Archive

Category Archives for "Doświadczenia lektora"

Angielski przez Skype – jak to wygląda z perspektywy nauczyciela?

To działa – sprawdziłem w praktyce. Da się uczyć angielskiego przez internet. Przynajmniej tak wynika z moich doświadczeń. Przez ostatni rok uczyłem angielskiego przez Skype trzy dorosłe osoby (każdego indywidualnie).

Wiem, że dla niektórych nauczycieli angielskiego korepetycje czy konwersacje przez Skype to od pewnego czasu bardzo ważne źródło pracy. Znam nawet polską lektorkę, która wyjechała z dziećmi i mężem Amerykaninem na wyspę gdzieś w Wenezueli – utrzymują się z udzielania lekcji przez internet.

Wiem też, że ten rodzaj nauki języka staje się coraz popularniejszy wśród uczniów. Technologia i tak stała się częścią naszego życia codziennego, więc dlaczego nie wykorzystać internetu, Skype’a i innych narzędzi, żeby podnosić swoje kompetencje językowe? Jak oceniam możliwości uczenia się angielskiego przez Skype z perspektywy nauczyciela?

Dojrzała technologia

Skype i cała reszta technologii wspierającej uczenie języka angielskiego przez internet są bardzo stabilne. To nie są jakieś eksperymentalne narzędzia, które raz działają, a raz nie. Jeśli i nauczyciel, i uczeń zadbają o to, żeby mieć w miarę aktualne wersje Skype’a oraz połączenie internetowe umożliwiające swobodną transmisję audio i wideo, warunki techniczne są właściwie spełnione.

Tak jak pisałem, mam koleżankę, która przeprowadza lekcje angielskiego przez Skype z małej wyspy w Wenezueli, z uczniami w Polsce. Jej mąż ma bardzo wielu uczniów w Rosji – też „nadaje” z Wenezueli.

Przyznaję – przez ostatni rok miałem jakieś 100 takich lekcji z trzema różnymi osobami i nie każda z nich odbyła się bez zakłóceń. Powiedzmy, że 5% z nich musieliśmy odwołać z powodów technicznych (np. słaba jakość połączenia, problemy z aktualizacją Skype’a, problemy z komputerem którejś ze stron, itp). To nie jest duży odsetek. Jest porównywalny z odwołaniami tradycyjnych zajęć, np. ze względu na kłopoty z dojazdem.

Odpowiednie warunki

Z mojego doświadczenia wynika, że kluczem do udanych zajęć językowych przez Skype, jest zapewnienie odpowiednich warunków.

Próbowałem kiedyś przeprowadzić lekcję z gościem, który ciągle chodził po domu, a w tle biegały dzieci i żona. Totalna klapa. I dla niego, i dla mnie. Uczeń musi mieć spokój. Powinien wygodnie siedzieć, najlepiej sam w jasnym pokoju. Niewskazana jest duża ilość ruchu. Warto zminimalizować źródła rozproszenia. Potrzebne jest skupienie.

Jeśli są takie warunki, lekcja angielskiego przez Skype może być naprawdę udana.

Dodatkowe technologie

Skype to tylko część większej całości. Skoro nauka przenosi się do świata cyfrowego, warto wykorzystać inne narzędzia, żeby zajęcia były bogatsze i bardziej spójne. Jakie to były narzędzia w moim przypadku?

  • komunikacja po angielsku przez e-mail (np. z zapowiedzią tematu i odnośnikiem do stron internetowych z treściami po angielsku jak YouTube czy TED, które będą użyte na zajęciach)
  • Google Docs jako miejsce, w którym uczeń może przechowywać prace pisane (a nauczyciel może je sprawdzić korzystając z takich funkcji jak oznaczanie kolorami, komentarze, itp)
  • Google Docs jako miejsce, w którym nauczyciel może prezentować informacje lub ćwiczenia i pracować na nich wspólnie z uczniem
  • słowniki internetowe (np. Longman), do których można na bieżąco lub na początek / zakończenie zajęć odsyłać ucznia, żeby zweryfikować wymowę, przeczytał przykłady użycia czy kolokacje

Jak się to wszystko połączy, można zorganizować naprawdę interesujące i wielowarstwowe zajęcia.

Czy dla wszystkich?

Moje doświadczenie z uczeniem angielskiego przez Skype jest niewielkie – trzech dorosłych i dobrze zmotywowanych profesjonalistów, którzy chcieli się rozwijać.

Nie jestem pewien, czy angielski przez internet to dobre rozwiązanie dla młodszych uczniów. Z jednej strony na pewno odpowiadałby ich przyzwyczajeniom związanym z codziennym używaniem technologii. Z drugiej – wydaje mi się, że na wczesnych etapach edukacji ważny jest bezpośredni kontakt z nauczycielem oraz oswojenie się z językiem „na żywo”. Nie mam na to oczywiście żadnych twardych dowodów, ale obserwując, jak moi synowie uczą się ode mnie angielskiego, nie przypuszczam, że mógłbym osiągnąć to samo mówiąc do nich „zza ekranu”.

Wydaje mi się też, że Skype to wymarzone środowisko do konwersacji i rozwijania języka w oparciu o bogactwo materiałów w internecie, w mniejszym stopniu do nauki od podstaw. Oczywiście mogę się mylić.

Co z tego ma uczeń?

Spotkałem niedawno kolegę, który na gwałt poszukiwał native speakera angielskiego. Rozpoczął pracę w polskim oddziale amerykańskiego koncernu pod Poznaniem i musiał trochę „podkręcić” swój angielski. Bardzo zależało mu na native speakerze.

Tyle że przez kilka tygodni nie mógł znaleźć nikogo, kto miałby czas na spotkanie w dogodnym dla obu stron miejscu. Dalej szukał, gdy się spotkaliśmy. Zasugerowałem mu, żeby otworzył się na możliwości, jakie daje nauka języków przez internet.

Jedną z takich możliwości jest wybór nauczyciela spośród nieskończenie większego grona chętnych. Tego typu usługi oferują ludzie z całego świata i z pewnością da się znaleźć coś o odpowiedniej porze. Miejsce nie gra roli – ważne, żeby był dostęp do sieci i trochę spokoju.

Druga rzecz – oprócz tej elastyczności pracy z nauczycielem przez internet – to lepsze dostosowanie nauki do naszego współczesnego życia. Muszę powiedzieć, że jednym z powodów, dla których zrezygnowałem jakieś trzy lata temu z pracy w szkołach językowych i na uczelniach wyższych był kryzys tradycyjnych metod nauczania. Ludzie po prostu coraz gorzej reagują na książki do nauki, ćwiczenia wypełniane ołówkiem, ręczne pisanie teksów, itp.

To ma się nijak do ich codzienności. Inaczej pracują. Inaczej konsumują informacje. Dlaczego naukowiec, grafik albo inżynier, który potrzebuje angielskiego do pracy miałby uczyć się jak w latach 90-tych?

Z mojego doświadczenia wynika, że dobrze poprowadzone zajęcia z angielskiego przez Skype, mogą pomóc przełamać ten kryzys tradycyjnych metod uczenia.

Co to jest mentalność kuchenki mikrofalowej i dlaczego najlepiej ją porzucić?

Urban Dictionary definiuje mentalność kuchenki mikrofalowej jako postawę mówiącą, że jeśli czegoś nie da się zrobić w pięć minut, nie warto tego w ogóle robić. To dobry punkt wyjścia, chociaż osobiście rozszerzyłbym tą definicję o nasze wszystkie decyzje, wybory i zachowania, po których oczekujemy natychmiastowych rezultatów, mimo tego, że są skomplikowane i wymagają czasu.

Co to ma wspólnego z uczeniem się angielskiego i edukacją w ogóle? Jak już kiedyś pisałem, praktycznie jedyną drogą do nauczenia się jakiegokolwiek języka w stopniu wyższym niż wymienianie grzeczności i pytanie o drogę, jest prawdziwe zaangażowanie się w ten cel na dłużej. Podobnie jest z większością innych wartościowych umiejętności.

Niestety – kultura, w której żyjemy, nie sprzyja tego typu podejściu.

Mentalność kuchenki mikrofalowej

Mentalność kuchenki mikrofalowej / foto: larskflem

Mentalność kuchenki mikrofalowej widać na każdym kroku. Chcielibyśmy zrzucić nadwagę w kilka tygodni i bez wielkiego wysiłku. Chcielibyśmy błyskawicznie zarobić duże pieniądze, najlepiej bez dodatkowej pracy i bez ryzyka. Chcielibyśmy przeczytać jedną książkę i zostać ekspertami w jakiejś dziedzinie.

To parcie na natychmiastową gratyfikację przenosi się niestety również na edukację. Czy jest ktoś, kto nie spotkał się z ofertami systemów, kursów czy podręczników, dzięki którym nauczymy się angielskiego w kilka tygodni?

Jesteśmy na ten rodzaj perswazji niezwykle podatni. No właśnie, tylko o ile da się wejść do restauracji i w przeciągu kilku sekund już coś konsumować albo odgrzać coś w kilka chwil w kuchence mikrofalowej, uczenie się czegokolwiek to proces, którego nie da się za bardzo skompresować w czasie.

Szczególnie jeśli duża część tego czasu jest już zajęta przez inne obowiązki, zajęcia, itp.

Niecierpliwi do granic możliwości potrafią być też uczniowie, chociaż zazwyczaj kryją się za tym naprawdę dobre intencje. Pamiętam, jak na niskich poziomach (typu elementary czy pre-intermediate) ambitni studenci pytali się, kiedy będą mogli sobie „tak swobodnie” porozmawiać na zajęciach.

Cóż – jeśli nie chcą co czwarte słowo zaglądać do słownika lub pytać nauczyciela o to, jak skonstruować resztę wypowiedzi, muszą jeszcze trochę poczekać. Oczywiście poczekać w sensie wykonać sporo dalszej pracy nad każdym aspektem swojego angielskiego, włącznie z konsolidacją tego, co już się nauczyli.

You have to learn to walk before you run.

Zresztą z mentalnością kuchenki mikrofalowej można się spotkać nawet na jeszcze bardziej szczegółowym poziomie. Łatwo wpaść w pułapkę myślenia, że wystarczy przeczytać, przerobić, przećwiczyć czy zapisać coś raz i sprawa zamknięta – przechodzimy dalej.

Otóż nasz mózg i nasza pamięć tak nie działają. Żeby coś pozostało z nami na dłużej, musimy to powtórzyć kilka razy. I nie chodzi na dodatek o mechaniczne, bezrefleksyjne powtórzenia, tylko coś, co ma dla nas sens.

Jest jeszcze jeden powód, żeby porzucić mentalność kuchenki mikrofalowej. Jedna z książek, którą kiedyś kupiłem na Amazon i teraz czeka na półce na swoją kolej, nosi tytuł „Masa krytyczna: jak jedna rzecz prowadzi do kolejnych”. Jest generalnie o tym, że najważniejsze rzeczy nie wydarzają się za jednym zamachem, natychmiast i błyskawicznie. Nie wyskakują z kuchenki mikrofalowej. Rozwijają się w czasie, często w sposób nieprzewidywalny z perspektywy punktu startowego.

Lubię w ten sposób myśleć również o uczeniu się nowych umiejętności, w tym języków. Trzeba w nie zainwestować uwagę, czas i wysiłek, a przy okazji otworzyć się na to, do czego doprowadzają.

Z dzisiejszej perspektywy wiem, że w uczeniu się angielskiego w szkole średniej czy studiowaniu anglistyki nie chodziło o opanowanie słownictwa, czasów gramatycznych czy wypicowanie wymowy. Najlepsze, co mi się przytrafiło potem, nie było ani zaplanowane, ani objęte programami nauczania, a jednak miało duży związek z całym procesem uczenia się.

Jestem pewien, że podchodząc do angielskiego czy jakiejkolwiek innej umiejętności z mentalnością kuchenki mikrofalowej (byle szybciej, byle mniejszym wysiłkiem i bez zaangażowania) nie byłoby szansy na ten efekt masy krytycznej – na wszystkie dodatkowe rzeczy, które dokleiły się po drodze.

Dlaczego warto być samoukiem?

Jeden z cytatów na temat uczenia się, który najmocniej utkwił mi w pamięci brzmi: „Są dwa rodzaje uczniów – samouki i nieuki”. Znalazłem to dawno temu we wstępie do jakiegoś samouczka jakiegoś egzotycznego języka obcego i pamiętam do dzisiaj.

W rzeczywistości sprawy nie są oczywiście tak czarno-białe i pomiędzy tymi dwoma ekstremami jest mnóstwo typów uczniów, który w mniejszym lub większym stopniu stawiają na autonomię. Zresztą – moim zdaniem – żeby nazwać się samoukiem niekoniecznie trzeba uczyć się w pojedynkę i nie korzystać ze zorganizowanej edukacji w jakiejkolwiek formie.

Chodzi raczej o pewne podejście – przejmowanie inicjatywy od nauczycieli i innych osób, których zadaniem jest jakieś tam kierowanie naszą edukacją. Może to oznaczać robienie więcej niż jest obowiązkowe, może to oznaczać uczenie się inaczej, w swoim tempie, swoimi metodami, wyznaczenie sobie własnych celów, itp.

Kiedy zaczynałem pracę jako nauczyciel angielskiego w połowie poprzedniej dekady super modne było określenie „autonomiczne uczenie się” (autonomous learning) i pamiętam, że na szkoleniach w prywatnych szkołach językowych byliśmy zachęcani do promowania tego podejścia. Sprowadzało się ono do tego, żeby pokazywać ludziom podstawowe narzędzia i wymagać jak największego wkładu własnego. Miało to na celu zachęcanie uczniów do większej samodzielności.

W praktyce różnie się sprawdzało – w niektórych uczeniach można było wyczuć żyłkę do uczenia się samodzielnie, inni wymagali bardzo silnej obecności nauczyciela. W obu grupach były osoby, które robiły postępy, ale wydaje mi się, że ostatecznie więcej są w stanie osiągnąć ci pierwsi – samouki.

To zabrzmi jak banał, ale uważam, że umiejętność uczenia się to jedna z najważniejszych, jeśli nie najważniejsza w tej chwili zdolność. Chodzi mi jednak o specyficzną umiejętność uczenia się – nie nastawioną na dyplomy i prestiże, ale na działanie i tworzenie, w sensie natychmiastowego przekładania wiedzy na realne sprawy, używania jej do rozwiązywania problemów swoich i innych, tworzenia czegoś. Ale to nie jedyny powód, żeby zostać zatwardziałym samoukiem.

Nauczyciele nie ogarniają wszystkiego

Nauczyciele to bardzo zróżnicowane środowisko – jedni są sumienni i zaangażowani, inni chcą po prostu zarobić możliwe najmniejszym wysiłkiem na życie. Nauczyciele zmieniają się też z czasem, na lepsze lub gorsze. Na kogokolwiek byśmy jednak nie trafili – nauczyciela fantastycznego czy fatalnego – możemy być pewni, że:

  • nie wie wszystkiego,

  • nie zna nas lepiej niż my sami,

  • jeśli pracujemy z grupą, nie jest w stanie poświęcić nam pełnej uwagi

Mam sporo bardzo pozytywnych wspomnień w stosunku do wybranych nauczycieli, ale jeśli mam znaleźć coś, co łączyło tych najlepszych, była to nie konkretna wiedza czy nawet umiejętność jej przekazania, ale zdolność do zainspirowania mnie do własnego wysiłku (na różne sposoby). Inna sprawa, że jestem podatny na tego typu motywację.

Najgorzej za to wspominam tych nauczycieli, którzy skupiali się wyłączenie na egzekucji wiedzy, którą przekazywali. Tego typu mechaniczne podejście w stylu pytanie-odpowiedź, które i tak ma ograniczoną wartość, można spokojnie uzyskać od programu komputerowego. Dobry nauczyciel powinien jednak dawać trochę więcej.

W każdym razie każdy samouk rozumie, że żaden nauczyciel nie jest w stanie nauczyć go wszystkiego (również dlatego, że jest ograniczony przez programy, własną wiedzę, czas, itp.). Trzeba działać samemu, a nie tylko oczekiwać i wymagać od innych.

Są możliwości

Najlepsze jest jednak to, że chyba jeszcze nigdy w przeszłości samouki nie miały tyle możliwości do realizacji swoich zainteresowań. To niby kolejny banał, ale moim zdaniem potencjał wielu współczesnych narzędzi jest bardzo, ale to bardzo niedoceniony.

Oczywiście każdy powie, że internet czy smartfon są super przydatne, ale i tak większość czasu będzie spędzać na portalach plotkarskich, randkowych i pokrewnych. A smartfona będzie używać głównie do pisania dłuższych smsów i sprawdzania, co się dzieje na Facebooku. Nawiasem mówiąc, nie mam nic przeciwko temu, jeśli ktoś tak lubi spędzać czasu, tyle że to nie jest pełne wykorzystanie możliwości tych narzędzi.

W internecie dokonuje się w tej chwili niebywała rewolucja edukacyjna, dzięki której każdy samouk może dostać prawdziwe turbodoładowanie. Chodzi o wiele zjawisk. Najważniejsze z nich to:

1. Bezpłatne portale z podstawowymi i zaawansowanymi treściami edukacyjnymi, zorganizowanymi w sposób, który praktycznie niczym nie różni się od wykładu lub zajęć w szkole (np. Khan Academy)

2. Bezpłatne platformy z wykładami i kursami uniwersyteckimi (np. Coursera)

3. Bezpłatne i płatne portale z kursami praktycznych umiejętności, np. programowania (np. Udemy, Code Academy)

4. Olbrzymie bazy danych (płatne i bezpłatne), które ułatwiają dostęp do informacji (np. Google Scholar)

5. Potężne wyszukiwarki informacji, w tym bardzo niszowe, (np. WolframAlpha)

6. Aplikacje do organizowania informacji i procesu uczenia się (np. Evernote)

7. Blogi, na których eksperci chętnie dzielą się swoją wiedzą i odpowiadają na pytania czytelników

8. Portale społecznościowe, fora, strony Q&A, na których ludzie dzielą się informacjami (np. Stack Exchange)

9. Setki stron z tutorialami na każdy temat pod słońcem (np. Tutsplus)

Do skorzystania z tych i innych możliwości nie trzeba specjalnego zaproszenia, niczyjej zgody, nikt nie będzie nas też oceniał za sposób, w jaki je wykorzystujemy. Można czegoś spróbować i porzucić bez konsekwencji. Można się w uczenie jakiejś umiejętności bezkarnie wciągnąć, zgłębić ją od A do Z, a potem wykorzystać w praktyce (np. do stworzenia czegoś, rozwiązania jakiegoś problemu, itp.). To prawdziwy raj dla samouków, szczególnie jeśli mają jakiś warsztat poruszania się po tym nadmiarze możliwości.

Najlepszych rzeczy nikt nas nie nauczy

O ile warto mieć przy sobie dobrych nauczycieli w pierwszych etapach nauki (angielskiego i innych umiejętności), od pewnego momentu największy rozwój jest tak naprawdę w naszych rękach.

Trudno oczekiwać, żeby nauczyciel angielskiego przekazał nam całe dostępne słownictwo i podczas kursu przygotował nas na wszystkie możliwe sytuacje językowe – w mowie i w piśmie. Takich sytuacji jest przecież nieskończona ilość! Podobnie w innych dziedzinach – który nauczyciel matematyki przećwiczył z uczniami wszystkie możliwe zadania? Który instruktor jazdy pokazał swojej podopiecznej, jak zachować się w absolutnie każdej sytuacji na drodze?

Większość problemów i sytuacji, z którymi się w rzeczywistości stykamy, jest unikalna i nie da się do nich przygotować jak do quizu jednokrotnego wyboru. Są również na tyle złożone, że nie da się ich odtworzyć np. w szkolnej klasie czy na prezentacji.

Zresztą odnosi się też do twórczej strony życia – czy ktoś nauczył Picassa, jak dokładnie malować? Na pewno ktoś pokazał mu podstawy i zachęcił do malowania, na pewno różni ludzie (inni artyści, kobiety) i doświadczenia miały wpływ na jego styl. Czy ktoś nauczył Marka Zuckerberga, jak stworzyć portal Facebook?

Na pewno nie miał tego w szkole na lekcji, chociaż nie ulega wątpliwości, że wiele umiejętności niezbędnych np. do programowania posiadł właśnie w szkołach, na kursach, itp.. Ale był też zażartym samoukiem – nie tylko w sensie poświęcania dodatkowego czasu na naukę, ale też eksperymentowania, sprawdzania, co działa, a co nie, ulepszania, itp.

Wracając na ziemię, żaden nauczyciel angielskiego ani innego przedmiotu nie nauczy nas, jak poradzić sobie w każdej sytuacji. Do pewnego etapu ich wsparcie będzie kluczowe, a potem jego znaczenie będzie maleć. Coraz ważniejszy będzie nasz wkład.

Podsumowanie

Krótko mówiąc, warto być samoukiem z co najmniej czterech powodów:

  • zdolność do samodzielnego uczenia się to kluczowa umiejętność w tym zmieniającym się świecie,

  • nauczyciele to tylko ludzie, mają spore ograniczenia, trzeba im pomóc 😉

  • możliwości do samodzielnego rozwoju są większe niż kiedykolwiek, niebywałe, nieskończone,

  • najlepszych rzeczy nikt nas nie nauczy, trzeba je zrobić samemu

Jak przełamać kryzys średniozaawansowanego?

Większość studentów, których uczyłem od etapu początkującego przez kolejne kilka lat, doświadczało jakiejś formy kryzysu po dwóch, trzech latach nauki. Mijał pierwszy zapał, angielski przestawał być aż takim wyzwaniem jak na początku, a o odczuwalne postępy było coraz trudniej. Jest na to nawet określenie wśród nauczycieli angielskiego, którzy mają problem z wykrzesaniem w studentach na tym etapie motywacji – intermediate plateau, czyli płaskowyż średniozaawansowanych. Na jakiś poziom się już wspięli, ale teraz poruszają się po długiej, męczącej, mało atrakcyjnej równinie przed kolejnymi szczytami.

Z mojego doświadczenia i z komentarzy innych nauczycieli wynika, że taki okres następuje po ok. dwóch, trzech latach i zbiega się z podręcznikami na poziomach intermediate oraz upper-intermediate.

Dlaczego tak się dzieje?

Najważniejszy powód to spadek motywacji wynikający z tego, że coraz trudniej robić odczuwalne postępy. Jeśli ktoś zaczyna od zera lub porządkuje jakieś tam strzępki angielskiego, które zna, w pierwszym etapie nauki przechodzi prawdziwą rewolucję. Podstawowe elementy zaczynają się składać w coraz bardziej skomplikowane całości, osiągnięcia widać gołym okiem (np. coraz dłuższe rozmowy, zdolność do napisania kilku spójnych zdań o sobie, itp.). To bardzo energetyzujące doświadczenie, jeśli ktoś naprawdę się stara.

Poza tym – wszystko jest nowe. Słownictwo, gramatyka, dźwięki, ale też sama sytuacja uczenia się nowego języka. A metodyka angielskiego oraz poziom wyszkolenia anglistów jest naprawdę wysoki, więc w dobrych szkołach to nie są nudne i przewidywalne lekcje. Wiem, że dla niektórych studentów fajne zajęcia językowe mogą stanowić najprzyjemniejszy element całego tygodnia.

Od poziomów średniozaawansowanych coraz większy nacisk kładziony jest na powtórkę, konsolidację oraz stopniowe rozszerzanie zagadnień. To oznacza, że w podręcznikach i na zajęciach mogą pojawiać się podobne tematy leksykalne i gramatyczne. I wtedy się zaczyna: „ale my to już mieliśmy”, „po co robić znowu to samo”, „ile można się uczuć o częściach ciała”, itp.

Do tego dochodzi jakaś tam powtarzalność metod nauczyciela i ogólne zmęczenie wynikające z tego, że uczymy się czegoś bezustannie przez kilkanaście miesięcy w podobnym tempie. Jeśli dodamy do tego wrażenie, że jako średniozaawansowany potrafię już naprawdę sporo i poradzę sobie w większości normalnych sytuacji, coraz trudniej dojrzeć motywację do dalszego rozwoju.

Uważam, że ten mechanizm działa nie tylko w angielskim, ale w procesie uczenia się innych umiejętności (nie tylko w szkole).

Jak przejść przez płaskowyż średniozaawansowanych bez kryzysu?

Mam dwie rady, choć jestem pewien, że znalazłoby się ich dużo więcej. Jeśli ktoś ma coś do powiedzenia z własnego doświadczenia jako nauczyciel lub uczeń, zapraszam do komentowania.

Moja pierwsza rada brzmi: wyspecjalizuj się.

Na pewnym etapie możemy odczuwać zmęczenie ogólną tematyką zajęć z angielskiego – tematy nie zawsze odnoszą się do naszej codzienności, pracy czy zainteresowań. Sam jako uczeń ciężko znosiłem np. konwencjonalne zajęcia o ubraniach, modzie czy niektórych zagadnieniach gramatycznych (np. present perfect continuous). Małe mnie to obchodziło.

Dlatego jeśli dysponujemy już jako takimi podstawami, a ktoś na poziomie średniozaawansowanym powinien z łatwością czytać nieskomplikowane teksty, wyrażać podstawowe myśli, składnie pisać i radzić sobie z niewymagającym rozumieniem ze słuchu, powinniśmy odbić w kierunku, który nas naprawdę pociąga.

Chodzi mi o wyspecjalizowanie się w jakimś podzbiorze angielskiego. Oczywiście język angielski jest jeden, ale np. inżynier produkcji, konstruktor, finansista, farmaceuta czy położna mają sporo odrębnego słownictwa czy specyficznych sytuacji komunikacyjnych. Moim zdaniem powinni zainwestować czas i energię, żeby do ogólnego angielskiego dodać ten komponent.

Dlaczego? Ponieważ ich motywacja do nauki bardzo adekwatnych spraw powinna być wyższa niż np. powtórki z części ciała czy ubrań. Nadal mogą poruszać się po tym męczącym płaskowyżu ogólnego angielskiego, ale jednocześnie dopingować się na własnym podwórku.

Zresztą, będziemy zdziwieni jak bardzo język różnych branż się przenika i jak wiele z nowej wiedzy będziemy mogli zastosować również na zwykłych zajęciach angielskiego.

Z kolei jako lektor muszę powiedzieć, że najlepiej wspominam chyba zajęcia ze studentami różnych kierunków na Politechnice Poznańskiej, w firmach z różnych branż czy z bankowcami. Dlaczego? Wymagały ode mnie wyjścia poza dość oklepaną tematykę zajęć z angielskiego i dostosowania się do całkiem wymagających profesjonalistów. Najważniejsza część tego dostosowania się to właśnie zrozumienie i opanowanie nowej terminologii. I to nie na poziomie tłumaczenia słowo w słowo, ale zdolności do rozmawiania z ludźmi o tych tematach, a nawet nauczenia ich czegoś z ich własnej branży.

To moja rada dla nauczycieli w stanie wypalenia zawodowego – wyjdźcie poza ogólny, szkolny angielski. English for Specific Purposes to najbardziej interesująca część branży nauczania języka angielskiego. I żeby było jasne: nie trzeba kończyć studiów podyplomowych z bankowości, żeby uczyć bankowców. Wystarczy być otwartym, pomocnym i uczyć się na bieżąco.

Jeśli to kogoś interesuję, to właśnie w uczeniu angielskiego ESP w wielu branżach upatruję jednego z powodów swojego odejścia od uczenia. W tym czasie mogłem zaobserwować, jak pracuje się w innych dziedzinach niż edukacja, porozmawiać z naprawdę fantastycznymi specjalistami i nauczyć się tyle, żeby mieć podstawy do zorganizowania zawodowej zmiany na własnych warunkach.

Moja druga rada jest dużo krótsza – wyjdź poza szkolną ławkę.

Nie ma co polegać na nauczycielach jako jedynych przewodnikach w nauce angielskiego czy czegokolwiek innego. Naprawdę większość z nas jest zdolna do samodzielnej nauki większości umiejętności, szczególnie jeśli podstawy są na swoim miejscu.

Olbrzymim impulsem do doskonalenia swoich umiejętności jest tworzenie czegoś w obcym języku, zaangażowanie się w jakiś projekt czy organizację międzynarodową, wyjazd stypendialny typu Erasmus czy jego odpowiednik dla dorosłych, wzięcie udziału w jakimś międzynarodowym konkursie, itp. Pomysłów jest nieskończona ilość, a najlepiej widać je wtedy, kiedy podniesiemy wzrok znad szkolnego podręcznika. Heads up!

Naucz się podstaw, a potem sky is the limit

Jak pracowałem jako lektor angielskiego, potrafiłem po kilku tygodniach od rozpoczęcia kursu z dużym prawdopodobieństwem przewidzieć, kto z nowej grupy wytrwa w nauce i będzie sobie dobrze radził. Dotyczy to szczególnie grup całkowicie początkujących, ale nie tylko.

Skąd wiedziałem? Jeśli ktoś szybko zaczynał mieć dziury w swojej wiedzy i nie wykazywał ochoty, żeby je stopniowo łatać, po kilku tygodniach zamieniały się one w systematyczne zaległości. Po dwóch, trzech miesiącach widać było już rosnącą przepaść między najbardziej zaangażowanymi, którzy rwą do przodu, a tymi, którzy coraz mocniej zostają w tyle. W ten sposób rozkręcała się spirala motywacji dla jednych, a spirala demotywacji dla drugich.

Podstawy są najważniejsze

Jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że jeśli ktoś przerobił z zaangażowaniem i w całości jakikolwiek dobry podręcznik dla początkujących, ma otwarte drzwi do naprawdę dużych osiągnięć.

Sam uczyłem się z serii podręczników Headway, jako lektor prowadziłem zajęcia z podręczników New English File, Language Leader oraz Face2Face. Różnice między nimi to z punktu widzenia początkującego studenta języka angielskiego kompletne subtelności.

W zasadzie wszystko jedno, z czego się uczymy. Jeśli będzie zaangażowanie, nawet najbardziej nieprzyjazny podręcznik dużo nas nauczy. Jeśli nie będzie zaangażowania, nawet najprzyjaźniejszy podręcznik niewiele pomoże.

Jestem w ogóle przekonany, że żyjemy w czasach, kiedy każdy ma dostęp za darmo i w każdym momencie do każdego typu materiałów. Brak materiałów to w najmniejszym stopniu nie jest problem. Wszystko, co dostajemy, jest tylko jakąś wersją, a w najlepszym wypadku, ulepszeniem, czegoś, co już było. Zmienia się tylko opakowanie, może unowocześniane są teksty i ćwiczenia.

Ale przecież nowej gramatyki nikt nie wymyśli. Zasady czytania ze zrozumieniem i jasnego pisania praktycznie się nie zmieniły.

Największą trudnością wydaje mi się w tej chwili brak skupienia, nadmiar bodźców i możliwości oraz brak długoterminowego zaangażowania. Poprzednie wpisy o technice Pomodoro oraz metodach nauki języków Mormonów mogą pomóc wypracować więcej skupienia i zaangażowanego podejścia.

Ale wracając do podstaw – przypominam sobie własnych kursantów z grup początkujących, z którymi spędziłem potem kilka lat jako lektor na kolejnych szczeblach nauki. To jedna z większych radości nauczyciela, jeśli widzi rozwój ludzi, którzy w jakiejś części od niego zależą. Jak na pierwszych zajęciach ktoś jest totalnie zakłopotany, przestraszony, a po trzech latach nauki swobodnie wyraża myśli w obecności native speakera. Miałem przyjemność uczyć takie osoby.

Co je łączyło? Bardzo duże zaangażowanie na pierwszych etapach nauki. Jak to się przejawia? Chęcią zrozumienia wszystkiego w najdrobniejszych szczegółach, wykonywaniem absolutnie wszystkich zadań (często niezadowoleniem z nauczyciela, który coś chce ominąć!), radykalną ciekawością i optymizmem, że ten cały wysiłek do czegoś prowadzi.

Przypominam sobie też swoją drogę i muszę powiedzieć, że na jej początku uczyłem się angielskiego wręcz religijnie. Nauczyciel z liceum ignorował na przykład zadania na wymowę (pronunciation), z tymi dziwnymi znaczkami fonetycznymi i większość nie oponowała. Byłem ciekawy, jak to działa i wszystkiego nauczyłem się sam na tyle, na ile było to możliwe (nie jest to znowu aż tak trudne) – intuicja mnie nie myliła: znajomość fonetycznych podstaw języka do dzisiaj mi się przydaje. I to jak!

Masz podstawy, masz łatwiej

Ale w dobrym opanowaniu podstaw, czy to języka, czy innych umiejętności, kryje się prawdziwe złoto, z którego potem można długo korzystać.

Po pierwsze, jeśli początkowy wysiłek jest większy i bardziej skoncentrowany, później będzie nam dużo łatwiej. Będziemy mieli wszystkie elementy układanki potrzebne, żeby tworzyć bardziej skomplikowane całości. Dobrze ilustruje to tzw. krzywa uczenia się – im ostrzej będzie rosła na początku, tym szybkiej osiągniemy jakiś poziom satysfakcjonujących nas umiejętności.

Po drugie, unikniemy problemów z motywacją, które są plagą wszystkich uczących się, nie tylko języków. Każdy z nas zna pewnie uczucie słomianego zapału. Ja bardzo dobrze – iluż to już języków nie zaczynałem się uczyć (czeskiego, francuskiego, hiszpańskiego, chyba nawet chińskiego). Niestety za chęciami nie poszedł wysiłek i zaangażowanie. Nie udało mi się nigdy przejść etapu kilku pierwszych lekcji – brakowało skupienia i poczucia, że to do czegoś doprowadzi.

Po trzecie, będziemy zdziwieni, jak niewiele poza podstawami języka potrzeba w prawdziwym życiu. Problem wielu zaawansowanych studentów angielskiego polega na tym, że zbyt mocno komplikują swoje wypowiedzi. Są nienaturalni, nikt w ten sposób by się w normalnej sytuacji nie komunikował. Zapominają o podstawach.

Nie jestem oczywiście zwolennikiem znajomości tylko jakiegoś ograniczonego zbioru najpopularniejszych słów czy konstrukcji gramatycznych. To z kolei zbyt prostackie podejście. Nie polecam. Warto jednak zbudować bardzo mocne podstawy i być z nimi w kontakcie nawet na dalszych etapach nauki. Jedni z tych podstaw wybiją się na prawdziwą niezależność (praca w języku angielskim, pisanie, czytanie gazet, książek, itp.), inni wykorzystają je w bardziej przyziemnych sytuacjach (podczas podróży, załatwiania spraw zagranicą). To w zasadzie nie ma znaczenia – do jednego i drugiego i tak potrzebujemy podstaw.

Jak uczyć się lepiej i zapamiętać więcej dzięki metodzie optymalnych powtórek?

Nasz mózg jest zdolny do przetwarzania, magazynowania i zapamiętywania nieprawdopodobnych ilości informacji, a dzięki technologii możemy go jeszcze dodatkowo napędzić. Gdyby każdy z nas wykorzystał choćby w dużej części potencjał tych dwóch elementów, względnie szybko stałby się geniuszem. Nauczenie się angielskiego w rok czy dwa byłoby całkowicie realne. Więcej: nauczenie się większości umiejętności byłoby w zasięgu każdego z nas.

Niestety jest jeszcze trzeci element tej układanki – nasz temperament, który sprawia, że szybko się poddajemy, nie jesteśmy regularni, dajemy się łatwo rozproszyć, itp. Gdyby udało się jakoś wyeliminować ten składnik z naszej nauki (choćby częściowo), osiągalibyśmy dużo większe postępy w każdej dziedzinie, na której nam zależy.

W latach 80-tych i 90-tych pewien student politechniki w Poznaniu stworzył razem z grupą kolegów system, który optymalizuje uczenie się. Stworzył go dla siebie. Konkretniej: chciał szybciej i skuteczniej nauczyć się angielskiego. Na czym polega metoda optymalnych powtórek? Jak jej użyć, żeby uczyć się lepiej i zapamiętać więcej?

Metoda rozłożonych w czasie powtórek

Tym studentem jest dość ekscentryczny założyciel firmy SuperMemo Piotr Woźniak, obecnie pięćdziesięciolatek, który unika kontaktu z mediami i rozgłosu. Jest prawdopodobnie bardziej popularny zagranicą niż w Polsce, mimo że praktycznie nie podróżuje. Tutaj super ciekawy artykuł z magazynu Wired o jego teoriach na uczenie się.

No właśnie, na czym polega jego sekret uczenia się języków obcych i innych umiejętności?

Jest oparty o założenie, że nasz mózg jest równie zdolny do uczenia się, jak i zapominania. Wszyscy znamy to z doświadczenia – jednego dnia wydaje się nam, że coś rozumiemy i potrafimy, kilka dni później pamiętamy zaledwie, że się tego uczyliśmy. Może to być jakieś słownictwo, zagadnienie gramatyczne, fakty historyczne czy cokolwiek innego. Bez powtarzania materiału nie uda się nam zachować go w pamięci na dłużej.

Ale to banał. Woźniak poszedł o krok dalej – metodą prób i błędów na sobie stworzył algorytm, który przewiduje, kiedy najlepiej powtarzać informacje, żeby ich potem nie zapomnieć. Kwestia czasu powtórki ma, jak się okazuje, gigantyczne znaczenie dla skuteczności uczenia się. Potwierdzają to także badania psychologów wykonane niezależnie od wysiłków Woźniaka.

Po pierwsze – najlepszy moment, żeby coś powtórzyć jest wtedy, kiedy już zaczynamy to zapominać.

Po drugie – o ile pierwsza powtórka powinna wydarzyć się dość szybko (np. dzień, dwa po zapoznaniu się z materiałem), kolejne trzy następują po dłuższych odstępach czasu. Z każdym kolejnym nasz mózg wolniej zapomina te informacje, po czwartym powinniśmy zapamiętać je na zawsze. Tak wygląda to na wykresie.

Czy SuperMemo działa? Czy warto się uczyć metodą optymalnych powtórek?

Czy SuperMemo działa? Czy warto się uczyć metodą optymalnych powtórek? credit: Wired

Zakuj, zalicz, zapomnij

Woźniak nie ukrywa, że rozwinął swoją metodę, dlatego że był sfrustrowany stylem uczenia się polegającym na bezmyślnym zakuwaniem pod egzaminy, który marnował jego zasoby pamięci. Szczególnie żal było mu wiedzy, na której mu zależało – przede wszystkim języka angielskiego.

Metoda optymalnych powtórek jest więc ekstremalnym antidotum na podejście „zakuj, zalicz, zapomnij”.

Ze swojego doświadczenia wiem, że filozofia trzech z ma swoje uzasadnienie. W wielu sytuacjach pozwala przetrwać w momentach, kiedy programy nauczania czy nadgorliwość prowadzących skutkują przeładowaniem nieistotnymi informacjami, nadmiernymi wymaganiami. Wielką sztuką jest wtedy selekcja materiału. Co zasługuje na nasze zaangażowanie (w stylu metody optymalnych powtórzeń), co można potraktować trochę ulgowo?

Myślę, że jest to jeden z najtrudniejszych aspektów uczenia się i nie zgadzam się z nastawieniem typu „ja jestem humanistką”, „ja jestem umysłem ścisłym”, tego czy tamtego nie muszę umieć. Moim zdaniem wiedza to wielki układ naczyń połączonych i rezygnowanie z góry z całych dziedzin to wielki błąd w dłuższym terminie, zamykanie się na doświadczenia. Z drugiej strony wiadomo, że nie we wszystkim da się być ekspertem.

Jak używać metody optymalnych powtórek?

Na początku do zorganizowania sobie nauki wystarczyły Woźniakowi karteczki z zapisanymi informacjami, które chciał zapamiętać. Stopniowo rozwinął i ulepszył swój system do tego stopnia, że zbudował algorytm oraz program komputerowy, który planuje za nas naukę. Musimy z nim oczywiście współpracować, np. ustalać materiał, ustalać priorytety, itp.

Osobiście nigdy nie używałem SuperMemo. Nie wiem nawet, jak wygląda jego interface. Na podobnych założeniach zbudowana została platforma do uczenia się poprzez tzw. fiszki – Fiszkoteka, z której też nigdy nie korzystałem poza chwilowym testem.

W każdym razie, tego typu systemy polegają na dzieleniu wiedzy na niewielkie części oraz powtarzaniu jej w bardzo zorganizowany sposób. Ich działanie jest oparte o funkcjonowanie naszej pamięci.

Czy to działa?

Z jednej strony nie da się podważyć zasadności uczenia się poprzez powtarzanie – einmal ist keinmal. Jeśli możemy do tego dodać optymalny harmonogram powtórek, dlaczego nie skorzystać z takiej pomocy? Szczególnie jeśli zależy nam na opanowaniu jakiejś wiedzy. Wiem, że podejście Woźniaka jest bardzo popularne wśród programistów uczących się nowych języków (np. HTML czy Javascript). Można je zastosować w wielu innych dziedzinach.

Moja droga do swobody posługiwania się angielskim też prowadziła przez regularne powtórki, chociaż nigdy nie wypracowałem tak konsekwentnego, maszynowego systemu do ich optymalizacji. Niewykluczone, że dzisiaj znałbym więcej angielskich słówek, gdybym uczył się inaczej.

Tylko co by mi to dało?

I to jest właśnie druga strona tej metody nauki języków. Jest ona nastawiona na zimne optymalizowanie naszych postępów. W swojej ekstremalnej formie sprowadza się do poddania naszej pamięci zaleceniom komputerowego algorytmu. To na pewno skuteczne w sensie ilościowym, ale ja nigdy nie uczyłem się tylko po to, żeby bić rekordy, śróbować osiągi mojego mózgu, itp.

Bardzo ważna była da mnie również radość i sens uczenia się – nie widziałem ich w podążaniu za zaleceniami komputera, widziałem za to w takich nieoptymalnych czynnościach jak czytanie dla przyjemności, błądzenie bez celu w różnych zakamarkach anglosaskiej kultury, uczenie się z innymi, skakanie po różnych poziomach zaawansowania czy stylach uczenia się, itp.

Jedno drugiego oczywiście nie wyklucza – optymalne powtórki mogą pomóc nam szybko opanować ważny materiał, szczególnie podstawowe elementy języka (np. słówka, wyrażenia, itp.). Oprócz tego, szczególnie na wyższym poziomie, warto dodać do naszej metodologii uczenia się coś bardziej otwartego, nie opartego na schemacie.

Zresztą najlepsza rada, jaką mogą dać komukolwiek jest prosta – nie ma najlepszej metody uczenia się angielskiego czy czegokolwiek innego. Wypracujcie własną. Sprawdźcie, co na was działa, eksperymentujcie, ulepszajcie.

Tutaj podobne artykuły o metodzie produktywności Pomodoro oraz metodzie Feynmana przydatnej przy organizowaniu wiedzy. Tutaj więcej o tym, jak się lepiej uczyć.

Jak przeprowadzić lekcję języka obcego z użyciem wideo?

Wszyscy uczymy się angielskiego z filmów czy reklam bez pomocy szkoły, ale od czasu do czasu na zajęciach też powinno pojawić się wideo. Jako urozmaicenie pracy z podręcznikiem czy słuchania nagrań. Dobrze wplecione w lekcję może być też dużo bardziej atrakcyjne dla części uczniów.

Niektóre serie podręczników, np. New English File czy Global, mają moduł wideo zintegrowany z resztą kursu, co naprawdę ułatwia pracę od strony przygotowania materiałów. Któż nie zna historii Marka i Ally z tego pierwszego podręcznika czy wykładów prof. Davida Crystala z drugiego?

A jak przeprowadzić lekcję wideo, jeśli nie mamy przygotowanych materiałów? Jak przeprowadzić lekcję wideo przy użyciu angielskich seriali lub filmów?

Lekcje wideo na kursach językowych – kilka uwag wstępnych

Czasy się zmieniły – uczniowie mają dostęp do dokładnie tych samych filmów i seriali co my. Oglądają je kiedy chcą i gdzie chcą dzięki takim technologiom jak VOD, streaming czy torrent.

Wyświetlanie na całych zajęciach filmu to przeżytek i żadna szkoła (prywatna czy publiczna), w której pracowałem tego nie pochwalała. Co więcej – nie pochwalali tego sami kursanci, którzy mogą obejrzeć to samo w zaciszu swojego mieszkania, bez obecności innych uczniów i całego skrępowania, które z tego wynika.

Jak przeprowadzić lekcję wideo – kilka praktycznych pomysłów

1. mówiona rozgrzewka

Jeśli zajęcia były oparte o fragmentu filmu lub serialu, praktycznie zawsze rozpoczynałem je od mówionej rozgrzewki. Albo każdy z uczestników zajęć otrzymywał jedno pytanie, które miał zadać innym w grupie, a na koniec podsumować rezultaty swojego wywiadu (tutaj przykładowe pytania), albo przygotowywałem quiz z wiedzy ogólnej o filmach, po którym pary lub trójki miały kilka minut na przygotowanie kilku kolejnych pytań dla innych uczniów.

Taka rozgrzewka to dobre wprowadzenie w nastrój lekcji wideo opartej o fragmenty filmu lub serialu.

2. ten sam fragment czy inny?

Następna faza zajęć to już oglądanie filmu. Ale trochę inaczej niż zazwyczaj. W pewnym momencie uczenia odkryłem, że ludzie dużo intensywniej słuchają lub oglądają, jeśli będą musieli opowiedzieć to, co usłyszeli lub zobaczyli drugiej grupie. Dlatego bardzo często dzielę grupę na dwie części – pierwsza część wychodzi z klasy na ok. pięć minut, druga ma do przesłuchania czy obejrzenia jakiś materiał. Już samo poruszenie wywołane tą formą zajęć powoduje większe skupienie!

Na zajęciach wideo taki format jest potrzebny, żeby zrealizować jedno bardzo konkretne zadanie.

Otóż dwie grupy zobaczą fragment filmu – może to być to ten sam fragment lub inny fragment. To jest właśnie ich zadanie – opowiedzieć sobie dokładnie, co zobaczyli na ekranie, żeby w parach zdecydować, czy widzieli to samo, czy coś innego.

Jak to zorganizować? Wybrać z filmu lub serialu dwa fragmenty, najlepiej inne, ale w jakichś elementach podobne. Osobiście robiłem to na filmach Głupi i Głupszy oraz Terminator 2. Wiem, wiem – niezbyt wyrafinowane kino, ale każdy z nich to jednak klasyka gatunku

Fragmenty nie powinny być dłuższe niż 2-3 minuty i najlepiej, jeśli stanową jakąś zamkniętą całość. Korzystam z oryginalnych DVD (kupuję tanio na brytyjskim Amazon), które pocięte są na sceny – to bardzo ułatwia pracę.

OK – dzielę grupę na dwie części i połowę grzecznie proszę o opuszczenie klasy. Na odchodne mówię im coś w stylu (Don’t worry, you won’t miss a thing. When you come back, they’ll tell you everything!). Owi oni, którzy wszystko im opowiedzą, to część grupy, która pozostaje w klasie – po takim wprowadzeniu wiedzą już mniej więcej jakie będzie ich zadanie – oglądać i zapamiętać, żeby przekazać innym!

Można to jeszcze dodatkowo wytłumaczyć i jazda. Oglądamy fragment, a potem – zanim reszta grupy wejdzie – proszę widzów, żeby opowiedzieli mi, co przed chwilą zobaczyli. Uczulam, że chcę wydarzenia krok po kroku, a nie tylko pierwsze i ostatnie, pomagam w wyrażeniu tego po angielsku, poskładania do kupy itp. To kluczowe, dlatego czasem przechodzę przez to nawet dwa razy – muszę być pewien, że opowiedzą to drugiej grupie w szczegółach.

Nie pozwalam robić notatek – szczególnie w trakcie oglądania. Skupienie na jednym! Mogę zrobić jakieś hasłowe notatki na tablicy w trakcie, gdy opowiadają mi, co właśnie zobaczyli.

Wchodzi druga grupa, a pierwsza natychmiast wychodzi. Znowu można ich pożegnać czymś w stylu (Would you mind stepping out for a bit? I think you really need a break after that, don’t you?).

Druga grupa jest gotowa do oglądania fragmentu filmu – nie ma robienia notatek, ich zadanie to zapamiętać jak najwięcej. Po seansie opowiadają nam, co zobaczyli – pomagamy, naprowadzamy, dorzucamy przydatne słownictwo.

Wraca pierwsza grupa – i co teraz? W parach (jedna osoba z pierwszej grupy, jedna z drugiej grupy) szukamy odpowiedzi na najważniejsze pytanie – czy to był ten sam fragment filmu czy inny? A jeśli inny, chcemy podzielić się jak największą ilością szczegółów.

Po kilku minutach na rozmowę w parach pozwalamy kilku osobom odpowiedzieć na główne pytanie oraz opisać fragmenty filmu (opowiada zawsze ten, kto nie widział na żywo, bo był na korytarzu). Sprawdzamy, jak skutecznie kursanci opowiedzieli sobie fragment filmu.

3. zadanie językowe

Po tym dużym zadaniu można bez specjalnego napięcia pozwolić obu grupom obejrzeć oba fragmenty, żeby język, którym je opisywali potwierdził się (lub nie) na ekranie.

W tym momencie aż prosi się o jakieś zadanie językowe na słownictwo czy gramatykę. Z jednego czy drugiego fragmentu można wydobyć kilka wartych zapamiętania zdań czy wyrażeń i pozwolić uczniom rozwiązać zadania (np. wypełnianie luk, dopasowywanie wyrazów, itp.). Niestety wymaga to dodatkowej pracy (w przeciwieństwie do poprzedniej części).

4. wolna dyskusja

Na zakończenie lubię jeszcze raz pozwolić studentom lub kursantom porozmawiać na tematy filmowe, najlepiej jeśli uda się sklecić pytania związane z filmem, którego fragmenty oglądaliśmy. Off the top of my head:

a) Are films only for fun? Is cinema just entertainment?

b) Do you watch independent cinema? What are some ambitious films you’ve seen recently?

c) Why do you think comedies like Dumb and Dumber or American Pie are so popular?

5. zadanie domowe

Po zajęciach opartych o materiały z filmu lub serialu następuje dobry moment, żeby kursanci coś napisali. Nie porywałbym się na pełną recenzję, ale jakaś refleksja w luźnej formie to dobry pomysł na zadanie domowe. Zdarzało mi się po lekcjach wideo zadawać napisanie krótkiego tekstu zaczynającego się od (One film that made a lasting impression on me is …).

Przeczytaj też jak poprowadzić ciekawe konwersacje z angielskiego oraz co zrobić na zajęciach w sali komputerowej z dostępem do internetu.

Jak są pierogi po angielsku, czyli co zrobić z kłopotliwymi polskimi słówkami?

A jak są po angielsku pierogi? Jak przetłumaczyć na angielski województwo? Jak powiedzieć gimnazjum po angielsku? Nie ma nauczyciela, który nie dostawałby tego typu pytań co najmniej kilka razy w tygodniu.

Uczniowie mają prawo pytać. Mają prawo nie wiedzieć. Problem polega na tym, że te trzy słówka, podobnie jak wiele innych tego rodzaju, to trochę odrębna kategoria. Odnoszą się do polskiej tradycji kulinarnej, polskiego podziału administracyjnego, polskiego systemu edukacji, nie mają swoich bezpośrednich odpowiedników w ogólnym angielskim.

Bo nie mogą mieć. Co możemy zrobić, żeby dogadać się z obcokrajowcem i zachować takie swojskie elementy? Jak przetłumaczyć na angielski pierogi, województwo, gimnazjum i wiele innych słówek zakorzenionych w polskiej kulturze. Mam na to trzy sposoby:

Jak są po angielsku pierogi?

Jak są po angielsku pierogi? credit: roboppy

1. Nie tłumaczyć, wytłumaczyć

Nie mamy się co spodziewać, że znajdziemy tłumaczenie słówka pierogi na angielski w słownikach. To danie kuchni wschodnioeuropejskich. W Rosji wystarczy powiedzieć pielmieni, na Ukrainie wareniki i każdy nas natychmiast zrozumie. Ani Anglicy, ani Amerykanie, ani żadna inna nacja mówiąca po angielsku nie ma odpowiednika tej potrawy w swojej kulturze.

Co więcej, do niedawna prawdopodobnie nie wiedzieli o jej istnieniu. Zmieniła to może choć trochę emigracja Polaków na Wyspy Brytyjskie i inne okazje do wymian kulturowych (mieszane małżeństwa, Erasmus, Euro, itp.).

Dlatego moim zdaniem, jeśli coś spotyka się wyłącznie w Polsce lub naszym regionie, nie ma co na siłę silić się na tłumaczenia jeden do jednego. Takich tłumaczeń nie ma, a nawet jeśli gdzieś je znajdziemy, nikt i tak nie zrozumie, co się pod nimi kryje.

Co jeśli nie tłumaczenie? Proponuję wytłumaczenie – opisanie w bardziej złożonej formie, co mamy na myśli. You know, pierogi, these little savoury pies stuffed with a filling of cheese and vegetables or meat. We’re crazy about them in Poland.

2. Wikipedia

Niewiele osób wie, że Wikipedia to doskonałe narzędzie do tłumaczenia z polskiego na angielski i wiele innych języków. I odwrotnie. Jeśli żaden słownik w zasięgu ręki nam nie pomaga, warto sprawdzić, co ma do powiedzenia internetowa encyklopedia. Weźmy na przykład słówko województwo – jak to przetłumaczyć na angielski? Wiadomo – dotyczy ono polskiego podziału administracyjnego, więc nie ma szans, żeby znalazło się w tradycyjnych słownikach typu Longman czy Wordpower.

Odszukajmy hasło w polskiej Wikipedii, a następnie po lewej stronie znajdziemy listę języków, na które zostało ono przetłumaczone. Angielski jest wśród nich.

Okazuje się, że jest bezpośredni angielski odpowiednik – voivodeship. Ale nie łudźmy się – żadna osoba bez doktoratu ze współczesnej Polski nie zrozumie tego słówka bez wytłumaczenia. I znowu wracamy do pierwszego sposobu, czyli dłuższego opisu. You know, voivodeship is a Polish name for a province, the high level unit of administrative division.

Jak jest województwo po angielsku?

3. porównanie do angielskiej / amerykańskiej rzeczywistości

A jak jest po angielsku gimnazjum? Na pewno nie gymnasium. Dlatego, że gymnasium to dłuższa, formalna wersja słówka gym. Czyli sala gimnastyczna. Mamy tu do czynienia z typowymi false friends, czyli słówkami, które brzmią podobnie po polsku i angielsku, ale znaczą coś zupełnie innego (jak np. eventually czy actually).

W tym przypadku nieźle zadziała pierwsza metoda, czyli opisowe wytłumaczenie, co oznacza polskie gimnazjum. You know, it’s a type of secondary school in Poland where you go at the age of 13 after six years in primary school.

Doskonale sprawdza się Wikipedia, chociaż trzeba zajrzeć trochę głębiej w hasło. Gimnazja są również popularne np. w Austrii, ale jest to zupełnie inny typ szkoły niż polskie gimnazjum. Wikipedia używa terminologii znanej z angielskiej oraz amerykańskiej rzeczywistości – polskie gimnazjum to middle school lub junior high school.

Szkolnictwo różni się na całym świecie niemiłosiernie, więc nie ma co liczyć na to, że uda nam się jednym słowem oddać wszystkie założenia tego etapu edukacji w Polsce – w innych krajach, a nawet regionach, program czy tok nauki mogą wyglądać całkiem inaczej. Ale takie porównanie do brytyjskiej czy amerykańskiej rzeczywistości to najlepsze, co możemy w tej sytuacji zrobić.

Takich słówek jest mnóstwo. No bo jak jest po angielsku kisiel? Albo gołąbki? Nie mówiąc o paprykarzu szczecińskim. Albo indeksie (studenckim).

Jak się wymawia Google, Apple, Amazon – czyli jak radzić sobie z angielskimi nazwami własnymi?

Ile to razy już słyszałem, jak ktoś przekręca nazwę najpopularniejszej wyszukiwarki w internecie. Ile razy słyszałem, jak ktoś chwalił się nowym tabletem, ale nie potrafił dobrze wypowiedzieć nazwy jego producenta (a przecież apple to wcale nie takie trudne słówko).

Najlepsze jest jednak to, że błędy słyszałem nie tylko z ust zwykłych ludzi, nie tylko z ust informatyków, którzy pracują w branży, dla której firmy typu Google, Apple czy Amazon są jak BMW dla branży samochodowej (nawiasem mówiąc, jak się wymawia BMW po angielsku?). Błędy słyszałem niestety również z ust polskich lektorów z doktoratem na anglistyce uczących na politechnice na kierunkach informatycznych.

Z jednej strony to rozumiem – nazw własnych nie znajdziemy zbyt wiele w kursach dla obcokrajowców. A jeśli nawet się zdarzają, nie przywiązujemy do nich wielkiej uwagi. Niesłusznie.

Rola nazw własnych w języku

Kiedy po pierwszym roku anglistyki w Poznaniu pojechałem na staż dziennikarski w Stanach Zjednoczonych, mój największy problem polegał właśnie na tym, że język nagle zaczął zawierać mnóstwo nazw własnych, których nie znałem. Większość odnosiła się oczywiście do miejsca, w którym byłem – osoby, ulice, restauracje, itp. Nagle z poziomu ogólnikowych dyskusji po angielsku, zszedłem na poziom dużo bardziej przyziemny – na poziom opisywania najbliższej rzeczywistości.

Firmy czy produkty to jak najbardziej część naszej codziennej rzeczywistości – powinniśmy wiedzieć, jak się wymawia Google, Apple, Amazon, Levi’s, Cartier czy BMW. Podobnie jest z nazwiskami polityków i innych osób publicznych (np. Roosevelt, Beyonce), a nawet miast i miejsc (np. stolica Szkocji – Edinburgh, Niagara Falls).

Nasz główny problem to brak obycia z autentycznym językiem. Nauka angielskiego jest niestety nastawiona na podręczniki i kursy językowe, co w dużej mierze odrywa ją od rzeczywistości. Lubimy się uczyć w sztucznym środowisku. Na dodatek w naszym naturalnym otoczeniu nie ma zbyt wiele angielskiego – polski trzyma się wszędzie dość mocno.

Zresztą to ciekawe, jakie fonetyczne mutacje potrafimy wymyślić. Mistrzem przekręcania angielskich nazw własnych jest chyba Kuba Wojewódzki – tylko Google słyszałem z jego ust w trzech różnych wersjach.

Jak wymawia się Google, Apple i Amazon?

Jeśli nie wiemy, warto sprawdzić. Gdzie? Mogę z czystym sumieniem polecić serwis Inogolo, który wyspecjalizował się w dostarczaniu tego typu informacji. Oprócz wyszukiwarki wymowy różnych nazw własnych po angielsku, znajdziemy tutaj też kompletne przewodniki, np. nazwisk popularnych artystów, ras psów, greckiego czy meksykańskiego jedzenia, kawy i wszystkiego wokół kawy czy terminów biblijnych. To bardzo ciekawe zasoby.

Tutaj możesz posłuchać wymowy słowa Google.

Jak wymawia się Google po angielsku - sprawdż w Inogolo

Jak wymawia się Google po angielsku – sprawdż w Inogolo

Wymowa angielska niektórych nazw zasadniczo różni się od polskiej i może zaskoczyć każdego, kto wcześniej jej nie słyszał. Tutaj popularne dżinsy Levi’s, tutaj stolica Chin Pekin po angielsku.

Strona jest atrakcyjna sama w sobie i warto na niej spędzić trochę czas weryfikując nasze przekonania o tym, jak coś powiedzieć z rzeczywistością.

Drugi serwis, gdzie znajdziemy nagrania wymowy angielskich nazw własnych to HowJSay – to prosta wyszukiwarka słówek. W Inogolo nie ma na przykład wymowy słowa Amazon, a na tej stronie owszem jest. Tutaj dla wszystkich niepewnych, jak powiedzieć Amazon.

 Gdzie znajdę wymowę angielskich nazw własnych - na howjsay.com

Gdzie znajdę wymowę angielskich nazw własnych – na howjsay.com

Nawiasem mówiąc, dla tych, którzy nie wiedzą, jest to gigantyczny supermarket, który od lat zapowiada, że wejdzie też do Polski, ale jakoś nie może tego zrobić. A szkoda – ceny ma tak atrakcyjne, że wolę kupować książki po angielsku w brytyjskim Amazonie (darmowa dostawa do Polski od 25 funtów, ok. 130zł) niż w Empiku czy gdziekolwiek indziej.

Tutaj dla wszystkich miłośników iPadów, iPhone’ów i innych gadżetów wymowa słówka jabłko.

Jak użyć Google do nauki angielskiego – trzy proste triki dla każdego

Google to niebywale potężna maszyna, z której wszystkich możliwości nie zdajemy sobie niestety sprawy. Większość z nas po prostu wpisuje hasło i oczekuje najlepszej możliwej odpowiedzi. Cóż – do tego właśnie służy ta wyszukiwarka, ale jest w nią wbudowane kilkaset funkcji i filtrów, które pozwolą nam użyć jej do bardziej zaawansowanych celów. To prawdziwy kombajn, z którym osobiście najbardziej uwielbiam eksperymentować na polu edukacja.

W czym może nam pomóc podczas nauki angielskiego? Sprawdź, jakich trzech trików używam, żeby szybciej i skuteczniej znajdować odpowiedzi na swoje pytania.

1. Poproszę o definicję

W wyszukiwarkę Google wbudowany jest jednojęzyczny słownik języka angielskiego. Google sczytuje z innych internetowych słowników definicje i przedstawia nam to w syntetycznej wersji, włącznie z wymową. Jak z niego skorzystać?

Powiedzmy, że poszukujemy wytłumaczenia dość trudnego słowa procrastination. Chcemy również wiedzieć, co znaczy procrastination po polsku. Google pozwala nam wykonać obie operacje bez opuszczania wyszukiwarki. Jak to zrobić?

Po pierwsze użyjmy operatora define. Mówi on wyszukiwarce, że poszukujemy definicji jakiegoś hasła. Czyli wpisujemy następujący ciąg: define procrastination i otrzymujemy odpowiedź – jednozdaniową definicję, a poniżej mnóstwo stron słowników internetowych, jeśli chcemy wiedzieć więcej.

Jak użyć Google jako słownika internetowego?

Jak użyć Google jako słownika internetowego?

Zresztą nie musimy przechodzić do słowników po więcej informacji. Pod definicją Google jest odnośnik more info – wejdźmy w niego i wyszukiwarka pokaże nam nie tylko większą porcję definicji, ale też wymowę z plikiem audio do odtworzenia, synonimy oraz funkcję tłumaczenia na wybrany język.

Jak używać Google do nauki angielskiego?

Jak używać Google do nauki angielskiego?

2. Czy takie połączenie naprawdę istnieje

Jednym z olbrzymich problemów osób uczących się angielskiego, również studentów anglistyki czy nawet niektórych nauczycieli angielskiego, jest nienaturalność języka, który używają. Niby każde słowo istnieje, niby nie ma błędów gramatycznych, ale to wszystko brzmi nieprawdziwie lub czyta się to źle.

Żaden native speaker by tak nie powiedział. Żaden native speaker by tak nie napisał.

Problem wynika z braku obycia z żywym językiem. Jeśli wystarczająco dużo nie mówimy, nie czytamy i nie słuchamy z oryginalnych źródeł zaczynamy tworzyć własny język angielski, który będzie raczej jakąś kalką z polskiego niż prawdziwym językiem Amerykanów, Anglików czy obywateli świata.

Wielu moich uczniów z czasów, kiedy uczyłem chwilę na anglistyce, nie chciało przyjąć do wiadomości, że np. w ich tekście widzę tego typu problem. Słowa czy gramatyka się przecież zgadzamy. Żeby im udowodnić, że mam rację używałem Google. Jak?

Jeśli poszukiwane hasło wpiszemy w cudzysłowie np. „hide their short temper” (wzięte z pracy jednej ze studentek), wyszukiwarka poda nam najpierw wyniki, które zawierają dokładnie tę frazę, w dokładnie tej kolejności.

Czy używamy prawdziwego angielskiego?

Czy używamy prawdziwego angielskiego?

I co z tego? I to z tego, że czasami w żadnym dokumencie w internecie nie znajdziemy tego połączenia. I co z tego? I to z tego, że internet to gigantyczna baza autentycznego języka i jeśli jakiegoś połączenia tam nie ma – jest bardzo prawdopodobne, że nie istnieje. Że właśnie „stworzyliśmy” swój fragment języka angielskiego. Używamy nieprawdziwego języka.

Lubię w ten sposób sprawdzać podejrzane fragmenty lub upewniać się, że coś naprawdę istnieje. Czasem nie będzie żadnego rezultatu, czasem coś napisanego w tej sposób po angielsku na Ukrainie, Tadżykistanie, Brazylii, Chinach czy w Polsce. To kolejny dowód, że używamy nieprawidłowego angielskiego.

3. Podpowiedzi

W wyszukiwarkę wbudowany jest moduł autocomplete. Oznacza to, że Google będzie próbować się domyślić, czego poszukujemy już na etapie wpisywania hasła. Wystarczy pierwsza literka, a maszyna już zacznie sugerować hasła. Jak da się tego użyć w nauce języka angielskiego? Na wiele sposobów – dzisiaj chciałbym zachęcić do użycia tej funkcji znajdowania ciekawych kolokacji.

Powiedzmy, że potrzebne nam wyrażenie w stylu „silny jak lew”, ale nie wiemy, czy po angielsku też tak mówią. Wystarczy że wpiszemy początek: strong as, a Google zacznie sugerować zakończenie. Pierwsze trzy z nich to coś, czego moglibyśmy z powodzeniem użyć.

Google – silny jak lew

Takich trików i hacków, dzięki którym internet stanie się naszym sprzymierzeńcem w nauce angielskiego czy innych umiejętności jest nieskończona ilość. Wiele jest nieodkrytych. Zachęcam do otworzenia się na tego typu metody i wyjście poza schemat podręcznik – nauczyciel – kurs angielskiego.

Tutaj świetny kurs zaawansowanej obsługi Google – na dodatek po angielsku.

Tutaj przeczytasz też o technice Pomodoro oraz technice Feynmana, które mogą pomóc ci uczyć się lepiej.

1 2 3