa, ale też niezaprzeczalną przyjemność z obcowania z inną kulturą, innymi problemami, innym podejściem do świata czy innym stylem opowiadania historii.

Jak wykorzystać książki w nauce języka angielskiego i innych? Mam kilka praktycznych rad.

1. Na odpowiednim poziomie

Książki w oryginale można zacząć czytać bardzo szybko po rozpoczęciu nauki języka obcego. Muszą być to jednak wydawnictwa dostosowane do naszych potrzeb, na przykład wspomniane wcześniej graded readers. Wiele z nich jest wydawanych w komplecie książka plus audiobook – można najpierw przeczytać, a potem posłuchać. Albo czytać i słuchać jednocześnie.

To ważne, żeby dobrać poziom trudności tekstu do własnych możliwości. A jeśli chcemy koniecznie być ambitni, wybierzmy coś odrobinę ponad nasz obecny poziom. W każdym razie, nie polecam Szekspira, Dickensa czy Conrada w oryginale na wczesnych etapach nauki.

Po prostu przepaść między językiem, którego używają, często bardzo niewspółczesnym i niełatwym do zrozumienia nawet dla Anglików czy Amerykanów, a naszymi możliwościami będzie zbyt duży. Po co się frustrować? Po co boksować pod górkę?

2. Z przyjemnością

Próbowałem sobie przez dłuższy czas przypomnieć, jaka była pierwsza angielska książka, którą przeczytałem. Niestety nie pamiętam. Co ciekawe, pamiętam jak dziś, jak kilka dni spędziłem kiedyś na przeczytaniu od deski do deski amerykańskiego tygodnika „Time”. Pamiętam to dokładnie, bo tak mnie to kręciło, gdy byłem nastolatkiem.

Empik com zagraniczne książki - angielski, niemieckiMógłbym wymienić wielu autorów, których przeczytałem potem po angielsku z niebywałą przyjemnością, np. „In Cold Blood” Trumana Capote, „The Road” Cormacka McCarthy, „The Kite Runner” Khaleda Hosseini, „Things Fall Apart” Chinua Achebe, „Into Thin Air” Jona Krakauera, książki Malcolma Gladwella czy Nassima Nicholasa Taleba.

Będzie nam się dużo trudniej czegokolwiek nauczyć, jeśli będziemy czytać rzeczy narzucone przez innych, przypadkowe albo niezgodne z naszymi zainteresowaniami. Nie będzie tego pozytywnego ciągu.

Każdy ma w tym względzie własne doświadczenia, ale ja po sobie zauważyłem, że po wyjściu z systemu formalnej edukacji, w której to program i nauczyciele decydują, co i kiedy czytać oraz jak interpretować, czytam znacznie więcej, znacznie chętniej i znacznie głębiej. I po polsku, i po angielsku. Bierze się stąd, że jest w tym element przyjemności, autonomii i autentycznej ciekawości.

W każdym razie, sugeruję, żeby sprawić sobie tym czytaniem po angielsku czy w innym języku przyjemność. Jeśli lubimy Stephena Kinga, być może warto zacząć od jakiejś jego książki w oryginale. Albo jakiś romans? Może kryminał? Albo „Harry Potter”? Albo opowiadania (= short stories) na podstawie ulubionego serialu? A może literatura faktu? Biografia? Albo coś z działu psychologia / self-help? Coś związanego z pracą?

3. Rób notatki

Jestem maniakiem robienia notatek i od dawna uważam, że to jedna z podstawowych umiejętności w procesie uczenia się. Do dzisiaj lubię mieć w zanadrzu jakiś notatnik albo Evernota na smartfonie lub w laptopie.

Jak dla mnie książki to nie tylko język, czyli słówka, zwroty czy gramatyka w praktyce, ale też źródło informacji i inspiracji. Na wczesnych etapach uczenia się większość moich notatek stanowiły sprawy językowe – byłem skupiony na angielskim. Dzisiaj proporcje kompletnie się odwróciły. Zdarza mi się wciąż zanotować jakieś słówko czy zwrot, ale przez większość czasu notuję jakieś fajne pomysły, tezy, fakty lub dane, które pojawiają się w książkach, które czytam po angielsku.

Tak czy inaczej, obfite notatki to sposób na to, żeby trochę popracować z książką i z językiem obcym, żeby się trochę „aktywizować”.

4. Skonfrontuj się

Niektóre graded readers zawierają sekcję z pytaniami o zrozumienie treści. To jeden ze sposobów, żeby pobudzić uczącego się nie tylko do czytania, ale też weryfikowania, czy wszystko rozumie. Na tym etapie takie dodatkowe wsparcie jest bardzo przydatne.

Obcojęzyczne książki w oryginale, w nieuproszczonej wersji, nie mają oczywiście takich dodatków. Jeśli zależy nam jednak na zrobieniu czegoś więcej niż tylko przeczytaniu dla siebie tekstu, ewentualnie zrobieniu notatek, możemy spróbować zajrzeć do recenzji i na fora internetowe w internecie. Co o książce myślą inni? Czy tak samo ją zrozumieli? Czy spodobały im się te same fragmenty? Czy zanotowali te same cytaty?

Jednym z miejsc, gdzie ludzie z całego świata dzielą się swoimi ocenami i przemyśleniami o książkach, jest serwis GoodReads.com. Inne godne uwagi to LibraryThing.com. Może warto założyć tam profil i „dokumentować” swoje przygody z angielskimi książkami ćwicząc przy tym w niebanalny sposób język?

5. Nie tylko tekst

Książka w ostatnich latach przeszła nieprawdopodobną metamorfozę. Osobiście nie mam problemu z nowymi formatami i technologiami, np. audiobookami czy e-bookami. Bardzo lubię również niebanalne komiksy, np. „Perspepolis” Marjane Satrapi.

Marjane Satrapi Persepolis

Pierwsza strona „Persepolis”

Moim zdaniem warto korzystać z tej różnorodności. Język to nie tylko tekst. Wiele wydawnictw wykonało naprawdę mnóstwo pracy, żeby dostosować książki do współczesności. Tak jak pisałem, do graded readers dodawane są często płyty z nagraniem w wykonaniu wysokiej klasy lektora. Komiksy, książki fantasy czy książeczki dla dzieci potrafią być prawdziwą ucztą dla oka.

Dzięki tej różnorodności – i tematycznej, i stylistycznej, i technologicznej – książki to wyjątkowo konstruktywne środowisko do uczenia się języków obcych. Nie twierdzę, że w tym względzie książki wygrywają z grami komputerowymi, filmem czy muzyką – to też świetne nośniki i wszystkie mogą pomóc się rozwijać językowo.

[nie ma głupich pytań] #002 Jak używać wyrażenia „get some extra performance”? Czy „judge” i „gauge” są synonimami?

Jakiś czas temu napisał do mnie Bartek:

Pierwsze moje pytanie dotyczy zwrotu „to get an extra performance”, który oznacza zwiększyć wydajność. Ze zwrotem tym spotkałem się niedawno, kiedy oglądałem wywiad z jednym z twórców Apple, który mówił, że starał się zwiększyć wydajność komputera, nad którym pracował. Chciałem się zapytać, czy ten zwrot odnosi się tylko do urządzeń, czy może odnosić się do ludzi – w sensie, że ludzie np. mogą pracować bardziej efektywnie.

Drugie moje pytanie dotyczy słowa „gauge” – w znaczeniu oceniać. Czy można to słowo stosować zamiennie ze słowem „judge”, np. czy można powiedzieć „I shouldn’t gauge myself” zamiast „I shouldn’t judge myself”. Nie jestem jakoś zaawansowany z angielskim, ale zawsze jak poznaję jakiś zwrot, to lubię go często wykorzystywać zamiast zwrotów standardowo używanych”.

Bartek,

Przede wszystkim gratuluję dociekliwości w sprawach językowych – to jedna z cech, dzięki której robimy postępy.

Niedosłowny angielski

Pierwsze pytanie jest naprawdę świetne. W gruncie rzeczy dotyczy tego, czy możemy używać angielskiego kojarzonego z jedną dziedziną (w tym przypadku techniką / technologią) w innej dziedzinie.

Generalna odpowiedź brzmi – jak najbardziej tak. Język angielski jest bardzo, ale to bardzo metaforycznym językiem. Pojęcia z jednej dziedziny, szczególnie jeśli jest popularna, szybko przenikają do innych dziedzin. Rzućmy okiem na kilka przykładów.

A) „Starting our burger business was a home run.”

„Home run” to pojęcie wzięte z baseballa – oznacza takie odbicie piłki przez pałkarza, że zdobywa wszystkie cztery bazy i punkt dla swojej drużyny. To stosunkowo rzadka sztuka i wielki sukces. W naszym przykładzie odnosi się to jednak nie do sportu, tylko do robienia interesów i oznacza – w tym kontekście – świetną decyzję. Wyrażenie bez problemu „przeskoczyło” z jednej dziedziny do drugiej.

B) „Sean has 20 years of experience in energy engineering. He really knows the ropes.”

Know the ropes co to znaczy po polsku?„Know the ropes”, czyli „znać się na rzeczy”, wywodzi się z języka marynarzy (dosłownie: znać się na węzłach). Anglicy przez stulecia byli potęgą morską (= sea power) i do codziennego języka przedostało się sporo wyrażeń związanych z życiem na morzu (= seafaring). Co ciekawe, są coraz rzadziej używane. Ta tradycja powoli odchodzi w zapomnienie i ustępuje miejsca innym „inspiracjom”.

C) „I’m so frustrated with my job. I’m getting ready to press my reset button

Zwróćmy uwagę na użycie zwrotu „press my reset button”. Nikt z nas nie ma – niestety – guzika, za pomocą możemy zresetować się tak samo jak resetujemy komputer. Ale język związany z informatyką stał się tak ważną częścią naszej rzeczywistości, że „przeskoczył” do innych dziedzin. Coraz częściej mówimy i myślimy w kategoriach komputerów, systemów czy algorytmów.

Zresztą wyrażenie z Twojego pytania, czyli „get some extra performance” bierze się z tego samego źródła, czyli technologii. Jakiś menadżer może powiedzieć na spotkaniu: „Our sales are stagnating. Looks like we need to get some extra performance from our sales team”.

Zmienniki czy nie?

Co do drugiego pytania, wydaje mi się, że „gauge” i „judge” to nie są w 100% zamienniki.

Zacznijmy od spojrzenia na słownik (Longman Online):

Co oznacza judge po angielsku? Synonimy

Co to znaczy gauge po angielsku? Synominy

Pierwszy wniosek – znaczenie „to judge” jest bliższe „oceniać”, „osądzać”, natomiast „to gauge” „przewidzieć”, „określić” oraz „mierzyć”.

Druga rzecz to częstotliwość, z jaką te słowa są używane. „Judge” należy to 2000 najczęściej używanych angielskich słów w mowie, i 3000 najczęściej używanych angielskich słów w piśmie. Informuje o tym oznaczenie w prawym górnym roku. Łączy się również z wieloma innymi słowami w przydatne i popularne kolokacje. „Gauge” nie jest tak popularne.

Co z tego wynika? Na mój gust nie można powiedzieć „You shouldn’t gauge him so harshly” w znaczeniu „Nie powinnaś go tak ostro oceniać”. To jest miejsce dla „judge” – „You shouldn’t judge him so harshly”.

Jak użyć Google do nauki angielskiego – część druga

Dawno, dawno temu opisałem trzy proste triki, dzięki którym możemy wykorzystać wyszukiwarkę Google do nauki języka angielskiego. Nie każdy wie, że w Google wbudowany jest słownik angielskiego (włącznie z wymową do odtworzenia) – wystarczy do słówka dopisać komendę „define” lub „definition”, np. „serendipity define”. Pisałem również o tym, jak sprawdzić, czy jakiś fragment tekstu czy wyrażenie są prawidłowo użyte i naturalne. Trzecią przydatną funkcją są automatyczne podpowiedzi.

W tym artykule chciałbym pokazać trzy kolejne sposoby na wykorzystanie technologii Google w nauce języka angielskiego (i innych).

1. Porozmawiaj z komputerem

Od jakiegoś czasu Google intensywnie rozwija technologię rozpoznawania mowy. To brzmi jak z filmu science fiction, ale w tej chwili możemy praktycznie w całości obsługiwać wyszukiwarkę za pomocą komend głosowych. Co więcej, miły damski głos będzie nam odpowiadać.

W ten sposób możemy wyszukiwać informacje (od pogody po dane giełdowe), korzystać z kalkulatora czy obsługiwać inne programy (np. YouTube czy budzik). Niedawno nagrałem krótkie wideo, w którym sprawdzam, czy da się trochę pogadać z komputerem po angielsku.

Zachęcam do przetestowania w ten sposób swojego angielskiego oraz samej technologii. Na początek spróbujmy dowiedzieć się czegoś o Madrycie. Zadajmy te pytania za każdym razem dając Google chwilę na odpowiedź:

What is the capital city of Spain?

What is the population of Madrid?

What is the weather like in Madrid?

Is it going to be sunny tomorrow in Madrid?

Show me photos of Madrid

How do you say „Nice to meet you” in Spanish?

Google powinno poradzić sobie z interakcją przy każdym z tych pytań. Jeśli korzystamy ze smartfona z systemem Android, możemy również poprosić Google, żeby ustawiło nam budzik na następny dzień. Proszę sprawdzić, czy zadziała:

Wake me up at 7am.

2. Zrób komputerowi dyktando

Funkcja rozpoznawania mowy wbudowana jest również w edytor tekstów Google Docs. Możemy jej użyć do przetrenowania jakiegoś tekstu czy jakichś wyrażeń w angielskim (lub dowolnym innym języku obsługiwanym przez tę technologię).

Jak to może wyglądać w praktyce? Na potrzeby tego artykułu znalazłem krótki tekst z interesującym słownictwem (pochodzi z książki Business Vocabulary in Use – elementary). Zamierzam go przeczytać do mikrofonu. Sprawdzimy, czy komputer mnie dobrze zrozumie i – przy okazji – potrenuję trochę mówienie.

Google dictation

To nie było idealne – trzeba mówić dość wolno i wyraźnie. Google potrafi co jakiś czas coś przekręcić. Ale i tak jako darmowa metoda ćwiczenia wymowy, słownictwa czy gramatyki przez czytanie na głos zdań, tekstów czy wyrażeń wydaje się dość interesująca.

3. Największy słownik obrazkowy świata

Google startował jako wyszukiwarka tekstowa, ale w tej chwili radzi sobie świetnie również z innymi typami informacji. Przy nauce języków przydatna może być wyszukiwarka Google Images.

Najlepsze jest to, że po wpisaniu hasła, nie dostaniemy tylko zdjęć, ale też propozycje pokrewnych rzeczy lub aktywności. Wrzuciłem do Google Images słowo „dandelion”. Oprócz zdjęć mleczy widać też sugestię, że mogę się zainteresować zdjęciami „blowing dandelion”, czyli zdmuchiwania mlecza.

Google Images do nauki języka angielskiego

Co ciekawe, Google Images można też użyć w drugim kierunku. Być może mamy czegoś zdjęcie (np. jakiegoś zwierzęcia, warzywa czy dania), ale nie wiemy, jak to powiedzieć po angielsku. Google znajdzie podobne zdjęcia i pomoże nam w ten sposób odkryć, jak coś się nazywa.

Inny trik: Google Images możemy przeszukiwać również za pomocą komend głosowych.

 

Jak zacząć mówić po angielsku?

Ten artykuł nie będzie o blokadzie psychologicznej przed mówieniem w języku obcym. Nie będzie w nim też ogólnych rad typu „przełam się”, „nie bój się robić błędy” albo „po prostu mów”.

Będzie o kilku konkretnych sposobach na trenowanie mówienia w języku angielskim. Przyda się szczególnie tym, którzy nie mają wokół siebie naturalnych okoliczności do używania tego języka, a chcieliby rozwijać tę umiejętność.

W pierwszej części opiszę, jakie techniki pomogły mi oswoić się z mówieniem w języku angielskim. Było to w czasach, gdy dostęp do technologii był ograniczony. Wszystkie są wciąż aktualne.

W drugiej części podrzucę kilka pomysłów na wykorzystanie nowoczesnych (i darmowych) technologii, żeby rozwijać mówienie po angielsku i w innych językach obcych.

Na koniec podzielę się kilkoma obserwacjami z czasów, gdy pracowałem jako lektor angielskiego. Napiszę też, jak rozwinęła się mowa (w tym mówiony angielski) u mojego starszego syna.

Moje doświadczenia

Zacząłem naukę angielskiego dość późno w życiu (liceum), ale szybko nadrobiłem zaległości i po kilku latach osiągnąłem dużą swobodę oraz płynność w tym języku. Pisałem o tym kiedyś w szczegółach. Jak zacząłem mówić po angielsku?

Dla mnie kluczowe były dwie rzeczy. Po pierwsze, czytanie na głos właściwie wszystkich materiałów, z których się uczyłem. Nawet jeśli najpierw rozwiązywałem jakieś zadania gramatyczne, na słownictwo czy czytanie ze zrozumieniem, potem czytałem je na głos. Czasami więcej niż raz.

Wiem, wiem. A co jeśli będę czytał z błędami? Kto mnie poprawi? Po prostu nie zwracałem na to uwagi. Wiedziałem, że czytam nieidealnie, ale i tak to robiłem. Najlepiej jak akurat potrafiłem. Chodziło o osłuchanie się z własnym głosem w języku obcym oraz „parcie do przodu”. Z czasem czytałem i mówiłem coraz lepiej. Bardzo pomagało w tym słuchanie dużej ilości angielskiego z różnych źródeł (od nauczycieli po media).

Druga rzecz to mówienie do siebie. Na początek mogą być to pojedyncze słówka albo wyrażenia (np. „Wonderful”, „Let’s do it”, „Are you hungry?, „I have no idea”). Później coś większego.

I znowu – nie chodzi o to, żeby było idealnie. Chodzi o to, żeby zacząć wydawać z siebie dźwięki po angielsku. Tym w praktyce – na najprostszym poziomie – jest mówienie. Jeśli ktoś jest początkującym można zacząć od najpopularniejszych i najbardziej przydatnych zwrotów. Mili ludzie z internetu nawet je dla nas zebrali:

Nowe technologie

Jeśli brakuje ci partnera do rozmowy lub po prostu masz blokadę przed mówieniem po angielsku do drugiego człowieka, na starcie wykorzystaj nowe technologie. To brzmi jak z filmu science fiction, ale możesz porozmawiać ze swoim komputerem.

Co więcej, nie będzie to pasywne nagrywanie samego siebie, bez jakiejkolwiek reakcji drugiej strony. Technologia rozpoznawania mowy ( = speech recognition) jest już tak zaawansowana, że można za jej pomocą nawet obsługiwać wyszukiwarkę Google. Można też sprawdzać, czy komputer rozumie, co do niego mówimy – na poziomie słówek, wyrażeń, zdań, a nawet dłuższych wypowiedzi.

Tak czy inaczej, dzięki technologii rozpoznawania mowy mamy okazję „z kimś sobie trochę pogadać”. Zresztą, nie ma co się rozpisywać. Spróbujmy, jak to działa w praktyce.

Na tej stronie – opartej o technologię rozpoznawania mowy rozwijaną przez Google – możemy podyktować coś aplikacji, a ta pokaże to na ekranie jako tekst. Język angielski jest tylko jednym z wielu języków do wyboru (polski też jest).

Przetestujmy to. Wybierzcie na tej stronie język angielski, kliknijcie „start dictation”, a potem powiedźcie do mikrofonu w swoim komputerze coś takiego: „It’s a great idea”. Albo coś takiego: „Did you have a good trip?”. Albo coś takiego: „I love the way you look”. Albo: „Have a nice day”.

Za pomocą głosu możemy również obsługiwać wyszukiwarkę internetową Google. Jest kilkadziesiąt różnych komend, które jest w stanie rozpoznać i wykonać, np. może dla nas coś zdefiniować, przeliterować, obliczyć, przetłumaczyć czy wyszukać. Wystarczy poprosić ją o to po angielsku. To okazja, żeby użyć angielskiego. Sprawdzić, czy ktoś – a raczej coś – nas rozumie.

To wideo pokazuje 50 różnych komend, na które zareaguje Google. Za pomocą głosu można na przykład ustawić budzik, włączyć odtwarzanie jakiejś piosenki na YouTube czy stworzyć notatkę.

Nieśmiały także w angielskim

Pamiętam, jak prowadziłem kilka lat temu zajęcia na kursie konwersacyjnym. Jedna z uczestniczek nie mogła się przełamać i wciąż była niezadowolona z tego, że nie mówi tak dużo i tak chętnie jak inni. Wyglądała na bardzo nieśmiałą osobę.

Spytałem ją na boku, czy lubi mówić po polsku, czy jest rozmowną i ekspresyjną osobą. Przyznała, że jest nieśmiała i ma problemy z pewnością siebie w mówieniu również w języku polskim. Jej trudności ze swobodnym mówieniem po angielsku wynikały częściowo z jej natury.

Mówienie to nie tylko wydawanie dźwięków. To również jakiś przejaw naszej osobowości i tożsamości. Nie ma powodu, żeby samobiczować się z powodu mniejszej ochoty do rozmawiania czy przemawiania. Być może taka jest nasza natura i zawsze będziemy mocniejsi w pisaniu, słuchaniu oraz czytaniu.

Uczyć się jak dziecko

Od urodzenia mówię do swoich synów wyłącznie po angielsku (mimo że jestem Polakiem i mieszkamy w Polsce). Przy okazji tego eksperymentu odkryłem, że magiczne zdolności do uczenia się dzieci to wielki mit.

Przeciętne dziecko potrzebuje trzech-czterech lat, żeby zacząć się swobodnie komunikować z otoczeniem za pomocą mowy. Osoby „z zewnątrz” nawet na tym etapie mogą mieć problemy ze zrozumieniem, co mówią – ich język bywa wciąż bardzo indywidualny, niestandardowy, trochę przeinaczony, trochę niewyraźny, zbyt wolny, zbyt szybki. Do tego dochodzi niechęć do mówienia w obecności obcych lub zwykły wstyd.

Druga rzecz – dzieci spędzają całe miesiące, jeśli nie lata najpierw na słuchaniu języka w otoczeniu, a potem na jego powtarzaniu. To bardzo długi i mozolny proces, w którym dzieciaki popełniają olbrzymie ilości błędów. To nie jest łatwe, szybkie i przyjemne. Potrzeba wielkiego wysiłku i tysięcy godzin kontaktu z językiem, żeby rozwinęły się dobre kompetencje werbalne.

U dorosłego nie może to wyglądać inaczej. Nie da się szybko i bez wysiłku zacząć swobodnie mówić po angielsku. Nie da się w kilka tygodni sprawić, żeby ten język stał się częścią naszej tożsamości i żebyśmy czuli się w nim komfortowo, tak samo dobrze lub niewiele gorzej niż w języku ojczystym.

[Nie ma głupich pytań] #001 Czy jest sens uczyć się angielskiego slangu?

Napisał do mnie jakiś czas temu Łukasz:

„Witam,

Na wstępie słowa uznania. Takiego bloga szukałem i znalazłem wiele ciekawych artykułów oraz porad, z których korzystam w codziennej nauce. Zainteresował mnie Pański tekst o tym jak przeskoczyć z poziomu średniozaawansowanego. Mam z tym duży problem. Pisał Pan o tym, aby znaleźć swoją dziedzinę i w niej się mocniej rozwijać.

Dla mnie byłby to slang, ponieważ to jest dla mnie interesujące. Skończyłem studia na kierunku komunikacji, dlatego slang sam w sobie jest dla mnie interesującym zjawiskiem. Proszę powiedzieć, ponieważ czytałem wiele komentarzy, że nie warto uczyć się angielskiego slangu, jeżeli nie komunikujemy się na co dzień z osobami które go używają, ponieważ i tak nie będziemy znać zastosowania. What’s your point of view?

Pozdrawiam”

Łukasz,

Dzięki za pytanie. Moja odpowiedź będzie się składać z dwóch części – dotyczącej przełamywania kryzysu średniozaawansowanego oraz angielskiego slangu.

Przełamać monotonię

W tekście o tym, jak wejść na wyższy poziom ze swoim angielskim, chodziło mi raczej o to, żeby chociaż trochę odejść od standardowego programu nauki, w którym to autorzy podręczników i nauczyciele decydują o tym, czegoś się uczymy i kiedy. Mimo że taki rytm jest dla uczącego się konieczny, nie zawsze dokładnie trafia w nasze potrzeby czy zainteresowania. To ma negatywny wpływ na motywację, której na poziomie średniozaawansowanym często zaczyna brakować.

Dlatego uważam, że po opanowaniu podstaw trzeba wziąć więcej inicjatywy i poświęcać się również temu, co nas kręci. Chodziło mi przede wszystkim o „wyjście” poza podręczniki i naukę w klasie, w kierunku dziedzin, którymi się zajmujemy na co dzień. I które nas kręcą lub w jakiś inny sposób obchodzą.

Dla pielęgniarki mógłby być to angielski związany z opieką zdrowotną. Nastolatka zainteresowana tańcem mogłaby szukać dalszej motywacji do nauki przez podpatrywanie rówieśników czy autorytetów z krajów anglosaskich. Dla kogoś zajmującego się fotografią „bramą” na wyższy poziom z angielskiego mogłyby być materiały związane ze sztuką czy techniką fotograficzną. Każda z tych dziedzin ma swoją terminologię, standardy komunikowania się i nawyki językowe, do poznania których powinniśmy dążyć, jeśli myślimy o swoich kompetencjach językowych poważnie.

Specjalista od slangu?

Czy slang to dobra dziedzina, na której można by się skupić jako dodatkowej motywacji? Szczerze – wydaje mi się, że to dość ogólny i mało praktyczny problem. Dobry dla językoznawców czy miłośników języka jako takiego. Osobiście zawsze lubiłem takie nietypowe, niestandardowe użycia języka i chętnie się ich uczyłem, ale obawiam się, że wynika to z mojego skrzywienia. Jestem językoznawcą, lubię język, lubię języki. To dla mnie nie tylko narzędzie, ale też ciekawy temat sam w sobie.

Z kolei dla kogoś, kto traktuje język przede wszystkim jako narzędzie, slang wydaje mi się drugorzędną sprawą. W pierwszej kolejności lepiej opanować „główny nurt” języka – moim zdaniem. Bardziej trwałym źródłem motywacji na poziomie średniozaawansowanym wydaje mi się to, że rozwijamy angielski adekwatny do naszej sytuacji życiowej i zawodowej. Będziemy mogli się dzięki temu lepiej komunikować z ludźmi z „branży”, w której i tak już jesteśmy lub chcielibyśmy być.

Bo chyba celem lat nauki angielskiego nie jest to, żeby dogadać się z jakimś małolatem w Newcastle albo raperem z Bronksu? Ci ludzie mogliby mieć problemy, żeby dogadać się ze sobą – ich lokalny angielski (slang) jest tak różny. Nie mówiąc o tym, że zdecydowana większość mówiących w tej chwili po angielsku to ludzie, dla których jest to drugi język, np. Chińczycy, Szwedzi, Turcy, Rosjanie, Hiszpanie czy Brazylijczycy i dla nich slang jest praktycznie bez znaczenia. Używają globalnego angielskiego. To z tą wersją angielskiego najprawdopodobniej się zetkniemy w praktyce.

Znajomość jakiegoś angielskiego slangu może się przydać do rzucania anegdotami albo powygłupiania się na imprezie, ale jako główne „paliwo” w procesie uczenia się nie wydaje mi się specjalnie praktyczne.

Jakimś wyjątkiem może być słownictwo, które z pozycji niekonwencjonalnego slangu przeszło do codziennego angielskiego. Nie ma tego dużo i – gdy tylko slang staje się powszechnie używany – przestajemy myśleć o nim jak o slangu, po prostu go używamy, np. B.S. = bullshit „I’m sick and tired of all this B.S.”

Angielski slang - czy warto się uczyć

Drugi wyjątek to „nieparlamentarny” język związany np. z seksem, częściami ciała, odgłosami wydawanymi przez ciało, przeklinaniem, itp. Ten slang może okazać się bardzo przydatny, ale też nie pasuje mi na kandydata do czegoś, co podtrzymywałoby przez dłuższy okres naszą motywację do nauki. To dobre jako przerywnik, coś urozmaicającego monotonię, ale raczej nie podstawa nauki. Poniżej dobry przykład:

Podsumowując, nie widzę wielkich korzyści dla przeciętnej osoby uczącej się angielskiego w specjalizowaniu się w slangu. Ani w slangu rozumianym jako coś lokalnego, ani w slangu rozumianym jako coś niepoprawnego politycznie, coś niekulturalnego. Warto co nieco wiedzieć, ale żeby robić z tego centrum wydarzeń przez lata nauki – raczej nie.

Kursy języka angielskiego na Malcie

Na świecie jest 67 krajów, w których angielski jest językiem urzędowym. W Europie są to Wielka Brytania, Irlandia oraz – co może być dla niektórych niespodzianką – Malta. Ta piękna wyspa na Morzu Śródziemnym (położona na południe od włoskiej Sycylii) kojarzy nam się raczej ze słonecznymi wakacjami i odpoczynkiem. Jest to jednak również miejsce, gdzie można się nauczyć angielskiego.

Przeprowadziłem krótką rozmowę z Katrin Risiott, Maltanką uczącą zagranicznych studentów angielskiego w szkole Maltalingua zlokalizowanej niedaleko stolicy tego śródziemnomorskiego kraju Valetty. Szkoła oferuje wakacyjne kursy angielskiego dla młodzieży, dorosłych oraz całych rodzin w tym pięknym zakątku świata.

Jak w praktyce wygląda uczenie się (oraz uczenie innych) języka angielskiego na Malcie w szkole Maltalingua. Poniżej skrócona wersja rozmowy po polsku, a na końcu odnośnik do pełnej wersji po angielsku.

Rozmowa z Katrin Risiott, Maltanką uczącą angielskiego na Malcie

Planeta Angielskiego: Jak to się stało, że zaczęłaś uczyć angielskiego na Malcie? Jak ci się podoba ta rola?

Katrin Risiott: To był przypadek. Na początku chciałam studiować kryminologię, ale sprawy osobiste pokrzyżowały mi plany. Zdałam egzamin A levels (brytyjski odpowiednik matury – PA) i zapisałam się na kurs fryzjerski. Szybko zorientowałam się, że to nie dla mnie. Zrobiłam pierwszy kurs dla nauczycieli języka angielskiego jako języka obcego (TEFL) i przez dwa miesiące pracowałam w lecie z młodzieżą.
Ta praca okazała się moją pasją. Rozwinęłam kwalifikacje (CELTA) i nadal się dokształcam (Dip TESOL). Szybko dostałam też pracę w pełnym wymiarze godzin. Nigdy nie myślałam, że zostanę nauczycielką, ale teraz jestem bardzo szczęśliwa. Uczenie obcokrajowców to wielkie wyzwanie. Uwielbiam pracować z ludźmi z całego świata. Jedyne, czego nie lubię, to pożegnania, gdy kończą się kursy.

Planeta Angielskiego: Czy mieszkańcy Malty używają na co dzień angielskiego? Czy wasi studenci mają okazję rozmawiać z „prawdziwymi” ludźmi?

Katrin Risiott: Angielski jest jednym z dwóch oficjalnych języków na Malcie (drugi to język maltański – PA). Większość mieszkańców jest dwujęzyczna – mówią płynnie i precyzyjnie w obu językach. Angielskim posługują się starsi i młodsi Maltańczycy. Poza tym – na wyspie mieszka wielu obcokrajowców, więc na co dzień można usłyszeć mnóstwo odmian języka angielskiego.

Moi studenci co chwilę opowiadają mi o rozmowach z ludźmi z całego świata. Kursanci mają mnóstwo okazji do używania angielskiego w „prawdziwych” sytuacjach, np. przy zamawianiu w restauracji. Moim zdaniem wszyscy, którzy wybiorą naukę angielskiego na Malcie, skorzystają również na tym, że mogą nauczyć się języka w pięknym, śródziemnomorskim otoczeniu i kulturze oraz przy dobrzej pogodzie.

Planeta Angielskiego: Czym się różni angielski używany na Malcie od amerykańskiego czy brytyjskiego angielskiego?

Katrin Risiott: Malta była przez 200 lat pod brytyjskimi rządami – dlatego oficjalnym językiem jest brytyjski angielski. Dostęp do amerykańskich filmów i programów telewizyjnych sprawił, że w języku słychać też sporo wpływów amerykańskich. W Maltalingua uczymy brytyjskiego angielskiego z elementami amerykańskiego angielskiego. Jesteśmy otwarci na potrzeby studentów.

Planeta Angielskiego: Jak wygląda typowy dzień kursanta w waszej szkole i poza nią?

Katrin Risiott: Dzień zaczyna się w szkole, na zajęciach w grupach lub zajęciach indywidualnych. Ilość godzin z nauczycielem zależy od wybranego kursu, ale zachęcamy też naszych studentów, żeby korzystali z naszej biblioteki, pokojów do samodzielnej nauki oraz sali internetowej.

Co poniedziałek organizujemy przyjęcie powitalne dla nowych studentów, tak żeby od początku mogli się integrować z obecnymi kursantami oraz kadrą. Organizujemy również mnóstwo dodatkowych zajęć poza szkołą, np. kulturalnych. Z większości z nich studenci korzystają za darmo.

Poza tym na Malcie jest naprawdę dużo do zrobienia. Niektórzy idą popływać na plaże, inni korzystają z basenu przy naszej szkole. Nurkowanie to kolejna popularna forma spędzania czasu na Malcie. Malta to bardzo mała wyspa, ale bogata w historię i kulturę – są tu miejsca światowego dziedzictwa UNESCO oraz jedne z najstarszych budynków na świecie – starsze niż Stonehenge czy egipskie piramidy.

Malta to również świetne życie nocne. Mnóstwo ludzi wychodzi na ulice Paceville, lokalnej strefy zabawy, albo odwiedza puby i kluby.

Planeta Angielskiego: Skąd pochodzą wasi studenci? Czy ktoś z Polski może oczekiwać mieszkanki narodowości i kultur?

Katrin Risiott: Wydaje mi się, że mieliśmy już w Maltalingua studentów z całego świata. Większość naszych kursantów to Niemcy, Francuzi, Włosi, Szwajcarzy oraz Hiszpanie, ale bywają u nas również Chińczycy, Japończycy, Koreańczycy, Libijczycy, Polacy, Rosjanie czy mieszkańcy Madagaskaru.
Mamy przyjazną, ciepłą atmosferę. Wszyscy mogą poczuć się jak u siebie w domu. Najbardziej widać to, gdy kursanci organizują wydarzenia w swoich apartamentach, a następnego dnia donoszą na zajęciach o tym, jakie pyszności z drugiego końca świata jedli u kogoś w mieszkaniu. Mam przyjemność z tego, że angielski pomaga ludziom w tego typu integracji.

Planeta Angielskiego: Jaka jest wasza filozofia nauczania? Jakich metod używacie w Maltaligua?

Katrin Risiott: Naszą misją jest uczenie prawdziwego języka angielskiego w dynamiczny sposób, który jest dostosowany do indywidualnych potrzeb kursantów. Opieramy nasze kursy na metodzie komunikacyjnej. Zachęcamy do ciągłego mówienia po angielsku i dbamy o to, żeby kursanci trenowali różne umiejętności. Używamy materiałów opartych o konteksty wzięte z życia. Nasz program jest zgodny z wytycznymi CEFR (Common European Framework of Reference for Languages) i pozwala studentom ćwiczyć gramatykę, słownictwo, wymowę oraz zdolności komunikacyjne w interesujący sposób.

Planeta Angielskiego: Jak to jest uczyć się (oraz uczyć) innych angielskiego w tak słonecznym, wakacyjnym miejscu?

Katrin Risiott: Wydaje mi się, że uczenie angielskiego w takim pięknym otoczeniu jest bardziej motywujące dla kursantów. Trzeba znaleźć równowagę między czasem na naukę a czasem na wypoczynek, ale to nie jest trudne. Tym bardziej, że staramy się prowadzić zajęcia tak, żeby również nauka była przyjemna.

Planeta Angielskiego: Dzięki.

Czy warto wyjechać na wakacyjny kurs angielskiego zagranicę?

Zbliżają się wakacje, kiedy – jak wiadomo – tradycyjne metody nauki nie sprawdzają się najlepiej. Można się oszukiwać, że z własnej, nieprzymuszonej woli odświeży się całą gramatykę albo nadrobi zaległości z podręcznika, na którym pracowało się przez cały rok. To świetny pomysł, ale szybko okazuje się, że piękna pogoda, duża ilość niezorganizowanego czasu oraz tysiące przyjemniejszych rzeczy do roboty odciągają nas od planów.

Z drugiej strony, jeśli ktoś poważnie myśli o języku angielskim lub po prostu go lubi, szkoda byłoby zostawiać go odłogiem przez dwa, trzy czy cztery miesiące lata. Oprócz wielu mniej standardowych metod i pomysłów, które polecam samoukom, warto w tym kontekście przyjrzeć się też wyjazdowym kursom angielskiego.

Moje doświadczenia z kursami językowymi zagranicą

Od razu przyznaję się, że nigdy nie byłem na zorganizowanym kursie języka angielskiego zagranicą, ale w 2004r. miałem okazję spędzić miesiąc na kursie języka niemieckiego w miejscowości Freiburg im Breisgau dzięki stypendium organizacji promującej polsko-niemiecką współpracę. Mam fenomenalne wspomnienia z tego kursu.

Zajęcia odbywały się codziennie w godzinach porannych, a po obiedzie można było udać się na dodatkowe warsztaty lub wykłady. Freiburg jest dość prężnym ośrodkiem akademickim i wszystkie zajęcia odbywały się na kampusie uniwersyteckim, a kursanci mieli otwarty dostęp do wszystkich czytelni i bibliotek. Jednym słowem, jeśli chodzi o jakość nauczania oraz dostęp do materiałów, niczego nam nie brakowało.

W pierwszy dzień każdy uczestnik programu napisał test, który posłużył za podstawę podziału na grupy. Ku swojemu zdziwieniu trafiłem do najlepszej z nich. Znalazły się w niej głównie osoby z Rosji, Polski, Czech, Węgier oraz krajów byłej Jugosławii. Do tego kilka rodzynków z krajów zachodnich – magister germanistyki z Japonii, doktorant matematyki z Włoch, student filozofii z Francji, bardzo ambitna dziewczyna z Irlandii Północnej, sekretarka z Hiszpanii, młodziutka Szwedka kochająca języki oraz trzydziestoletni Duńczyk. Razem jakieś 18-20 osób.

Więcej niż lekcje

Aspekt towarzyski całego wyjazdu był co najmniej tak samo ważny, jeśli nie ważniejszy, niż same zajęcia w klasach. Nie jestem prywatnie aktywnym użytkownikiem Facebooka i – szczerze mówiąc – mam może z czterdzieści osób wśród znajomych, z czego ponad jedna czwarta to właśnie osoby, które poznałem w 2004r. we Freiburgu. Przez pewien czas w grupie około dziesięciu osób pisaliśmy do siebie nawet e-maile ze zdjęciami i podsumowaniem tego, co się u każdego z nas wydarzyło.

Praktycznie każdego dnia coś się działo. Pamiętam jak dziś wizytę w redakcji lokalnej gazety Badische Zeitung, podczas której mieliśmy okazję zwiedzić ich siedzibę i drukarnię oraz zadać kilka pytań wydawcom i dziennikarzom. Każdy uczestnik spotkania dostał też pierwsze, powojenne wydanie tego dziennika. Na jego podstawie zrobiłem potem w klasie prezentację (każdy jedną musiał) o tym, jak zmieniła się lokalna prasa od lat 40.

Z ciekawszych wydarzeń pamiętam też wycieczkę do Alzacji we Francji, a szczególnie zwiedzanie miejscowości Colmar. Po raz pierwszy zwiedzałem miasto na zasadzie gry miejskiej. Polegało to na tym, że od przewodników otrzymaliśmy mapę miasta wraz z listą zadań do wykonania. Wszystkie odpowiedzi wymagały przeczytania czegoś, orientowania się w przestrzeni czy zagadania kogoś po niemiecku. To w tej grze dowiedziałem się, na jaki zakon mówiło się psy Boga (Hunde des Herrn). Dzisiaj wystarczy wpisać to hasło na komórce w Google i po krzyku, ale wtedy wokół takich zadań trzeba było się nieźle natrudzić.

Do tego dochodzą pikniki, wyjścia do klubów nocnych, wycieczki (np. do muzeów w Bazylei w Szwajcarii), spotkania w mniejszym i większym gronie, projekcje filmów, konkursy i wiele, wiele innych atrakcji.

Efekty – nie tylko językowe

Dopiero gdy w październiku wróciłem w Poznaniu na uczelnię na kurs niemieckiego, w pełni zauważyłem, jakie piorunujące postępy poczyniłem w tym języku, szczególnie jeśli chodzi o swobodę komunikacji i pewność siebie. Mój niemiecki przestał być też aż tak książkowy i mechaniczny, nie mówiąc o tym, że po prostu czytanie czy mówienie w tym języku zaczęło mi sprawiać przyjemność.

Miałem też kilka innych epizodów zagranicznych (np. pół roku Erasmusa w Helsinkach, Work and Travel w Kalifornii, stypendium dziennikarskie w Missouri) i moje wrażenia, jeśli chodzi o wpływ takich wydarzeń na swobodę władania językiem obcym, zawsze były podobne. To wielki zastrzyk pozytywnej energii – okazja do poznania ludzi, sprawdzenia się w naturalnym środowisku językowym, zrobienia niebanalnych postępów i odbudowania motywacji, o którą na klasycznych kursach czasami trudno.

Zresztą podobne doświadczenia mają też moi znajomi, którzy mieli styczność z dobrze zorganizowanymi kursami języków obcych zagranicą. Dla jednej z moich koleżanek taki letni wyjazd do Berlina w trakcie liceum stał się ważnym punktem przełomowym – studiowała potem germanistykę i pracowała przy obsłudze niemieckich firm. Jedna z (bardzo niepozornych) kursantek, którą uczyłem w prywatnej szkole angielskiego w Poznaniu, po wakacjach spędzonych na kursie angielskiego w Londynie dopięła swego i dostała się na londyńską uczelnię, która kształci realizatorów dźwięku. Wiem, bo sam pisałem jej referencje.

Oczywiście można też pojechać samemu do Anglii czy Szkocji, np. do sezonowej pracy, i liczyć, że uda się w międzyczasie podszkolić język. Prawdopodobnie w jakimś zakresie się uda. Ale nie ma się co oszukiwać, że stworzymy sobie sami podobne warunki jak dobra szkoła językowa specjalizująca się w wyjazdowych kursach wakacyjnych (np. Kaplan International wyspecjalizowany w wyjazdowych kursach angielskiego).

Jak wybrać dobry kurs?

Same zajęcia powinny stać na naprawdę dobrym poziomie, mimo tego że organizowane są w lecie. Warto przed wyjazdem sprawdzić opinie o organizatorze kursu, dowiedzieć się więcej o kadrze oraz całym zapleczu dydaktycznym. Na kursie we Freiburgu w 2004r. musieliśmy naprawdę ciężko pracować, włącznie z zadaniami domowymi, pracami pisemnymi czy prezentacjami przed resztą grupy.

Dla mnie zawsze ważny był też kontakt z ludźmi z całego świata, więc gdybym teraz wyjeżdżał na podobny wakacyjny program, chciałbym wiedzieć, czy mogę się spodziewać międzynarodowego towarzystwa na i po zajęciach. Jaki jest sens jechać na kurs do Anglii, Irlandii, Stanów czy Szkocji, gdzie większość grupy to Polacy, a zajęcia prowadzi polski anglista?

Jeśli chodzi o wszystkie bonusy w stylu dodatkowe wycieczki, konkursy, warsztaty, dostęp do materiałów i interesujących metod nauki, też warto sprawdzić to przed podpisaniem umowy. Trudno sobie wyobrazić, żeby w letnich miesiącach 100% czasu spędzać na standardowej nauce w klasach, bibliotece czy własnym pokoju. Im bogatszy program takiego wyjazdu, tym więcej będziemy się mogli nauczyć w niekonwencjonalny sposób.

W przeszłości, przeglądając oferty kursów hiszpańskiego zagranicą, spotkałem się z ciekawą opcją zakwaterowania u lokalnej rodziny. Moim zdaniem to fenomenalny pomysł i jeśli mamy taką możliwość, warto z niej skorzystać. Nie tylko dla korzyści językowych, ale przede wszystkim kulturowych i towarzyskich.

Cóż – jeśli w przyszłości moje dziecko zgłosi się do mnie z pomysłem wyjazdu na zagraniczny kurs języka angielskiego, a mnie będzie na to stać, może liczyć na moją przychylność. Do niedawna sam rozważałem wakacje w Hiszpanii połączone z kursem języka hiszpańskiego dla początkujących lub podobne przedsięwzięcie w Moskwie, Sankt Petersburgu czy innym rosyjskim mieście. Mam nadzieję, że kiedyś zrealizuję swoje plany.

Artykuł zainspirowany przez szkołę Kaplan International, która specjalizuje się w organizacji zagranicznych kursów języka angielskiego. Jej oferty obejmują kurs plus zakwaterowanie. Kursy można odbyć między innymi w Anglii, USA, Szkocji, Australii, Kandzie, Nowej Zelandii oraz Irlandii.

Jak wykorzystać swoje hobby do nauki angielskiego?

Jedna z najfajniejszych lekcji, którą prowadziłem, przytrafiła mi się w grupie średniozaawansowanej zdominowanej przez mężczyzn. Dotyczyła sportu i wcale nie była łatwa jak na ten poziom. Ale okazało się, że kilku kursantów to fani piłki nożnej (w tym gier komputerowych typu FIFA), którzy nie dosyć, żeby byli zainteresowani każdym przygotowanym zadaniem, to na dodatek chętnie dzielili się swoją dodatkową wiedzą.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ uważam, że hobby czy pasja (np. sport, moda, gry, filmy Woody’ego Allena, itp.) może się stać fantastycznym sposobem na zrobienie niebanalnych postępów w języku angielskim (czy innym języku obcym).

Pomyślmy o tym – jeśli coś nas kręci, nie potrzebujemy specjalnej motywacji, żeby się tym zajmować. To i tak najprzyjemniejszy sposób spędzania czasu. Zwykłe ćwiczenia gramatyczne czy uczenie się ogólnego słownictwa to zawsze trochę droga pod górkę, ale jeśli język angielski jest medium, dzięki któremu rozwijamy swoje hobby czy pasję, nauka przestaje być obciążeniem. To się po prostu dzieje.

I najlepsze jest to, że jest też znacznie bardziej naturalna. Dlaczego? Ponieważ jest częścią naszego życia codziennego. To normalne, że jeśli coś nas interesuje, chcemy więcej o tym czytać, wypowiadać się na ten temat, rozmawiać z innymi, oglądać i słuchać czy uczestniczyć w działaniach innych fanów. To idealne środowisko do praktycznego, autentycznego użycia języka – polskiego, angielskiego i każdego innego.

Jestem zdania, że każdy, kto posiada już podstawy języka obcego, czyli powiedzmy mocny poziom elementary w angielskim, jest w stanie i powinien uzupełnić w ten sposób swoją dalszą naukę.

Oczywiście, im niższe ogólne kompetencje językowe, tym trudniej będzie przetwarzać bardziej skomplikowane informacje czy składnie się wypowiadać, ale i tak osoby zainteresowane jakimś tematem (np. piłką nożną), będą lepiej poruszać się w angielskim dotyczącym tej dziedziny. Dlaczego? Ponieważ w sukurs przyjdzie im duża wiedza o piłce nożnej, modzie czy chodzeniu po górach. Łatwiej będzie im połączyć polskie i angielskie realia.

Zresztą działa to też w drugą stronę – osobiście jestem sporym ignorantem, jeśli chodzi o kwestie botaniczne i zawsze uczenie się rodzajów drzew czy mniej powszechnych roślin przychodziło mi po angielsku z wielkim trudem. Za to wystarczy, że raz przeczytam artykuł o tematyce ekonomicznej, technologicznej, psychologicznej, kulturalnej czy sportowej i natychmiast zapamiętuję większość nowych informacji, ciekawe zwroty, itp.

Dlatego uważam, że należy szukać ekspozycji na język angielski związany z tematami, które nas interesują. Jak mogłoby to wyglądać w praktyce? Przyjrzyjmy się temu na przykładzie piłki nożnej.

Angielski w piłce nożnej

Na początek warto uporządkować podstawowe terminy związane z naszymi zainteresowaniami. Jak powiedzieć rzut karny, dogrywka, doliczony czas gry, spalony, bramkarz, ławka rezerwowych, kapitan i wiele innych podstawowych pojęć? Moim zdaniem jest tu pole do popisu – do pracy ze słownikami, z mapą mózgu lub innymi formami robienia notatek i porządkowania informacji. To jak najbardziej część nauki języka obecgo.

Kaplan - angielski w piłce nożnej

źródło: http://www.kaplaninternational.com/pl/blog/jak-mowic-o-pilce-noznej-po-angielsku/

Zresztą nie zatrzymywałbym się na pojedynczych wyrażeniach, tylko rozbudowałbym je o kolokacje czy popularne wyrażenia, żeby jeszcze bardziej zbliżyć się do naturalnego języka. Kilka pierwszych z brzegu przykładów:

a. to lose possession / stracić posiadanie piłki / Everton lost possession early in the second half and United totally controlled the game.

b. good in the air / dobrze grać głową / A defender needs to be good in the air.

c. to be shown the red card / otrzymać czerwoną kartę / After another careless foul he was shown the red card.

Najlepiej stworzyć takie materiały samemu – jestem wielkim zwolennikiem robienia obfitych notatek, ale można korzystać też z ogólnie dostępnych materiałów (jak ten).

Źródłem autentycznego angielskiego związanego z piłką nożną mogą być strony internetowe FIFA czy UEFA, portale o footballu typu Goal.com, sekcje sportowe angielskich gazet czy oficjalne i nieoficjalne strony klubów. Podobnie jak w polskich mediach, znajdziemy tam relacje z meczów, a nawet komentarze na żywo.

Jeśli czujemy się na tyle komfotowo z angielskim, żeby oglądać mecze z angielskim komentarzem, ciekawy pomysł to przejrzenie na YouTube starych, klasycznych pojedynków. W Polsce mamy świetnych, kultowych komentatorów sportowych typu Dariusz Szpakowski, Włodzimierz Szaranowicz, Mateusz Borek czy Tomasz Zimoch. Z czystej ciekawości warto sprawdzić, jak to brzmi po angielsku.

Osobiście pamiętam jak dziś finał Ligi Mistrzów z 2005 pomiędzy Milanem i Liverpoolem. Liverpool przegrywał 3-0, żeby w regulaminowym czasie gry wyrównać i wygrać w karnych. W bramce angielskiego zespołu stał Jerzy Dudek.

Komentarz przy wyrównującej bramce: „And mission impossible is accomplished. Liverpool were three nil down five minutes ago and now – look at that scoreline!”.

Polecam rzuty karne z angielskim komentarzem, które decydowały o wyniku finału. Zaczynają się od: „Here we go. Fingers crossed for Liverpool…”

W internecie jest też naprawdę dużo materiałów szkoleniowych dotyczących różnych elementów piłki nożnej. To także źródło „branżowego” języka znanego każdej osobie, która ogląda lub uprawia ten sport.

Muszę przyznać, że czytanie relacji w mediach, słuchanie angielskiego komentarza czy nawet włącznie angielskiego komentarza w grze komputerowej to jedno, ale z własnego doświadczenia wiem, że trochę inaczej sprawa wygląda na boisku.

Zanim dość nieprzyjemnie skręciłem lewą kostkę, przez dłuższy czas grałem w nogę z grupą native speakerów. Na początku czułem się bardzo nieswojo mimo tego, że byłem magistrem anglistyki i doświadczonym nauczycielem. To był jeszcze inny angielski. Angielski krótkich i szybkich komend, wyrażania silnych emocji powszechnych na boisku i natychmiastowego reagowania na sytuację: „Bring it in”, „line”, „take the far post”„on your marks”, „mark him”, „keep pushing”, „unlucky!, „man on”, „Rob’s with you”.

W każdym razie, czy to piłka nożna, czy moda, czy jakiekolwiek inne hobby, nasze zainteresowania mogą dostarczyć naprawdę interesującego kontekstu do nauki języka angielskiego. Jest to dobry sposób na uzupełnienie ogólnego angielskiego, wyspecjalizowanie się w ciekawej dziedzinie i rozbudowanie swojej motywacji do rozwoju językowego.

Artykuł zainspirowany przez szkołę językową Kaplan International.

1 2 3