Czy warto wyjechać na wakacyjny kurs angielskiego zagranicę?

Zbliżają się wakacje, kiedy – jak wiadomo – tradycyjne metody nauki nie sprawdzają się najlepiej. Można się oszukiwać, że z własnej, nieprzymuszonej woli odświeży się całą gramatykę albo nadrobi zaległości z podręcznika, na którym pracowało się przez cały rok. To świetny pomysł, ale szybko okazuje się, że piękna pogoda, duża ilość niezorganizowanego czasu oraz tysiące przyjemniejszych rzeczy do roboty odciągają nas od planów.

Z drugiej strony, jeśli ktoś poważnie myśli o języku angielskim lub po prostu go lubi, szkoda byłoby zostawiać go odłogiem przez dwa, trzy czy cztery miesiące lata. Oprócz wielu mniej standardowych metod i pomysłów, które polecam samoukom, warto w tym kontekście przyjrzeć się też wyjazdowym kursom angielskiego.

Moje doświadczenia z kursami językowymi zagranicą

Od razu przyznaję się, że nigdy nie byłem na zorganizowanym kursie języka angielskiego zagranicą, ale w 2004r. miałem okazję spędzić miesiąc na kursie języka niemieckiego w miejscowości Freiburg im Breisgau dzięki stypendium organizacji promującej polsko-niemiecką współpracę. Mam fenomenalne wspomnienia z tego kursu.

Zajęcia odbywały się codziennie w godzinach porannych, a po obiedzie można było udać się na dodatkowe warsztaty lub wykłady. Freiburg jest dość prężnym ośrodkiem akademickim i wszystkie zajęcia odbywały się na kampusie uniwersyteckim, a kursanci mieli otwarty dostęp do wszystkich czytelni i bibliotek. Jednym słowem, jeśli chodzi o jakość nauczania oraz dostęp do materiałów, niczego nam nie brakowało.

W pierwszy dzień każdy uczestnik programu napisał test, który posłużył za podstawę podziału na grupy. Ku swojemu zdziwieniu trafiłem do najlepszej z nich. Znalazły się w niej głównie osoby z Rosji, Polski, Czech, Węgier oraz krajów byłej Jugosławii. Do tego kilka rodzynków z krajów zachodnich – magister germanistyki z Japonii, doktorant matematyki z Włoch, student filozofii z Francji, bardzo ambitna dziewczyna z Irlandii Północnej, sekretarka z Hiszpanii, młodziutka Szwedka kochająca języki oraz trzydziestoletni Duńczyk. Razem jakieś 18-20 osób.

Więcej niż lekcje

Aspekt towarzyski całego wyjazdu był co najmniej tak samo ważny, jeśli nie ważniejszy, niż same zajęcia w klasach. Nie jestem prywatnie aktywnym użytkownikiem Facebooka i – szczerze mówiąc – mam może z czterdzieści osób wśród znajomych, z czego ponad jedna czwarta to właśnie osoby, które poznałem w 2004r. we Freiburgu. Przez pewien czas w grupie około dziesięciu osób pisaliśmy do siebie nawet e-maile ze zdjęciami i podsumowaniem tego, co się u każdego z nas wydarzyło.

Praktycznie każdego dnia coś się działo. Pamiętam jak dziś wizytę w redakcji lokalnej gazety Badische Zeitung, podczas której mieliśmy okazję zwiedzić ich siedzibę i drukarnię oraz zadać kilka pytań wydawcom i dziennikarzom. Każdy uczestnik spotkania dostał też pierwsze, powojenne wydanie tego dziennika. Na jego podstawie zrobiłem potem w klasie prezentację (każdy jedną musiał) o tym, jak zmieniła się lokalna prasa od lat 40.

Z ciekawszych wydarzeń pamiętam też wycieczkę do Alzacji we Francji, a szczególnie zwiedzanie miejscowości Colmar. Po raz pierwszy zwiedzałem miasto na zasadzie gry miejskiej. Polegało to na tym, że od przewodników otrzymaliśmy mapę miasta wraz z listą zadań do wykonania. Wszystkie odpowiedzi wymagały przeczytania czegoś, orientowania się w przestrzeni czy zagadania kogoś po niemiecku. To w tej grze dowiedziałem się, na jaki zakon mówiło się psy Boga (Hunde des Herrn). Dzisiaj wystarczy wpisać to hasło na komórce w Google i po krzyku, ale wtedy wokół takich zadań trzeba było się nieźle natrudzić.

Do tego dochodzą pikniki, wyjścia do klubów nocnych, wycieczki (np. do muzeów w Bazylei w Szwajcarii), spotkania w mniejszym i większym gronie, projekcje filmów, konkursy i wiele, wiele innych atrakcji.

Efekty – nie tylko językowe

Dopiero gdy w październiku wróciłem w Poznaniu na uczelnię na kurs niemieckiego, w pełni zauważyłem, jakie piorunujące postępy poczyniłem w tym języku, szczególnie jeśli chodzi o swobodę komunikacji i pewność siebie. Mój niemiecki przestał być też aż tak książkowy i mechaniczny, nie mówiąc o tym, że po prostu czytanie czy mówienie w tym języku zaczęło mi sprawiać przyjemność.

Miałem też kilka innych epizodów zagranicznych (np. pół roku Erasmusa w Helsinkach, Work and Travel w Kalifornii, stypendium dziennikarskie w Missouri) i moje wrażenia, jeśli chodzi o wpływ takich wydarzeń na swobodę władania językiem obcym, zawsze były podobne. To wielki zastrzyk pozytywnej energii – okazja do poznania ludzi, sprawdzenia się w naturalnym środowisku językowym, zrobienia niebanalnych postępów i odbudowania motywacji, o którą na klasycznych kursach czasami trudno.

Zresztą podobne doświadczenia mają też moi znajomi, którzy mieli styczność z dobrze zorganizowanymi kursami języków obcych zagranicą. Dla jednej z moich koleżanek taki letni wyjazd do Berlina w trakcie liceum stał się ważnym punktem przełomowym – studiowała potem germanistykę i pracowała przy obsłudze niemieckich firm. Jedna z (bardzo niepozornych) kursantek, którą uczyłem w prywatnej szkole angielskiego w Poznaniu, po wakacjach spędzonych na kursie angielskiego w Londynie dopięła swego i dostała się na londyńską uczelnię, która kształci realizatorów dźwięku. Wiem, bo sam pisałem jej referencje.

Oczywiście można też pojechać samemu do Anglii czy Szkocji, np. do sezonowej pracy, i liczyć, że uda się w międzyczasie podszkolić język. Prawdopodobnie w jakimś zakresie się uda. Ale nie ma się co oszukiwać, że stworzymy sobie sami podobne warunki jak dobra szkoła językowa specjalizująca się w wyjazdowych kursach wakacyjnych (np. Kaplan International wyspecjalizowany w wyjazdowych kursach angielskiego).

Jak wybrać dobry kurs?

Same zajęcia powinny stać na naprawdę dobrym poziomie, mimo tego że organizowane są w lecie. Warto przed wyjazdem sprawdzić opinie o organizatorze kursu, dowiedzieć się więcej o kadrze oraz całym zapleczu dydaktycznym. Na kursie we Freiburgu w 2004r. musieliśmy naprawdę ciężko pracować, włącznie z zadaniami domowymi, pracami pisemnymi czy prezentacjami przed resztą grupy.

Dla mnie zawsze ważny był też kontakt z ludźmi z całego świata, więc gdybym teraz wyjeżdżał na podobny wakacyjny program, chciałbym wiedzieć, czy mogę się spodziewać międzynarodowego towarzystwa na i po zajęciach. Jaki jest sens jechać na kurs do Anglii, Irlandii, Stanów czy Szkocji, gdzie większość grupy to Polacy, a zajęcia prowadzi polski anglista?

Jeśli chodzi o wszystkie bonusy w stylu dodatkowe wycieczki, konkursy, warsztaty, dostęp do materiałów i interesujących metod nauki, też warto sprawdzić to przed podpisaniem umowy. Trudno sobie wyobrazić, żeby w letnich miesiącach 100% czasu spędzać na standardowej nauce w klasach, bibliotece czy własnym pokoju. Im bogatszy program takiego wyjazdu, tym więcej będziemy się mogli nauczyć w niekonwencjonalny sposób.

W przeszłości, przeglądając oferty kursów hiszpańskiego zagranicą, spotkałem się z ciekawą opcją zakwaterowania u lokalnej rodziny. Moim zdaniem to fenomenalny pomysł i jeśli mamy taką możliwość, warto z niej skorzystać. Nie tylko dla korzyści językowych, ale przede wszystkim kulturowych i towarzyskich.

Cóż – jeśli w przyszłości moje dziecko zgłosi się do mnie z pomysłem wyjazdu na zagraniczny kurs języka angielskiego, a mnie będzie na to stać, może liczyć na moją przychylność. Do niedawna sam rozważałem wakacje w Hiszpanii połączone z kursem języka hiszpańskiego dla początkujących lub podobne przedsięwzięcie w Moskwie, Sankt Petersburgu czy innym rosyjskim mieście. Mam nadzieję, że kiedyś zrealizuję swoje plany.

Artykuł zainspirowany przez szkołę Kaplan International, która specjalizuje się w organizacji zagranicznych kursów języka angielskiego. Jej oferty obejmują kurs plus zakwaterowanie. Kursy można odbyć między innymi w Anglii, USA, Szkocji, Australii, Kandzie, Nowej Zelandii oraz Irlandii.

Jak wykorzystać swoje hobby do nauki angielskiego?

Jedna z najfajniejszych lekcji, którą prowadziłem, przytrafiła mi się w grupie średniozaawansowanej zdominowanej przez mężczyzn. Dotyczyła sportu i wcale nie była łatwa jak na ten poziom. Ale okazało się, że kilku kursantów to fani piłki nożnej (w tym gier komputerowych typu FIFA), którzy nie dosyć, żeby byli zainteresowani każdym przygotowanym zadaniem, to na dodatek chętnie dzielili się swoją dodatkową wiedzą.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ uważam, że hobby czy pasja (np. sport, moda, gry, filmy Woody’ego Allena, itp.) może się stać fantastycznym sposobem na zrobienie niebanalnych postępów w języku angielskim (czy innym języku obcym).

Pomyślmy o tym – jeśli coś nas kręci, nie potrzebujemy specjalnej motywacji, żeby się tym zajmować. To i tak najprzyjemniejszy sposób spędzania czasu. Zwykłe ćwiczenia gramatyczne czy uczenie się ogólnego słownictwa to zawsze trochę droga pod górkę, ale jeśli język angielski jest medium, dzięki któremu rozwijamy swoje hobby czy pasję, nauka przestaje być obciążeniem. To się po prostu dzieje.

I najlepsze jest to, że jest też znacznie bardziej naturalna. Dlaczego? Ponieważ jest częścią naszego życia codziennego. To normalne, że jeśli coś nas interesuje, chcemy więcej o tym czytać, wypowiadać się na ten temat, rozmawiać z innymi, oglądać i słuchać czy uczestniczyć w działaniach innych fanów. To idealne środowisko do praktycznego, autentycznego użycia języka – polskiego, angielskiego i każdego innego.

Jestem zdania, że każdy, kto posiada już podstawy języka obcego, czyli powiedzmy mocny poziom elementary w angielskim, jest w stanie i powinien uzupełnić w ten sposób swoją dalszą naukę.

Oczywiście, im niższe ogólne kompetencje językowe, tym trudniej będzie przetwarzać bardziej skomplikowane informacje czy składnie się wypowiadać, ale i tak osoby zainteresowane jakimś tematem (np. piłką nożną), będą lepiej poruszać się w angielskim dotyczącym tej dziedziny. Dlaczego? Ponieważ w sukurs przyjdzie im duża wiedza o piłce nożnej, modzie czy chodzeniu po górach. Łatwiej będzie im połączyć polskie i angielskie realia.

Zresztą działa to też w drugą stronę – osobiście jestem sporym ignorantem, jeśli chodzi o kwestie botaniczne i zawsze uczenie się rodzajów drzew czy mniej powszechnych roślin przychodziło mi po angielsku z wielkim trudem. Za to wystarczy, że raz przeczytam artykuł o tematyce ekonomicznej, technologicznej, psychologicznej, kulturalnej czy sportowej i natychmiast zapamiętuję większość nowych informacji, ciekawe zwroty, itp.

Dlatego uważam, że należy szukać ekspozycji na język angielski związany z tematami, które nas interesują. Jak mogłoby to wyglądać w praktyce? Przyjrzyjmy się temu na przykładzie piłki nożnej.

Angielski w piłce nożnej

Na początek warto uporządkować podstawowe terminy związane z naszymi zainteresowaniami. Jak powiedzieć rzut karny, dogrywka, doliczony czas gry, spalony, bramkarz, ławka rezerwowych, kapitan i wiele innych podstawowych pojęć? Moim zdaniem jest tu pole do popisu – do pracy ze słownikami, z mapą mózgu lub innymi formami robienia notatek i porządkowania informacji. To jak najbardziej część nauki języka obecgo.

Kaplan - angielski w piłce nożnej

źródło: http://www.kaplaninternational.com/pl/blog/jak-mowic-o-pilce-noznej-po-angielsku/

Zresztą nie zatrzymywałbym się na pojedynczych wyrażeniach, tylko rozbudowałbym je o kolokacje czy popularne wyrażenia, żeby jeszcze bardziej zbliżyć się do naturalnego języka. Kilka pierwszych z brzegu przykładów:

a. to lose possession / stracić posiadanie piłki / Everton lost possession early in the second half and United totally controlled the game.

b. good in the air / dobrze grać głową / A defender needs to be good in the air.

c. to be shown the red card / otrzymać czerwoną kartę / After another careless foul he was shown the red card.

Najlepiej stworzyć takie materiały samemu – jestem wielkim zwolennikiem robienia obfitych notatek, ale można korzystać też z ogólnie dostępnych materiałów (jak ten).

Źródłem autentycznego angielskiego związanego z piłką nożną mogą być strony internetowe FIFA czy UEFA, portale o footballu typu Goal.com, sekcje sportowe angielskich gazet czy oficjalne i nieoficjalne strony klubów. Podobnie jak w polskich mediach, znajdziemy tam relacje z meczów, a nawet komentarze na żywo.

Jeśli czujemy się na tyle komfotowo z angielskim, żeby oglądać mecze z angielskim komentarzem, ciekawy pomysł to przejrzenie na YouTube starych, klasycznych pojedynków. W Polsce mamy świetnych, kultowych komentatorów sportowych typu Dariusz Szpakowski, Włodzimierz Szaranowicz, Mateusz Borek czy Tomasz Zimoch. Z czystej ciekawości warto sprawdzić, jak to brzmi po angielsku.

Osobiście pamiętam jak dziś finał Ligi Mistrzów z 2005 pomiędzy Milanem i Liverpoolem. Liverpool przegrywał 3-0, żeby w regulaminowym czasie gry wyrównać i wygrać w karnych. W bramce angielskiego zespołu stał Jerzy Dudek.

Komentarz przy wyrównującej bramce: „And mission impossible is accomplished. Liverpool were three nil down five minutes ago and now – look at that scoreline!”.

Polecam rzuty karne z angielskim komentarzem, które decydowały o wyniku finału. Zaczynają się od: „Here we go. Fingers crossed for Liverpool…”

W internecie jest też naprawdę dużo materiałów szkoleniowych dotyczących różnych elementów piłki nożnej. To także źródło „branżowego” języka znanego każdej osobie, która ogląda lub uprawia ten sport.

Muszę przyznać, że czytanie relacji w mediach, słuchanie angielskiego komentarza czy nawet włącznie angielskiego komentarza w grze komputerowej to jedno, ale z własnego doświadczenia wiem, że trochę inaczej sprawa wygląda na boisku.

Zanim dość nieprzyjemnie skręciłem lewą kostkę, przez dłuższy czas grałem w nogę z grupą native speakerów. Na początku czułem się bardzo nieswojo mimo tego, że byłem magistrem anglistyki i doświadczonym nauczycielem. To był jeszcze inny angielski. Angielski krótkich i szybkich komend, wyrażania silnych emocji powszechnych na boisku i natychmiastowego reagowania na sytuację: „Bring it in”, „line”, „take the far post”„on your marks”, „mark him”, „keep pushing”, „unlucky!, „man on”, „Rob’s with you”.

W każdym razie, czy to piłka nożna, czy moda, czy jakiekolwiek inne hobby, nasze zainteresowania mogą dostarczyć naprawdę interesującego kontekstu do nauki języka angielskiego. Jest to dobry sposób na uzupełnienie ogólnego angielskiego, wyspecjalizowanie się w ciekawej dziedzinie i rozbudowanie swojej motywacji do rozwoju językowego.

Artykuł zainspirowany przez szkołę językową Kaplan International.

Rymowanki, wyliczanki, wierszyki i piosenki po angielsku dla małych dzieci

Odkąd przestałem pracować jako lektor języka angielskiego, został mi tylko jeden uczeń – mój siedmiomiesięczny synek. Dzieci w tym wieku uczą się w nieprawdopodobnym tempie i są bezgranicznie zainteresowane wszelkimi nowościami. W trzecim-czwartym miesiącu życia zaczynają już regularnie gugać, a w okolicach sześciu miesięcy mogą już łączyć sylaby i gaworzyć z większym zaangażowaniem.

Z literatury przedmiotu wiem, że pierwsze kilkanaście miesięcy życia to okres, kiedy ludzi mózg jest najbardziej plastyczny i chłonny, jeśli chodzi o dźwięki mowy. W tym okresie komunikacja z dzieckiem w jakimkolwiek języku doprowadzi do naturalnego opanowania jego fonetyki przez malucha.

Co ważnie – nie da się tego osiągnąć wyłącznie przez puszczanie nagrań, muzyki czy bajek. Dzieci uczą się najszybciej i najtrwalej przez kontakt werbalny z innymi osobami, przede wszystkim rodzicami.

Moje doświadczenia z angielskim dla dzieci

Osobiście nigdy nie uczyłem się angielskiego przez piosenki, wierszyki czy rymowanki. Zaczynałem naukę bardzo późno, bo w szkole średniej, kiedy tego typu metody nie są już stosowane. Podczas pracy jako nauczyciel angielskiego nigdy nie uczyłem też dzieciaków w sposób zorganizowany przez dłużej niż jedną, dwie lekcje.

Piosenki, wierszyki, rymowanki i wyliczanki dla dzieci po angielsku. Jakie znasz?

 

Piosenki, wierszyki, rymowanki i wyliczanki dla dzieci po angielsku. Jakie znasz? credit: Nellie Windmill

Mimo tego że ukończyłem pięcioletnią anglistykę, dopóki nie urodził mi się syn, nie wiedziałem, kto to jest Humpty Dumpty, Old Mother Hubbard czy Simple Simon. A są to postaci mniej więcej tego samego kalibru w anglosaskiej kulturze co Kaczka Dziwaczka, Paweł i Gaweł czy Pan Hilary w polskiej.

To również bohaterowie wierszyków, rymowanek, wyliczanek i piosenek, na których w krajach anglosaskich dzieci uczą się rytmu języka i podstawowych słówek. Przykład? Proszę bardzo:

One, two, three, four, five

Once I caught a fish alive

Six, seven, eight, nine, ten

Then I let it go again

Why did you let it go?

Because it bit my finger so

Which finger did it bite?

This finger on the right

Takie rymowanki to część tożsamości native speakerów języka angielskiego. Pamiętam, jak po licencjacie pracowałem przez lato na obozach językowych dla dzieci i młodzieży razem z młodym Amerykaninem. Sypał wierszykami z dzieciństwa jak z rękawa.

Yankee Doodle came to town,

Riding on a pony;

He stuck a feather in his cap

And called it macaroni

Nie posunąłbym się aż tak daleko, żeby promować piosenki, rymowanki, wyliczanki i wierszyki dla dzieci jako sposób na szlifowanie angielskiego wśród dorosłych, ale jestem pewien, że są one genialnym narzędziem dla najmłodszych dzieciaków.

Widzę dwie podstawowe zalety – najważniejsza to oswajanie się maluszków z angielską fonetyką w atrakcyjnej formie. Zresztą nie widzę powodu, żeby ograniczać się do języka angielskiego – jeśli ktoś jest w stanie czytać czy śpiewać swojemu dziecku po niemiecku, francusku, hiszpańsku lub rosyjsku, wyświadcza mu wielką przysługę.

Druga zaleta jest kulturowa – nasze dziecko będzie wiedzieć, kto to jest Paweł i Gaweł i Humpty Dumpty, co to są Wyspy Bergamuty i co zrobili Jack and Jill, itd. Jedna z piękniejszych cech osób bilingwalnych jest to, że rozumieją od podszewki więcej niż jedną kulturę i swobodnie się w nich poruszają. Bardzo trudno osiągnąć to, gdy oboje rodzice są tej samej narodowości, mówią tym samym językiem i rodzina nie mieszka w kraju anglojęzycznym, ale jakieś fundamenty warto wylewać.

Gdzie szukać angielskich piosenek, rymowanek, wyliczanek i wierszyków dla dzieci?

Nie będę oryginalny – w internecie znajdziemy wszystko. Jeśli chodzi o darmowe materiały, niezastąpiony będzie YouTube, jeśli chodzi o wersję papierową z ilustracjami, które dzieci uwielbiają – polecam kilka pozycji z brytyjskiego Amazon.

Osobiście nie puszczam swojemu synkowi angielskich piosenek z YouTube, bo uważam, że jest za mały na epatowanie go ekranami telewizora czy komputera, ale oglądam i przesłuchuję je w poszukiwaniu inspiracji. Nie zawsze wiem, jak coś zaśpiewać czy wyrecytować – aranżacje z sieci są wtedy pomocne.

Hitem w moim domu jest nieśmiertelny Old MacDonald Had a Farm, który podpatrzyłem kiedyś na kanale Super Simple Learning i stosuję razem z książeczką pod tytułem „Zwierzęta na Wsi”. Chłopak ma naprawdę masę radości i – jak jest w dobrym humorze – mógłby tego słuchać bez końca.

Inny angielski klasyk, który można ostatnio usłyszeć z ust moich lub żony to Twinkle, Twinkle, Little Star:

Twinkle, twinkle, little star,

How I wonder what you are,

Up above the world so high,

Like a dimond in the sky.

Twinkle, twinkle, little star,

How I wonder what you are.

Darmowe materiały z piosenkami i innymi materiałami edukacyjnymi dla dzieci po angielsku znajdziemy między innymi na stronach Super Simple Learning, My Vox Songs, Hoopla Kidz czy Mother Goose Club.

Jak kupić angielskie rymowanki, piosenki i wierszyki dla dzieci w Polsce?

Jeśli chodzi o materiały edukacyjne dla maluchów w formie książkowej, kupuję je w brytyjskim oddziale sklepu internetowego Amazon – przy zamówieniu powyżej 25 funtów przesyłka do Polski za darmo.

Z doświadczenia wiem, że maluchy uwielbiają nie tylko słuchać, ale też dotykać książek, podnosić i przenosić je, miętosić strony (jeśli są wystarczająco miękkie), uderzać o nie lub po prostu oglądać ilustracje.

Większość zbiorów dla dzieci, które kupiłem przez Amazon to książeczki wydawnictw specjalizującego się w literaturze i materiałach edukacyjnych dla maluchów, np. Usbourne czy Priddy Books. Są pięknie wydane i dostosowane do wczesnych etapów rozwoju dziecka.

W tym zbiorze angielskich rymowanek znajdziemy 22 wierszyki dla dzieci na pięknie ozdobionym, sztywnym papierze tekturowym. Do książki dodana jest płyta CD.

Ten zbiór zawiera ponad sto rymowanek, wyliczanek i krótkich historyjek w języku angielskim – jest bardzo ładnie ilustrowany, ale wydany na cieńszym papierze, który kilkumiesięczne dziecko może próbować pognieść lub podrzeć.

Ta niewielka książeczka zawiera „aktywne” rymowanki z instrukcjami dla rodzica, jak dodatkowo zaangażować dzieciaczka w powtarzanie ruchów czy dźwięków.

Tego typu udziwnienia to jednak propozycja dla troszeczkę starszych, bardziej skoordynowanych maluchów – trudno oczekiwać, żeby półroczne dziecko zareagowało na coś takiego inaczej niż chwilowym rozbawieniem lub zdziwieniem:

Na Amazon znajdziemy też fenomenalne angielskie kołysanki dla dzieci (z CD), książeczki z serii „moje pierwsze 100 słów”, pięknie ilustrowane zbiory baśni i bajek oraz materiały edukacyjne dla dzieci w innych językach niż angielski, np. niemieckie rymowanki.

Kilka miesięcy temu opisałem, jak krok po kroku złożyć na brytyjskim Amazon z bezpłatną dostawą do Polski.

A na zakończenie krótka, edukacyjna historyjka z odrobiną czarnego humoru, którą być może część rodziców zdecydowałaby się nie opowiadać małemu dziecku:

Solomon Grundy,

Born on a Monday,

Christened on Tuesday,

Married on Wednesday.

Took ill on Thursday,

Worse on Friday,

Died on Saturday,

Buried on Sunday,

This is the end

Of Solomon Grundy.

 

Jak nauczyć się podstaw angielskiego biznesowego?

Jakiś czas temu jeden z czytelników zapytał mnie na Facebooku, jakie poleciłbym mu materiały do nauki biznesowego angielskiego. W pierwszym momencie zacząłem wypisywać wszystkie darmowe kursy biznesowego angielskiego, które znam z sieci, oraz angielskie magazyny o zabarwieniu biznesowym, które warto czytać. Ale po chwili się zatrzymałem – przypomniałem sobie, że znam coś lepszego.

Co to takiego? Zanim podzielę się swoją wiedzą o tym, jak nauczyć się podstaw angielskiego biznesowego, chciałbym napisać kilka słów o moich doświadczeniach z uczeniem tego typu kursów.

Gdzie się uczyć angielskiego biznesowego?

Gdzie się uczyć angielskiego biznesowego? photo credit: theritters

Po pierwsze – mój sprzeciw zawsze budziło wydzielanie Business English jako osobnego segmentu języka angielskiego. Jest to po części sprawka instytucji odpowiedzialnych za komercyjne egzaminy, podręczniki i kursy – zauważyły one zapotrzebowanie na tego typu zajęcia i szybko stworzyły odrębny segment obok ogólnego angielskiego. Drugi winowajca to nasza fascynacja życiem korporacyjnym, z oficjalnymi prezentacjami, negocjacjami, raportami i całym żargonem z tym związanym. Kursy i egzaminy Business English są zbudowane w jakiejś mierze na corpospeak (to downsize, to sunset a project, deliverables, actionable, bottom line, etc.).

Po drugie – mam również spore wątpliwości, jeśli chodzi o wykorzystywanie artykułów z naukowych publikacji (np. International Journal of Inventory Management) lub prasy finansowej (np. The Economist, Business Week) do uczenia języka biznesu.

To podejście jest powszechne na polskich uczelniach wyższych – zarzucić studentów długim i zawiłym tekstem, bez względu na ich poziom znajomości angielskiego, a potem wymagać znajomości słówek, ustnego streszczenia czy zajęcia stanowiska wobec problemów z tekstu. To jest antyedukacja.

Przecież język naukowych publikacji to nie język praktycznego biznesu, tylko środowiska naukowego, które chce jakoś opisywać procesy w biznesie. To mała i w gruncie rzeczy średnio ważna nisza. A język prasy finansowej to język dziennikarstwa ekonomicznego, wciąż bardzo, ale to bardzo daleki od tego, co na co dzień robią pracownicy firm czy przedsiębiorcy. Niestety wiele podręczników do tzw. Business English korzysta właśnie z tekstów z The Economist czy The Financial Times jako głównego źródła.

Chociaż jeśli kogoś interesuje właśnie ten aspekt Business English – naukowy, dziennikarski – na pewno znajdzie wiele dobrego na standardowych kursach biznesowego angielskiego.

Dla mnie język biznesu to w mniejszym stopniu język teoretyków amerykańskich korporacji piszących w Harvard Business Review czy dziennikarzy ekonomicznych z Business Weeka. To przede wszystkim język przedsiębiorców – małych i dużych. To język, który jest narzędziem codziennego prowadzenia firmy, odnosi się do konkretnych problemów i pomaga je rozwiązywać.

Może się mylę, ale to właśnie język praktycznej przedsiębiorczości powinien być domyślnym rodzajem języka biznesu.

Tak czy inaczej – wszystkich, którzy podzielają moją opinię i chcieliby nauczyć się podstaw tak rozumianego angielskiego biznesowego, zainteresować może inicjatywa edukacyjna firmy HP, która przygotowała całkowicie darmowy kurs podstaw przedsiębiorczości. Moim zdaniem może z powodzeniem służyć jako praktyczny kurs podstaw biznesowego angielskiego.

HP Learning Initiative for Entrepreneurs to platforma edukacyjna, na której można nauczyć się podstaw finansów, marketingu czy komunikacji w małej firmie. Są nagrania wideo, audio, czytanie, pisanie, a nawet trochę matematyki – wszystko na konkretnych dylematach początkujących przedsiębiorców. I najważniejsze – to nie jest kurs biznesowego angielskiego. To jest prosty kurs podstaw przedsiębiorczości po angielsku. Moim zdaniem to nawet lepiej.

Plan zajęć z angielskiego biznesowego

Plan zajęć z angielskiego biznesowego

Do tego dochodzi możliwość dyskutowania i zawierania kontaktów z ludźmi z całego (rozwijającego się) świata. Jeśli ktoś zna lepszy sposób na biznesowy angielski, chętnie go poznam.

Co to jest mentalność kuchenki mikrofalowej i dlaczego najlepiej ją porzucić?

Urban Dictionary definiuje mentalność kuchenki mikrofalowej jako postawę mówiącą, że jeśli czegoś nie da się zrobić w pięć minut, nie warto tego w ogóle robić. To dobry punkt wyjścia, chociaż osobiście rozszerzyłbym tą definicję o nasze wszystkie decyzje, wybory i zachowania, po których oczekujemy natychmiastowych rezultatów, mimo tego, że są skomplikowane i wymagają czasu.

Co to ma wspólnego z uczeniem się angielskiego i edukacją w ogóle? Jak już kiedyś pisałem, praktycznie jedyną drogą do nauczenia się jakiegokolwiek języka w stopniu wyższym niż wymienianie grzeczności i pytanie o drogę, jest prawdziwe zaangażowanie się w ten cel na dłużej. Podobnie jest z większością innych wartościowych umiejętności.

Niestety – kultura, w której żyjemy, nie sprzyja tego typu podejściu.

Mentalność kuchenki mikrofalowej

Mentalność kuchenki mikrofalowej / foto: larskflem

Mentalność kuchenki mikrofalowej widać na każdym kroku. Chcielibyśmy zrzucić nadwagę w kilka tygodni i bez wielkiego wysiłku. Chcielibyśmy błyskawicznie zarobić duże pieniądze, najlepiej bez dodatkowej pracy i bez ryzyka. Chcielibyśmy przeczytać jedną książkę i zostać ekspertami w jakiejś dziedzinie.

To parcie na natychmiastową gratyfikację przenosi się niestety również na edukację. Czy jest ktoś, kto nie spotkał się z ofertami systemów, kursów czy podręczników, dzięki którym nauczymy się angielskiego w kilka tygodni?

Jesteśmy na ten rodzaj perswazji niezwykle podatni. No właśnie, tylko o ile da się wejść do restauracji i w przeciągu kilku sekund już coś konsumować albo odgrzać coś w kilka chwil w kuchence mikrofalowej, uczenie się czegokolwiek to proces, którego nie da się za bardzo skompresować w czasie.

Szczególnie jeśli duża część tego czasu jest już zajęta przez inne obowiązki, zajęcia, itp.

Niecierpliwi do granic możliwości potrafią być też uczniowie, chociaż zazwyczaj kryją się za tym naprawdę dobre intencje. Pamiętam, jak na niskich poziomach (typu elementary czy pre-intermediate) ambitni studenci pytali się, kiedy będą mogli sobie „tak swobodnie” porozmawiać na zajęciach.

Cóż – jeśli nie chcą co czwarte słowo zaglądać do słownika lub pytać nauczyciela o to, jak skonstruować resztę wypowiedzi, muszą jeszcze trochę poczekać. Oczywiście poczekać w sensie wykonać sporo dalszej pracy nad każdym aspektem swojego angielskiego, włącznie z konsolidacją tego, co już się nauczyli.

You have to learn to walk before you run.

Zresztą z mentalnością kuchenki mikrofalowej można się spotkać nawet na jeszcze bardziej szczegółowym poziomie. Łatwo wpaść w pułapkę myślenia, że wystarczy przeczytać, przerobić, przećwiczyć czy zapisać coś raz i sprawa zamknięta – przechodzimy dalej.

Otóż nasz mózg i nasza pamięć tak nie działają. Żeby coś pozostało z nami na dłużej, musimy to powtórzyć kilka razy. I nie chodzi na dodatek o mechaniczne, bezrefleksyjne powtórzenia, tylko coś, co ma dla nas sens.

Jest jeszcze jeden powód, żeby porzucić mentalność kuchenki mikrofalowej. Jedna z książek, którą kiedyś kupiłem na Amazon i teraz czeka na półce na swoją kolej, nosi tytuł „Masa krytyczna: jak jedna rzecz prowadzi do kolejnych”. Jest generalnie o tym, że najważniejsze rzeczy nie wydarzają się za jednym zamachem, natychmiast i błyskawicznie. Nie wyskakują z kuchenki mikrofalowej. Rozwijają się w czasie, często w sposób nieprzewidywalny z perspektywy punktu startowego.

Lubię w ten sposób myśleć również o uczeniu się nowych umiejętności, w tym języków. Trzeba w nie zainwestować uwagę, czas i wysiłek, a przy okazji otworzyć się na to, do czego doprowadzają.

Z dzisiejszej perspektywy wiem, że w uczeniu się angielskiego w szkole średniej czy studiowaniu anglistyki nie chodziło o opanowanie słownictwa, czasów gramatycznych czy wypicowanie wymowy. Najlepsze, co mi się przytrafiło potem, nie było ani zaplanowane, ani objęte programami nauczania, a jednak miało duży związek z całym procesem uczenia się.

Jestem pewien, że podchodząc do angielskiego czy jakiejkolwiek innej umiejętności z mentalnością kuchenki mikrofalowej (byle szybciej, byle mniejszym wysiłkiem i bez zaangażowania) nie byłoby szansy na ten efekt masy krytycznej – na wszystkie dodatkowe rzeczy, które dokleiły się po drodze.

Dlaczego warto być samoukiem?

Jeden z cytatów na temat uczenia się, który najmocniej utkwił mi w pamięci brzmi: „Są dwa rodzaje uczniów – samouki i nieuki”. Znalazłem to dawno temu we wstępie do jakiegoś samouczka jakiegoś egzotycznego języka obcego i pamiętam do dzisiaj.

W rzeczywistości sprawy nie są oczywiście tak czarno-białe i pomiędzy tymi dwoma ekstremami jest mnóstwo typów uczniów, który w mniejszym lub większym stopniu stawiają na autonomię. Zresztą – moim zdaniem – żeby nazwać się samoukiem niekoniecznie trzeba uczyć się w pojedynkę i nie korzystać ze zorganizowanej edukacji w jakiejkolwiek formie.

Chodzi raczej o pewne podejście – przejmowanie inicjatywy od nauczycieli i innych osób, których zadaniem jest jakieś tam kierowanie naszą edukacją. Może to oznaczać robienie więcej niż jest obowiązkowe, może to oznaczać uczenie się inaczej, w swoim tempie, swoimi metodami, wyznaczenie sobie własnych celów, itp.

Kiedy zaczynałem pracę jako nauczyciel angielskiego w połowie poprzedniej dekady super modne było określenie „autonomiczne uczenie się” (autonomous learning) i pamiętam, że na szkoleniach w prywatnych szkołach językowych byliśmy zachęcani do promowania tego podejścia. Sprowadzało się ono do tego, żeby pokazywać ludziom podstawowe narzędzia i wymagać jak największego wkładu własnego. Miało to na celu zachęcanie uczniów do większej samodzielności.

W praktyce różnie się sprawdzało – w niektórych uczeniach można było wyczuć żyłkę do uczenia się samodzielnie, inni wymagali bardzo silnej obecności nauczyciela. W obu grupach były osoby, które robiły postępy, ale wydaje mi się, że ostatecznie więcej są w stanie osiągnąć ci pierwsi – samouki.

To zabrzmi jak banał, ale uważam, że umiejętność uczenia się to jedna z najważniejszych, jeśli nie najważniejsza w tej chwili zdolność. Chodzi mi jednak o specyficzną umiejętność uczenia się – nie nastawioną na dyplomy i prestiże, ale na działanie i tworzenie, w sensie natychmiastowego przekładania wiedzy na realne sprawy, używania jej do rozwiązywania problemów swoich i innych, tworzenia czegoś. Ale to nie jedyny powód, żeby zostać zatwardziałym samoukiem.

Nauczyciele nie ogarniają wszystkiego

Nauczyciele to bardzo zróżnicowane środowisko – jedni są sumienni i zaangażowani, inni chcą po prostu zarobić możliwe najmniejszym wysiłkiem na życie. Nauczyciele zmieniają się też z czasem, na lepsze lub gorsze. Na kogokolwiek byśmy jednak nie trafili – nauczyciela fantastycznego czy fatalnego – możemy być pewni, że:

  • nie wie wszystkiego,

  • nie zna nas lepiej niż my sami,

  • jeśli pracujemy z grupą, nie jest w stanie poświęcić nam pełnej uwagi

Mam sporo bardzo pozytywnych wspomnień w stosunku do wybranych nauczycieli, ale jeśli mam znaleźć coś, co łączyło tych najlepszych, była to nie konkretna wiedza czy nawet umiejętność jej przekazania, ale zdolność do zainspirowania mnie do własnego wysiłku (na różne sposoby). Inna sprawa, że jestem podatny na tego typu motywację.

Najgorzej za to wspominam tych nauczycieli, którzy skupiali się wyłączenie na egzekucji wiedzy, którą przekazywali. Tego typu mechaniczne podejście w stylu pytanie-odpowiedź, które i tak ma ograniczoną wartość, można spokojnie uzyskać od programu komputerowego. Dobry nauczyciel powinien jednak dawać trochę więcej.

W każdym razie każdy samouk rozumie, że żaden nauczyciel nie jest w stanie nauczyć go wszystkiego (również dlatego, że jest ograniczony przez programy, własną wiedzę, czas, itp.). Trzeba działać samemu, a nie tylko oczekiwać i wymagać od innych.

Są możliwości

Najlepsze jest jednak to, że chyba jeszcze nigdy w przeszłości samouki nie miały tyle możliwości do realizacji swoich zainteresowań. To niby kolejny banał, ale moim zdaniem potencjał wielu współczesnych narzędzi jest bardzo, ale to bardzo niedoceniony.

Oczywiście każdy powie, że internet czy smartfon są super przydatne, ale i tak większość czasu będzie spędzać na portalach plotkarskich, randkowych i pokrewnych. A smartfona będzie używać głównie do pisania dłuższych smsów i sprawdzania, co się dzieje na Facebooku. Nawiasem mówiąc, nie mam nic przeciwko temu, jeśli ktoś tak lubi spędzać czasu, tyle że to nie jest pełne wykorzystanie możliwości tych narzędzi.

W internecie dokonuje się w tej chwili niebywała rewolucja edukacyjna, dzięki której każdy samouk może dostać prawdziwe turbodoładowanie. Chodzi o wiele zjawisk. Najważniejsze z nich to:

1. Bezpłatne portale z podstawowymi i zaawansowanymi treściami edukacyjnymi, zorganizowanymi w sposób, który praktycznie niczym nie różni się od wykładu lub zajęć w szkole (np. Khan Academy)

2. Bezpłatne platformy z wykładami i kursami uniwersyteckimi (np. Coursera)

3. Bezpłatne i płatne portale z kursami praktycznych umiejętności, np. programowania (np. Udemy, Code Academy)

4. Olbrzymie bazy danych (płatne i bezpłatne), które ułatwiają dostęp do informacji (np. Google Scholar)

5. Potężne wyszukiwarki informacji, w tym bardzo niszowe, (np. WolframAlpha)

6. Aplikacje do organizowania informacji i procesu uczenia się (np. Evernote)

7. Blogi, na których eksperci chętnie dzielą się swoją wiedzą i odpowiadają na pytania czytelników

8. Portale społecznościowe, fora, strony Q&A, na których ludzie dzielą się informacjami (np. Stack Exchange)

9. Setki stron z tutorialami na każdy temat pod słońcem (np. Tutsplus)

Do skorzystania z tych i innych możliwości nie trzeba specjalnego zaproszenia, niczyjej zgody, nikt nie będzie nas też oceniał za sposób, w jaki je wykorzystujemy. Można czegoś spróbować i porzucić bez konsekwencji. Można się w uczenie jakiejś umiejętności bezkarnie wciągnąć, zgłębić ją od A do Z, a potem wykorzystać w praktyce (np. do stworzenia czegoś, rozwiązania jakiegoś problemu, itp.). To prawdziwy raj dla samouków, szczególnie jeśli mają jakiś warsztat poruszania się po tym nadmiarze możliwości.

Najlepszych rzeczy nikt nas nie nauczy

O ile warto mieć przy sobie dobrych nauczycieli w pierwszych etapach nauki (angielskiego i innych umiejętności), od pewnego momentu największy rozwój jest tak naprawdę w naszych rękach.

Trudno oczekiwać, żeby nauczyciel angielskiego przekazał nam całe dostępne słownictwo i podczas kursu przygotował nas na wszystkie możliwe sytuacje językowe – w mowie i w piśmie. Takich sytuacji jest przecież nieskończona ilość! Podobnie w innych dziedzinach – który nauczyciel matematyki przećwiczył z uczniami wszystkie możliwe zadania? Który instruktor jazdy pokazał swojej podopiecznej, jak zachować się w absolutnie każdej sytuacji na drodze?

Większość problemów i sytuacji, z którymi się w rzeczywistości stykamy, jest unikalna i nie da się do nich przygotować jak do quizu jednokrotnego wyboru. Są również na tyle złożone, że nie da się ich odtworzyć np. w szkolnej klasie czy na prezentacji.

Zresztą odnosi się też do twórczej strony życia – czy ktoś nauczył Picassa, jak dokładnie malować? Na pewno ktoś pokazał mu podstawy i zachęcił do malowania, na pewno różni ludzie (inni artyści, kobiety) i doświadczenia miały wpływ na jego styl. Czy ktoś nauczył Marka Zuckerberga, jak stworzyć portal Facebook?

Na pewno nie miał tego w szkole na lekcji, chociaż nie ulega wątpliwości, że wiele umiejętności niezbędnych np. do programowania posiadł właśnie w szkołach, na kursach, itp.. Ale był też zażartym samoukiem – nie tylko w sensie poświęcania dodatkowego czasu na naukę, ale też eksperymentowania, sprawdzania, co działa, a co nie, ulepszania, itp.

Wracając na ziemię, żaden nauczyciel angielskiego ani innego przedmiotu nie nauczy nas, jak poradzić sobie w każdej sytuacji. Do pewnego etapu ich wsparcie będzie kluczowe, a potem jego znaczenie będzie maleć. Coraz ważniejszy będzie nasz wkład.

Podsumowanie

Krótko mówiąc, warto być samoukiem z co najmniej czterech powodów:

  • zdolność do samodzielnego uczenia się to kluczowa umiejętność w tym zmieniającym się świecie,

  • nauczyciele to tylko ludzie, mają spore ograniczenia, trzeba im pomóc 😉

  • możliwości do samodzielnego rozwoju są większe niż kiedykolwiek, niebywałe, nieskończone,

  • najlepszych rzeczy nikt nas nie nauczy, trzeba je zrobić samemu

Jak przełamać kryzys średniozaawansowanego?

Większość studentów, których uczyłem od etapu początkującego przez kolejne kilka lat, doświadczało jakiejś formy kryzysu po dwóch, trzech latach nauki. Mijał pierwszy zapał, angielski przestawał być aż takim wyzwaniem jak na początku, a o odczuwalne postępy było coraz trudniej. Jest na to nawet określenie wśród nauczycieli angielskiego, którzy mają problem z wykrzesaniem w studentach na tym etapie motywacji – intermediate plateau, czyli płaskowyż średniozaawansowanych. Na jakiś poziom się już wspięli, ale teraz poruszają się po długiej, męczącej, mało atrakcyjnej równinie przed kolejnymi szczytami.

Z mojego doświadczenia i z komentarzy innych nauczycieli wynika, że taki okres następuje po ok. dwóch, trzech latach i zbiega się z podręcznikami na poziomach intermediate oraz upper-intermediate.

Dlaczego tak się dzieje?

Najważniejszy powód to spadek motywacji wynikający z tego, że coraz trudniej robić odczuwalne postępy. Jeśli ktoś zaczyna od zera lub porządkuje jakieś tam strzępki angielskiego, które zna, w pierwszym etapie nauki przechodzi prawdziwą rewolucję. Podstawowe elementy zaczynają się składać w coraz bardziej skomplikowane całości, osiągnięcia widać gołym okiem (np. coraz dłuższe rozmowy, zdolność do napisania kilku spójnych zdań o sobie, itp.). To bardzo energetyzujące doświadczenie, jeśli ktoś naprawdę się stara.

Poza tym – wszystko jest nowe. Słownictwo, gramatyka, dźwięki, ale też sama sytuacja uczenia się nowego języka. A metodyka angielskiego oraz poziom wyszkolenia anglistów jest naprawdę wysoki, więc w dobrych szkołach to nie są nudne i przewidywalne lekcje. Wiem, że dla niektórych studentów fajne zajęcia językowe mogą stanowić najprzyjemniejszy element całego tygodnia.

Od poziomów średniozaawansowanych coraz większy nacisk kładziony jest na powtórkę, konsolidację oraz stopniowe rozszerzanie zagadnień. To oznacza, że w podręcznikach i na zajęciach mogą pojawiać się podobne tematy leksykalne i gramatyczne. I wtedy się zaczyna: „ale my to już mieliśmy”, „po co robić znowu to samo”, „ile można się uczuć o częściach ciała”, itp.

Do tego dochodzi jakaś tam powtarzalność metod nauczyciela i ogólne zmęczenie wynikające z tego, że uczymy się czegoś bezustannie przez kilkanaście miesięcy w podobnym tempie. Jeśli dodamy do tego wrażenie, że jako średniozaawansowany potrafię już naprawdę sporo i poradzę sobie w większości normalnych sytuacji, coraz trudniej dojrzeć motywację do dalszego rozwoju.

Uważam, że ten mechanizm działa nie tylko w angielskim, ale w procesie uczenia się innych umiejętności (nie tylko w szkole).

Jak przejść przez płaskowyż średniozaawansowanych bez kryzysu?

Mam dwie rady, choć jestem pewien, że znalazłoby się ich dużo więcej. Jeśli ktoś ma coś do powiedzenia z własnego doświadczenia jako nauczyciel lub uczeń, zapraszam do komentowania.

Moja pierwsza rada brzmi: wyspecjalizuj się.

Na pewnym etapie możemy odczuwać zmęczenie ogólną tematyką zajęć z angielskiego – tematy nie zawsze odnoszą się do naszej codzienności, pracy czy zainteresowań. Sam jako uczeń ciężko znosiłem np. konwencjonalne zajęcia o ubraniach, modzie czy niektórych zagadnieniach gramatycznych (np. present perfect continuous). Małe mnie to obchodziło.

Dlatego jeśli dysponujemy już jako takimi podstawami, a ktoś na poziomie średniozaawansowanym powinien z łatwością czytać nieskomplikowane teksty, wyrażać podstawowe myśli, składnie pisać i radzić sobie z niewymagającym rozumieniem ze słuchu, powinniśmy odbić w kierunku, który nas naprawdę pociąga.

Chodzi mi o wyspecjalizowanie się w jakimś podzbiorze angielskiego. Oczywiście język angielski jest jeden, ale np. inżynier produkcji, konstruktor, finansista, farmaceuta czy położna mają sporo odrębnego słownictwa czy specyficznych sytuacji komunikacyjnych. Moim zdaniem powinni zainwestować czas i energię, żeby do ogólnego angielskiego dodać ten komponent.

Dlaczego? Ponieważ ich motywacja do nauki bardzo adekwatnych spraw powinna być wyższa niż np. powtórki z części ciała czy ubrań. Nadal mogą poruszać się po tym męczącym płaskowyżu ogólnego angielskiego, ale jednocześnie dopingować się na własnym podwórku.

Zresztą, będziemy zdziwieni jak bardzo język różnych branż się przenika i jak wiele z nowej wiedzy będziemy mogli zastosować również na zwykłych zajęciach angielskiego.

Z kolei jako lektor muszę powiedzieć, że najlepiej wspominam chyba zajęcia ze studentami różnych kierunków na Politechnice Poznańskiej, w firmach z różnych branż czy z bankowcami. Dlaczego? Wymagały ode mnie wyjścia poza dość oklepaną tematykę zajęć z angielskiego i dostosowania się do całkiem wymagających profesjonalistów. Najważniejsza część tego dostosowania się to właśnie zrozumienie i opanowanie nowej terminologii. I to nie na poziomie tłumaczenia słowo w słowo, ale zdolności do rozmawiania z ludźmi o tych tematach, a nawet nauczenia ich czegoś z ich własnej branży.

To moja rada dla nauczycieli w stanie wypalenia zawodowego – wyjdźcie poza ogólny, szkolny angielski. English for Specific Purposes to najbardziej interesująca część branży nauczania języka angielskiego. I żeby było jasne: nie trzeba kończyć studiów podyplomowych z bankowości, żeby uczyć bankowców. Wystarczy być otwartym, pomocnym i uczyć się na bieżąco.

Jeśli to kogoś interesuję, to właśnie w uczeniu angielskiego ESP w wielu branżach upatruję jednego z powodów swojego odejścia od uczenia. W tym czasie mogłem zaobserwować, jak pracuje się w innych dziedzinach niż edukacja, porozmawiać z naprawdę fantastycznymi specjalistami i nauczyć się tyle, żeby mieć podstawy do zorganizowania zawodowej zmiany na własnych warunkach.

Moja druga rada jest dużo krótsza – wyjdź poza szkolną ławkę.

Nie ma co polegać na nauczycielach jako jedynych przewodnikach w nauce angielskiego czy czegokolwiek innego. Naprawdę większość z nas jest zdolna do samodzielnej nauki większości umiejętności, szczególnie jeśli podstawy są na swoim miejscu.

Olbrzymim impulsem do doskonalenia swoich umiejętności jest tworzenie czegoś w obcym języku, zaangażowanie się w jakiś projekt czy organizację międzynarodową, wyjazd stypendialny typu Erasmus czy jego odpowiednik dla dorosłych, wzięcie udziału w jakimś międzynarodowym konkursie, itp. Pomysłów jest nieskończona ilość, a najlepiej widać je wtedy, kiedy podniesiemy wzrok znad szkolnego podręcznika. Heads up!

3 strony internetowe, które pomogą Ci atrakcyjnie prezentować informacje

Co ma wspólnego prezentowanie informacji z nauką języka angielskiego czy jakiegokolwiek innego? Wbrew pozorom bardzo dużo. Przecież języki służą właśnie do komunikowania się, przekazywania informacji, do wyrażania najróżniejszych treści.

Możemy robić to w najprostszy sposób – słowem pisanym. Ale nie ma się co oszukiwać – żyjemy w kulturze obrazkowej, multimedialnej, oczekujemy bogatszych i efektowniejszych form komunikacji. Jestem wielkim fanem wciągania tego trendu do nauki języka i innych umiejętności.

Dlaczego? Ponieważ w atrakcyjnym prezentowaniu informacji w języku obcym łączy się element nauki z czymś dużo bardziej twórczym. A uczenie się jest sto razy skuteczniejsze, jeśli nie tylko powtarzamy czy przetwarzamy informacje, ale też coś tworzymy.

Warto zajrzeć na te trzy strony internetowe, żeby przekonać się, że w każdym języku można naprawdę kreatywnie się wyrazić. Każda z nich pozwala na tworzenie nowych, atrakcyjnych treści przez użytkowników.

1. Prezi

O tej stronie do tworzenia naprawdę wystrzałowych prezentacji dowiedziałem się, uwaga, uwaga, od jednego z najgorszych studentów w jednej z grup, którą uczyłem swego czasu na Politechnice Poznańskiej. Nie był to na pewno orzeł, jeśli chodzi o język angielski, ale miał wiele innych pozytywnych cech.

Nawiasem mówiąc, moje doświadczenia z zadawaniem uczniom i studentom obowiązkowych prezentacji są fatalne. Jesteśmy niestety po czubek głowy zanurzeni w kulturze kopiuj-wklej.

Większość prezentacji była po prostu zdarta z Wikipedii lub innego źródła, a wysiłek włożony w przygotowanie i dostarczenie całości dla publiczności bardzo niski. Nie dało się nie odnieść wrażenia, że to całe zadanie to atrapa – odbębnić, stracić trochę czasu i przetrwać. Tego typu nastawienie wielu studentów było jedną z głównych przyczyn mojego odejścia z systemu formalnej edukacji – to po prostu nie działa i nie ma się co oszukiwać, że jest inaczej. Oczywiście zdarzały się chwalebne wyjątki.

Wracając do Prezi – jest to aplikacja do tworzenia i udostępniania dynamicznych, ciekawie zaaranżowanych prezentacji. Nie ma co opowiadać, to trzeba zobaczyć na własne oczy. Polecam stworzenie następnej prezentacji w pracy lub szkole w Prezi.

2. Infogram

Co ciekawe, firma Infogram pochodzi z jednego z moich ulubionych miast – Rygi na Łotwie. Prowadzi serwis, na którym możemy tworzyć tzw. infografiki, czyli połączenie danych z elementami wizualnymi (np. zdjęciami, diagramami, wykresami, itp.). Coś o tym już wspominałem przy okazji map mózgu.

Czy to można wykorzystać przy nauce angielskiego lub innych języków obcych? Dlaczego nie? Jeśli ktoś ma zmysł projektanta i lubi pracować z różnymi mediami, może wykorzystać to narzędzie do powtórki jakiegoś materiału. Potrafię sobie wyobrazić infografikę na temat jakiegoś tematu leksykalnego (słownictwo) lub streszczenie artykułu w wizualnej formie (z najważniejszymi cytatami, itp.).

Jak to może wyglądać? Weźmy pierwszą lepszą infografikę z serwisu visual.ly, który zbiera tego typu wynalazki i pozwala tworzyć nowe. Zadanie domowe – stwórz swoją pierwszą infografikę w języku angielskim na wybrany temat.

Slideshare to strona, na której użytkownicy mogą umieszczać swoje prezentacje (np. zrobione w Prezi czy MS Powerpoint). Robią to, żeby dzielić się wiedzą i promować swoją osobę.

Warto zajrzeć na Slideshare, jeśli szukamy inspiracji do jakiegoś tematu lub jeśli chcemy po prostu przejrzeć czyjąś pracę. A niektóre z nich są naprawdę fenomenalne. Codziennie serwis promuje kilka wyróżniających się pokazów slide’ów, nie tylko podanych w atrakcyjny sposób (również jeśli chodzi o język), ale też na super ciekawe tematy, którymi żyje świat. Warto zajrzeć, mimo że nie są to materiały czysto edukacyjne.

Ale czy edukacja musi odbywać się w szkole, z podręcznika i pod okiem nauczyciela?

Naucz się podstaw, a potem sky is the limit

Jak pracowałem jako lektor angielskiego, potrafiłem po kilku tygodniach od rozpoczęcia kursu z dużym prawdopodobieństwem przewidzieć, kto z nowej grupy wytrwa w nauce i będzie sobie dobrze radził. Dotyczy to szczególnie grup całkowicie początkujących, ale nie tylko.

Skąd wiedziałem? Jeśli ktoś szybko zaczynał mieć dziury w swojej wiedzy i nie wykazywał ochoty, żeby je stopniowo łatać, po kilku tygodniach zamieniały się one w systematyczne zaległości. Po dwóch, trzech miesiącach widać było już rosnącą przepaść między najbardziej zaangażowanymi, którzy rwą do przodu, a tymi, którzy coraz mocniej zostają w tyle. W ten sposób rozkręcała się spirala motywacji dla jednych, a spirala demotywacji dla drugich.

Podstawy są najważniejsze

Jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że jeśli ktoś przerobił z zaangażowaniem i w całości jakikolwiek dobry podręcznik dla początkujących, ma otwarte drzwi do naprawdę dużych osiągnięć.

Sam uczyłem się z serii podręczników Headway, jako lektor prowadziłem zajęcia z podręczników New English File, Language Leader oraz Face2Face. Różnice między nimi to z punktu widzenia początkującego studenta języka angielskiego kompletne subtelności.

W zasadzie wszystko jedno, z czego się uczymy. Jeśli będzie zaangażowanie, nawet najbardziej nieprzyjazny podręcznik dużo nas nauczy. Jeśli nie będzie zaangażowania, nawet najprzyjaźniejszy podręcznik niewiele pomoże.

Jestem w ogóle przekonany, że żyjemy w czasach, kiedy każdy ma dostęp za darmo i w każdym momencie do każdego typu materiałów. Brak materiałów to w najmniejszym stopniu nie jest problem. Wszystko, co dostajemy, jest tylko jakąś wersją, a w najlepszym wypadku, ulepszeniem, czegoś, co już było. Zmienia się tylko opakowanie, może unowocześniane są teksty i ćwiczenia.

Ale przecież nowej gramatyki nikt nie wymyśli. Zasady czytania ze zrozumieniem i jasnego pisania praktycznie się nie zmieniły.

Największą trudnością wydaje mi się w tej chwili brak skupienia, nadmiar bodźców i możliwości oraz brak długoterminowego zaangażowania. Poprzednie wpisy o technice Pomodoro oraz metodach nauki języków Mormonów mogą pomóc wypracować więcej skupienia i zaangażowanego podejścia.

Ale wracając do podstaw – przypominam sobie własnych kursantów z grup początkujących, z którymi spędziłem potem kilka lat jako lektor na kolejnych szczeblach nauki. To jedna z większych radości nauczyciela, jeśli widzi rozwój ludzi, którzy w jakiejś części od niego zależą. Jak na pierwszych zajęciach ktoś jest totalnie zakłopotany, przestraszony, a po trzech latach nauki swobodnie wyraża myśli w obecności native speakera. Miałem przyjemność uczyć takie osoby.

Co je łączyło? Bardzo duże zaangażowanie na pierwszych etapach nauki. Jak to się przejawia? Chęcią zrozumienia wszystkiego w najdrobniejszych szczegółach, wykonywaniem absolutnie wszystkich zadań (często niezadowoleniem z nauczyciela, który coś chce ominąć!), radykalną ciekawością i optymizmem, że ten cały wysiłek do czegoś prowadzi.

Przypominam sobie też swoją drogę i muszę powiedzieć, że na jej początku uczyłem się angielskiego wręcz religijnie. Nauczyciel z liceum ignorował na przykład zadania na wymowę (pronunciation), z tymi dziwnymi znaczkami fonetycznymi i większość nie oponowała. Byłem ciekawy, jak to działa i wszystkiego nauczyłem się sam na tyle, na ile było to możliwe (nie jest to znowu aż tak trudne) – intuicja mnie nie myliła: znajomość fonetycznych podstaw języka do dzisiaj mi się przydaje. I to jak!

Masz podstawy, masz łatwiej

Ale w dobrym opanowaniu podstaw, czy to języka, czy innych umiejętności, kryje się prawdziwe złoto, z którego potem można długo korzystać.

Po pierwsze, jeśli początkowy wysiłek jest większy i bardziej skoncentrowany, później będzie nam dużo łatwiej. Będziemy mieli wszystkie elementy układanki potrzebne, żeby tworzyć bardziej skomplikowane całości. Dobrze ilustruje to tzw. krzywa uczenia się – im ostrzej będzie rosła na początku, tym szybkiej osiągniemy jakiś poziom satysfakcjonujących nas umiejętności.

Po drugie, unikniemy problemów z motywacją, które są plagą wszystkich uczących się, nie tylko języków. Każdy z nas zna pewnie uczucie słomianego zapału. Ja bardzo dobrze – iluż to już języków nie zaczynałem się uczyć (czeskiego, francuskiego, hiszpańskiego, chyba nawet chińskiego). Niestety za chęciami nie poszedł wysiłek i zaangażowanie. Nie udało mi się nigdy przejść etapu kilku pierwszych lekcji – brakowało skupienia i poczucia, że to do czegoś doprowadzi.

Po trzecie, będziemy zdziwieni, jak niewiele poza podstawami języka potrzeba w prawdziwym życiu. Problem wielu zaawansowanych studentów angielskiego polega na tym, że zbyt mocno komplikują swoje wypowiedzi. Są nienaturalni, nikt w ten sposób by się w normalnej sytuacji nie komunikował. Zapominają o podstawach.

Nie jestem oczywiście zwolennikiem znajomości tylko jakiegoś ograniczonego zbioru najpopularniejszych słów czy konstrukcji gramatycznych. To z kolei zbyt prostackie podejście. Nie polecam. Warto jednak zbudować bardzo mocne podstawy i być z nimi w kontakcie nawet na dalszych etapach nauki. Jedni z tych podstaw wybiją się na prawdziwą niezależność (praca w języku angielskim, pisanie, czytanie gazet, książek, itp.), inni wykorzystają je w bardziej przyziemnych sytuacjach (podczas podróży, załatwiania spraw zagranicą). To w zasadzie nie ma znaczenia – do jednego i drugiego i tak potrzebujemy podstaw.

Czy mapy mózgu pomagają w uczeniu się?

Jedna z czytelniczek zapytała mnie w komentarzu, czy uważam mapy mózgu za dobry sposób wspomagania nauki języka angielskiego? Krótka odpowiedź brzmi: hell, yeah!

Pod wieloma względami jest to jeden ze sposobów robienia notatek praktycznie na każdy temat, a jak już pisałem wcześniej uważam notatki w każdej formie za podstawę uczenia się angielskiego. Uczenia się czegokolwiek. Ale mapa mózgu to więcej niż notatka – to cały uporządkowany system dotyczący jakiegoś zagadnienia.

Stworzenie mapy mózgu jest więc w pewnym sensie równoznaczne z uporządkowaniem jakiegoś obszaru – może być to słownictwo związane z konkretnym tematem czy nasze poglądy dotyczące pytania, którego możemy spodziewać się np. na egzaminie ustnym. Tak czy inaczej, chodzi o zebranie dużej liczby informacji w jeden system.

Jakie są zalety map mózgu?

Zacznę od własnych doświadczeń w roli lektora / nauczyciela angielskiego. Prowadziłem kilka razy zajęcia z mówienia (tzw. speaking) przygotowujące studentów anglistyki do egzaminu ustnego. Sam też do wielu takich egzaminów się przygotowywałem w czasach studenckich.

Jednym z największych problemów każdego zdającego jest utknięcie w koleinie. O co chodzi? O to, że podczas rozmowy z egzaminatorem na bardzo szeroki temat (powiedzmy: rolę internetu w naszym życiu) kandydat mówi ciągle o jednym jego aspekcie (na przykład: tylko zagrożenia internetu). W stresie spowodowanym egzaminem ustnym, nie potrafi przejść do innych aspektów tego tematu i robi przez to dużo gorsze wrażenie. Przede wszystkim dlatego, że szybko kończą mu się pomysły, o czym by tu jeszcze powiedzieć.

A stąd już prosta droga do tzw. avoidance strategies, czyli dążenia do jak najszybszego zakończenia wypowiedzi („Well. I think that’s it basically”, „Nothing comes to my mind really”, itp.).

Moja rada dla studentów, która wzięła się z moich własnych technik, była zawsze taka sama – użyjcie mapy mózgu, żeby stworzyć wokół jednego pytania czy zagadnienia jak najwięcej jego aspektów. Żeby spojrzeć na nie z różnych stron i je sproblematyzować. Oczywiście – nigdy nie ogarniemy w ten sposób wszystkiego, ale przy odrobinie wysiłku wymyślimy o wiele więcej niż w chwili stresu na egzaminie. Tak może to wyglądać w najprostszej formie – rozbite pod kątem tego, na kogo oceniam wpływ internetu – najmłodszych, dorosłych czy ludzi starszych.

Czy mapy mózgu to dobry pomysł w nauce języka angielskiego?

Czy mapy mózgu to dobry pomysł w nauce języka angielskiego? zrobione w bubbl.us

Oczywiście mapy mózgu mogą mieć bardziej artystyczną formę i dać w ten sposób trochę dodatkowej satysfakcji w trakcie uczenia się. Przy tego typu mapach zawsze radziłem dodawać w odpowiednich miejscach ciekawe cytaty, przykłady, anegdoty, itp. – dzięki temu wypowiedź jest ciekawsza.

Ale najważniejsze jest tak naprawdę coś innego – mapy mózgu w jakiś tam sposób odzwierciedlają to, jak działa nasz mózg. Jest on w każdym momencie nakierowany na porządkowanie informacji, wrzucanie ich do odpowiednich kategorii, ustalanie połączeń między nimi, itp.

I najlepsze jest to, że po pewnym czasie pracowania z mapami mózgu wzmocnimy ten tryb działania na tyle, że nie będziemy potrzebować za każdym razem wizualizacji naszych pomysłów. Łatwiej będą układać się nam w coś uporządkowanego, bo wiele razy przećwiczyliśmy ten schemat klasyfikowania, itp.

Mapy mózgu – jak i kiedy je robić

Uważam, że najlepsze mapy mózgu możemy zawsze zrobić dla siebie sami. Podobnie zresztą jak fiszki czy notatki. Nie ma jednej optymalnej metody – każdy jest inny, każdy myśli i kojarzy fakty trochę inaczej. Ja jestem zwolennikiem prostoty, ale wiem, że wiele osób lubi wykorzystywać kształty, rozmiary czy kolory, żeby dodatkowo wzmocnić efekt i tworzyć w praktyce infografiki (jak ta z Bondem poniżej), a nie mapy mózgu. Tak czy inaczej – największa korzyść jest z tworzenia, a nie efektu końcowego.

James Bond 50th anniversary mind map

 

Najważniejsze, żeby mapa koncentrowała się wokół jednego tematu lub zagadnienia i w jakiś logiczny sposób organizowała jak najwięcej informacji wokół niego.

Tu jest dość istotny moment – najpierw musimy mieć dużo informacji, a dopiero potem je będziemy porządkować. Dlatego robienie map mózgu to moim zdaniem dobry sposób na podsumowanie lub ogarnięcie większego materiału. Zakończyłaś duży rozdział z angielskiego – podsumuj słownictwo w formie mapy mózgu. Przeczytałeś duży tekst z mnóstwem nowych pojęć – spróbuj przedstawić to jako mapa mózgu.

Czy mapy mózgu pomagają w nauce angielskiego – podsumowanie

Najbardziej pomoże nam tworzenie takich map – nie ma nic lepszego niż samodzielne przetwarzanie i porządkowanie informacji, również językowych. Nie tylko będziemy mieli materiały dostosowane do naszych potrzeb, ale w twórczy i krytyczny sposób przerobimy słownictwo, zagadnienia tematyczne czy coś innego. Po pewnym czasie wypracujemy łatwość w uczeniu się nowych rzeczy, bo wszystkie poprzednie będą na swoim miejscu, a my będziemy mieli skuteczną metodę rozpracowywania kolejnych.

To oczywiście tylko część procesu uczenia się języka czy innych umiejętności i nie należy ich traktować jako magicznego rozwiązania wszystkich problemów.

Tutaj więcej sposobów na skuteczniejsze uczenie się – między innymi metoda optymalnych powtórek, technika Pomodoro oraz technika Feynmana.