planetaangielskiego

Author Archives: planetaangielskiego

[nie ma głupich pytań] #003 „Uczę się angielskiego od kilku lat, ale jestem niezadowolona z efektów”. Jak ruszyć z miejsca?

Napisała do mnie Magda:

„Niedawno znalazłam Pana boga i bardzo się cieszę, że on istnieje. Chciałabym się zacząć uczyć języka, bo co prawda „uczę się” już go od kilku lat w szkole, ale raczej nauką nazwać tego nie można. Mój poziom jest bardzo podstawowy. I chciałabym zapytać, od czego tak właściwie zacząć się uczyć?

Bo wszyscy mówią „bierzesz książkę / podręcznik, siadasz na tyłku i się uczysz”, ale ja tak właściwie to nie wiem, od czego zacząć. Motywację już mam, ale chciałabym jej nie stracić zakuwając od samego początku słówka. Może ma Pan jakiś sposób lub zna Pan jakąś stronę na której zostało to fajnie opisane. Z góry bardzo dziękuję”

Dobre pytanie. Co ma zrobić ktoś, kto wiele lat się uczył angielskiego i jest niezadowolony z rezultatów? Jak ruszyć z miejsca, w którym się utknęło?

Metoda + motywacja

Czuję się identycznie jak Magda myśląc o swojej znajomości niemieckiego. I o pływaniu. I jeszcze o programowaniu. I o graniu na harmonijce. A nawet o prowadzeniu tego bloga.

Każdą z tych umiejętności chciałbym opanować znacznie lepiej niż obecnie. Jestem niezadowolony z rezultatów mimo że od lat poświęcam im czas.

Pytanie brzmi: „dlaczego niektóre umiejętności udaje nam się rozwijać, a inne – mimo że wydają się dla nas ważne – tkwią w stagnacji”?

Jestem zdania, że najszybsze postępy w każdej dziedzinie robimy wtedy, gdy zbiegną się dwa czynniki – trafione metody oraz silna motywacja. Gdy nie ma autentycznej motywacji lub metody działania nam nie odpowiadają, postępy będą wolniejsze, może wkradać się frustracja czy słomiany zapał.

Z jakiegoś powodu nigdy nie znalazłem takiego połączenia metody i motywacji przy nauce języka niemieckiego. Mimo że uczę się go dłużej niż angielskiego. Nie mogę tego wykrzesać – mimo że świadomie bardzo chcę – żeby nauczyć się programować.

Myślę, że Magda musi przyjrzeć się dotychczasowym metodom oraz motywacji.

Eksperymentować z metodami

Ktoś kiedyś powiedział: „Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać innych rezultatów”. Jeśli Magda uczyła się przez kilka lat i nie widzi rezultatów, powinna krytycznym okiem spojrzeć na to, jak uczyła się do tej pory.

Prawdopodobnie potrzebuje jakiejś zmiany.

Na pewno nie zaszkodzi spróbować czegoś nowego. Poeksperymentować. Niestety nie wiem, jak uczyła się do tej pory, ale być może jej umysł jest zmęczony książkowymi metodami. Być może nie pasują do jej stylu życia. Kilka pomysłów, którymi sam próbowałbym rozwiązać ten problem:

1. Aplikacje na telefon

Ich zaletą jest to, że treści edukacyjne są w nich logicznie zorganizowane. Pomagają uczyć się krok po kroku. Dobrze wpisują się też w nasz obecny styl życia – smartfony mamy cały czas przy sobie, możemy z nich korzystać w każdym czasie wolnym (np. w komunikacji miejskiej).

Bardzo funkcjonalne aplikacje do nauki języków obcych to między innymi Duolingo, Memrise czy Rosetta Stone.

2. Gadżety językowe

Technologia może pomóc też uatrakcyjnić proces uczenia się. Strony internetowe i aplikacje typu Fiszkoteka czy Quizlet pozwalają tworzyć fiszki i quizy, korzystać z bazy gotowych materiałów, trenować słownictwo, pisownię czy wymowę.

W jednym z poprzednich wpisów pokazałem też, jak można potrenować mówienie po angielsku korzystając z darmowych narzędzi firmy Google.

3. Więcej komunikacji i działania

Wielu uczących się zbyt długo skupia się na biernych umiejętnościach – wkuwaniu słówek czy piłowaniu gramatyki. Dla równowagi i pobudzenia motywacji powinni częściej trenować umiejętności aktywne, przede wszystkim pisanie i mówienie, ale też „robienie czegoś” przy pomocy języka.

Rozwiązaniem mogą być zajęcia tylko mówione, np. przez Skype.

Inny pomysł to dołączenie do jakiegoś forum w języku angielskim lub obserwowanie jakiegoś bloga czy vloga powiązanego z naszymi zainteresowaniami, zadawanie tam pytań, uczestniczenie w rozmowie.

Bardzo interesującym miejsce dla bardziej swobodnych użytkowników angielskiego (a przy tym osób ciekawych świata) może być serwis Quora.

Wspominałem wielokrotnie o tym, że w moim przypadku kluczową umiejętnością przy uczeniu się czegokolwiek jest robienie dużej ilości notatek i ich organizowanie.

Wzmocnić motywację

Drugi element tej układanki to motywacja. Magda pisze, że ma silną motywację. Nie mi oceniać, czy tak rzeczywiście jest, ale faktem jest, że osoby silnie zmotywowane działają znacznie bardziej skutecznie.

Dzięki bardzo silnej motywacji szybko języka uczą się Mormoni. Ta motywacja to wizja bliskiego wyjazdu do obcego kraju. To mit, że mają wyjątkowe zdolności. Są po prostu mega zmotywowani i rzeczywiście działają, żeby osiągnąć cel (porozumieć się z obcokrajowcami).

Miałem jakiś czas temu ucznia na prywatnych zajęciach. Męczył się strasznie. Ciągle powtarzał, że przy jego braku zdolności będzie się uczył angielskiego do końca życia. Był niezadowolony z rezultatów mimo że uczył się od kilkunastu lat (z przerwami). Był pracownikiem naukowym uczelni technicznej.

Przełomem w jego przypadku była seria wyjazdów zagranicznych, w których musiał uczestniczyć. Do Francji, do Niemiec, do Chile, na Słowację. Musiał w końcu używać języka do działania, porozumiewania się, rozwiązywania codziennych spraw. Angielski przestał być abstrakcyjnym przedmiotem szkolnym, stał się czymś rzeczywistym. A po drugie – mój znajomy odkrył, że to, czego nauczył się wcześniej, składa się w całkiem funkcjonalną całość. Po prostu działa.

Miałem podobne doświadczenia i z angielskim, i z niemieckim, i z innymi umiejętnościami. Trzeba je wypróbować „w terenie”. Jako student byłem na kursie niemieckiego we Freiburgu. Pamiętam, że miesiąc w niemieckojęzycznym kraju bardzo mnie rozwinął. Tego typu całościowych postępów nigdy bym nie osiągnął jeszcze więcej ucząc się z książek, z kursów internetowych czy aplikacji.

Motywacją może być też chęć zdania jakiegoś egzaminu czy zdobycia jakiegoś certyfikatu. Po trzech latach nauki udało mi się zdobyć CAE i pamiętam, że wizja osiągnięcia czegoś takiego była dla mnie bardzo motywująca.

Mieszanka rozwojowa

Gdybym miał skomponować jakąś magiczną miksturę, która mogłaby rozwiązać problem Magdy z językiem angielskim, składałaby się w 60% z wzmocnienia / rozpalenia motywacji i z 40% ze zmiany metod uczenia się – prawdopodobnie na bardziej nowoczesne i aktywne.

W praktyce mogłoby to oznaczać poszukiwanie jakiegoś zanurzenia w języku angielskim (np. na wyjeździe edukacyjnym, zawodowym lub turystycznym), dołączenie do jakiejś społeczności mówiącej po angielsku (w internecie lub realu) lub rozwijanie relacji z obcokrajowcami.

Druga część to metody – tu postawiłbym na technologię (np. aplikacje) oraz większy nacisk na aktywne użycie języka (pisanie, mówienie).

 

Jak po angielsku jest berek, chowanego, gra w klasy, dwa ognie i inne zabawy i gry dla dzieci?

Gdybym miał nominować trzy zabawy, które zdominowały moje wczesne dzieciństwo, byłyby to gra w kapsle, gra w krawężniki i różne wariacje chowanego (np. z wykopaniem piłki).

Jakiś czas temu, podczas zabawy ze swoimi synami, z którymi komunikuję się po angielsku, zdałem sobie sprawę, że nie tylko nie znam nazw popularnych zabaw po angielsku, ale też nie spotkałem się nigdy z komendami typu „Uwaga, szukam!” albo „Berek!”.

Przy okazji sprawdzania tego typu rzeczy odkryłem jeszcze coś – w Wielkiej Brytanii, Irlandii, USA, Kanadzie czy Australii jest sporo popularnych, podwórkowych zabaw, o których wcześniej nie słyszałem. Z drugiej strony, wygląda na to, że gra w kapsle czy w krawężniki to nie jest kanon gier dla dzieci w krajach anglojęzycznych.

W tym artykule sprawdzam, jak mówi się po angielsku na popularne gry dla dzieci (np. chodzi lisek koło drogi czy skakanie w gumę) i jakie słownictwo może się przydać, żeby w nich uczestniczyć. Jako bonus opisuję trzy mega popularne w USA, UK i innych krajach anglojęzycznych gry, których wcześniej nie znałem.

1. Chowanego po angielsku to hide and seek

Każdy wie, na czym polega zabawa w chowanego. Reguły wydają się międzynarodowe. Jak brzmią kluczowe komendy po angielsku?

Kluczowe wyrażenia:

  • Ready or not here I come = Uwaga, szukam!
  • Let’s play hide and seek = Pobawmy się w chowanego
  • You hide = Ty się chowasz
  • I see = Ja szukam
  • Who wants to seek? / Who wants to be it? = Kto chce szukać?

2. Berek po angielsku to tag albo it albo chase

Czy komuś trzeba tłumaczyć, na czym polega berek? W wersji podstawowej to po prostu gonienie się nawzajem, ale są też bardziej zaawansowane wersje berka.

Kluczowe wyrażenia:

  • Tag, you’re it! = Berek!
  • Who wants to be it? = Kto chce być berkiem?

3. Gra w klasy to po angielsku hopscotch

W najprostszej wersji wystarczy diagram narysowany kredą na chodniku i ochota do skakania. W trudniejszej wersji dochodzi rzucanie i podnoszenie kamyka (pionka) pomiędzy skokami.

Kluczowe wyrażenia:

  • Whose turn is it? = Czyja teraz kolej?
  • It’s my turn = To moja kolejka
  • Great balancing! / Good balance! = Świetnie trzymasz równowagę
  • a shooter / a marker = pionek, „kamyk”

4. Chodzi lisek koło nogi po angielsku to duck, duck, goose

To w sumie wersja berka, tyle że większość uczestników siedzi, a tylko dwie osoby się gonią. W krajach anglojęzycznych „lisek” to „it”, którą chodzi wokół siedzących „kaczek”. Dotyka każdego siedzącego i mówi „duck”. Gdy powie „goose”, zaczyna się gonitwa.

Kluczowe wyrażenia:

  • Duck, duck, duck, duck, goose!
  • Pick me, pick me! = Wybierz mnie!
  • Lilly to the middle! = Lily, do środka

5. Dwa ognie po angielsku to dodgeball

W dwa ognie, jakie ja pamiętam z dzieciństwa, grało się jedną piłką i nie było rozpoczęcia gry przez dobiegnięcie zespołów do piłki. Wygląda na to, że w krajach anglojęzycznych dwa ognie wyglądają trochę inaczej niż w Polsce.

Kluczowe wyrażenia:

  • Get your balls! = Do piłek!
  • On your marks! = Na miejsca!
  • Get set, go! = Gotowi, start!
  • Throw your ball = Rzucaj
  • Nice catch!
  • You’re out! = Odpadasz!
  • You’re back in! = Wracasz do gry!

6. Skakać w gumę to po angielsku elastics albo Chinese jump rope (US) albo French skipping (UK)

Skakanie w gumę (= Chinese jump rope, French skipping) to coś innego niż skakanie na skakance (= jumping rope).

Kluczowe wyrażenia:

  • Let’s play jump rope / Let’s jump rope = Poskaczmy na skakance
  • Let’s play Chinese jump rope = Poskaczmy w gumę

Bonus – popularne zabawy dla dzieci z krajów anglojęzycznych

1. Red Rover, Red Rover

2. Mr Crocodile, may I cross the river?

3. Stuck in the mud

 

Jak po angielsku mówią Margaret i Michał Szpak?

W poprzednich artykułach z tej serii sprawdziłem, jak w komunikacji po angielsku radzą sobie znani polscy sportowcy (np. Robert Lewandowski, Agnieszka Radwańska), politycy (np. Leszek Balcerowicz) oraz modelka Anja Rubik.

Tym razem nadstawiam ucho, żeby posłuchać języka angielskiego dwójki polskich piosenkarzy młodego pokolenia – Margaret i Michała Szpaka.

Od razu mówię, że od postaci, które wyróżniają się w jakieś dziedzinie, np. sporcie czy muzyce, nie ma co oczekiwać szkolnego, bezbłędnego angielskiego. Ich uwaga i talent są często w innym miejscu niż języki obce. Bardziej niż poprawność interesują mnie swoboda, z jaką używają angielskiego.

Jak sobie radzi po angielsku Margaret?

Przeczytałem gdzieś kiedyś fragment wywiadu, w którym Margaret przyznała, że angielskiego zaczęła uczyć się dopiero w liceum. Wcześniej ledwo potrafiła się w tym języku przywitać. Postawiła jednak na ciężką pracę i przez kilka lat opanowała ten język obcy.

Moglibyśmy sobie pod tym względem przybić piątkę – moja historia jest bardzo podobna.

Poza śpiewaniem Margaret po angielsku, które przyniosło jej zainteresowanie również poza granicami Polski, znalazłem jej jedną rozmowę z redaktorami niemieckiego Bravo. Dwójka młodych Niemców rozmawia po angielsku z Polką. Margaret brzmi w niej swobodnie, przyjaźnie i przekonująco. Jest pewna siebie. Ale robi też sporo błędów i brakuje jej trochę do naturalności czy płynności.

W skali CEFR na podstawie tej rozmowy obstawiałbym poziom B2/C1.

Poniżej przypomnienie, dlaczego kochamy Margaret:

Jak sobie radzi po angielsku Michał Szpak?

Spotkałem kiedyś Michała Szpaka w hotelu w Warszawie. Niestety mnie nie rozpoznał 😉

Ale tak na poważnie, to z mojego punktu widzenia bardzo pozytywna, nietuzinkowa postać. Super, że reprezentował Polskę na konkursie Eurowizji. Ze swoim wizerunkiem i charyzmą pasował jak ulał do konwencji.

Jeśli ktoś jeszcze tego nie wie, jego występ zauważyła nawet J. K. Rowling.

Michał mówił po angielsku na konferencji prasowej w Sztokholmie. Z pewnością był spięty i rozkojarzony, ale nawet biorąc te trudne okoliczności pod uwagę, sprawiał wrażenie zagubionego i niezdolnego do swobodnego wyrażania myśli po angielsku. Na pytania odpowiadali właściwie jego współpracownicy.

Wygląda na to, że przed Michałem jeszcze sporo pracy, żeby poczuć się komfortowo w komunikacji po angielsku. Prawdopodobnie najbardziej potrzebuje dłuższego pobytu w kraju anglojęzycznym, żeby podłapać choć trochę naturalności.

W skali CEFR na podstawie tej rozmowy obstawiałbym poziom A2/B1.

Poniżej przypomnienie, dlaczego kochamy Michała Szpaka:

Egzamin TOEIC – czy warto zdobyć ten certyfikat z angielskiego?

„Wynik egzaminu TOEIC mile widziany” – niedawno spotkałem się z takim wymaganiem w ofercie pracy dla wewnętrznego trenera biznesu w Grupie Żywiec. Muszę przyznać, że byłem lekko zaskoczony. Nazwa tego egzaminu niewiele mi mówiła. Widziałem ją pierwszy raz.

Sprawdziłem, czy są jeszcze inni pracodawcy, którzy lubią weryfikować znajomość języka angielskiego tym certyfikatem. Są – głównie w międzynarodowych korporacjach oraz większych firmach, głównie na stanowiskach technicznych, administracyjnych i handlowych.

Uczyłem angielskiego prawie 10 lat, również na kursach biznesowych i technicznych. Nie spotkałem się z egzaminami i certyfikatami TOEIC. Nadrobiłem zaległości. Zapraszam na krótki przewodnik po egzaminie z języka angielskiego TOEIC.

Egzamin TOEIC – co to jest?

TOEIC (Test of English for International Communication, wymowa: toik) to test praktycznego angielskiego w międzynarodowym środowisku pracy.

Czyli tak naprawdę czego?

Języka angielskiego, z którym spotkamy się w biurze, w pracy z dokumentami firmowymi, podczas rozmów z współpracownikami, na spotkaniach roboczych i biznesowych czy podczas komunikacji z klientami.

Certyfikat TOEIC dostępny jest w dwóch wersjach:

1. TOEIC Reading and Listening sprawdzający umiejętność czytania i słuchania ze zrozumieniem

2. TOEIC Speaking and Writing sprawdzający umiejętność mówienia i pisania (zdawany na komputerze)

Pierwszy rodzaj certyfikatu jest zdecydowanie bardziej popularny.

Przykładowy test TOEIC można wypełnić na stronie internetowej organizatora.

Egzamin TOEIC a poziom znajomości angielskiego

Nie da się nie zdać egzaminu TOEIC. Nie trzeba też deklarować poziomu znajomości języka. Pokaże go wynik egzaminu (między 10 a 990 punktów). To zupełnie inne podejście niż przy egzaminach Cambridge, np. FCE czy CAE, które są przypisane do poziomu i które można oblać.

Uczestnik egzaminu otrzymuje certyfikat oraz kartę ze szczegółowym rozbiciem wyników. Tak to wygląda:

TOEIC karta wyników

Certyfikaty mają różny kolor w zależności od wyniku.

  • 10 – 215 punktów: certyfikat pomarańczowy
  • 220 – 465 punktów: certyfikat brązowy
  • 470 – 725 punktów: certyfikat zielony
  • 730 – 855 punktów: certyfikat niebieski
  • 860 – 990 punktów: certyfikat złoty

A jak mają się wyniki egzaminu TOEIC do skali znajomości języka Rady Europy? Ile trzeba mięć punktów, żeby udowodnić poziom B1, B2 lub C1?

TOEIC B1 B2 C1

Czy egzamin TOEIC jest uznawany?

Wygląda na to, że to coraz popularniejszy system weryfikowania praktycznych umiejętności językowych.

Wyniki egzaminów TOEIC są uznawane w globalnych korporacjach, polskich firmach, instytucjach publicznych (np. Służbie Cywilnej), a także na niektórych uniwersytetach.

Formułka „wyniki TOEIC mile widziane” pojawia się w ogłoszeniach o pracę (poniżej przykład oferty pracy polskiej spółki giełdowej z branży elektrotechnicznej Relpol).

TOEIC oferty pracy

Skąd taki sukces egzaminu TOEIC wśród firm i instytucji? Wydaje mi się, że kluczem jest nastawienie na biznesowy / biurowy kontekst oraz praktyczne umiejętności związane z pracą (nie język ogólny czy testowanie znajomości struktur językowych).

Inna dobra cecha egzaminu TOEIC to prostota, np. brak konieczności deklarowania na starcie poziomu.

Na karcie wyników TOEIC widnieje informacja o ważności certyfikatu. Jest on ważny – cokolwiek to znaczy – dwa lata. Nie wiem, jak pracodawcy traktują wyniki egzaminu sprzed trzech czy czterech lat. Częste odnawianie certyfikatu przez pracowników jest oczywiście w interesie firmy organizującej egzaminy – Educational Testing Services.

Jak wygląda egzamin TOEIC?

Najpopularniejszy egzamin TOEIC Listening and Reading składa się z 200 pytań i trwa (bez części administracyjnej) 120 minut. Jest to test wyboru (np. z trzech lub czterech opcji).

100 pytań sprawdza słuchanie ze zrozumieniem (np. identyfikowanie sytuacji na zdjęciach, zrozumienie krótkich dialogów i wypowiedzi). Ta część trwa 45 minut.

100 pytań sprawdza czytanie ze zrozumieniem (np. uzupełnianie tekstu, łączenie faktów). Ta część trwa 75 minut.

Więcej o egzaminie z pisania i słuchania, więcej o egzaminie z mówienia i pisania.

Ile kosztuje egzamin TOEIC?

Egzamin TOEIC Listening and Reading kosztuje 355zł (plus 20zł certyfikat). Studenci i osoby poszukujące pracy mogą liczyć na niewielką zniżkę.

Egzamin TOEIC Speaking and Writing kosztuje 350zł. Ceny aktualne w kwietniu 2016.

Egzaminy TOEIC dla swoich pracowników organizują również firmy – koszty jednostkowe dla firmy mogą być wtedy niższe, a dla pracownika – nawet zerowe.

Egzaminy TOEIC można zdawać przez cały rok u autoryzowanych partnerów firmy ETS Global (organizatora) w całej Polsce.

Wypełniłem z ciekawości krótkie demo egzaminu. Potwierdziło, że znam angielski.

Wynik TOEIC przykładowy test

Egzamin TOEIC – moja opinia

Jestem pod wrażeniem tego systemu weryfikowania znajomości języka angielskiego. Jest bardzo praktyczny i dopasowany do potrzeb globalnego rynku pracy i międzynarodowego biznesu.

To na pewno przydatne narzędzie z punktu widzenia osób rekrutujących nowych pracowników oraz z punktu widzenia pracowników, którzy chcą jasnych wytycznych dotyczących wymagań związanych z kompetencjami językowymi.

Pod tymi względami TOEIC wymiata i nie dziwię się, dlaczego stał się tak popularny w świecie biznesu.

Z drugiej strony sam egzamin i materiały do niego przygotowujące wydają mi się trochę ograniczone. Kontekst biura, spotkań roboczych, przekazywania sobie informacji o projektach czy czytania dokumentów nie pozwala na wielką przestrzeń dla kreatywności. To taki standardowy, mało emocjonujący język korporacji w czasach totalnej globalizacji.

Jeśli ktoś zna angielski tylko z tego kontekstu i traktuje go zbyt poważnie / dosłownie, będzie miał trudności z komunikacją w bardziej otwartych, luźniejszych sytuacjach.

Ale to i tak ma drugorzędne znaczenie – na pewnym poziomie każdy język jest przecież narzędziem do wykonywania zadań, np. w domu, w biurze, w podróży, przy czytaniu dokumentacji czy rozwiązywaniu problemów. W tym kontekście egzamin i certyfikat TOEIC wydają się bardzo dobrze zaprojektowane i zoptymalizowane.

Na czym polega angielski dla dzieci metodą Mother Goose Time?

Nie mam na to żadnych dowodów, ale wydaje mi się, że nauka angielskiego będzie przesuwała się na coraz młodsze dzieci. Tak żeby ten język globalnej komunikacji stał się dla nich czymś naturalnym zanim zorientują się, jak jest ważny.

Już teraz angielski wdziera się do przedszkoli, coraz popularniejsze stają się polsko-angielskie przedszkola, na klientów nie narzekają szkoły językowe skupione na edukacji najmłodszych, a na użytkowników aplikacje i treści dla dzieci w internecie, np. Baby Big Mouth czy Toy Scouter.

Jeden z czytelników zapytał mnie niedawno: „Czy ktoś coś słyszał o materiałach do nauki angielskiego pod nazwa Mother Goose Time? W przedszkolu mojej małej coś takiego planują”. Wcześniej tej metody nie znałem, ale z przyjemnością sprawdziłem, z czym to się je.

Podstawowe informacje

Mother Goose Time to gotowe materiały do uczenia dzieci tworzone przez specjalistów ze Stanów Zjednoczonych od ok. 30 lat. Przedszkole lub rodzic uczący dziecko w domu dostaje co miesiąc przesyłkę z planami działania i pomocami do wykorzystania przez 20 dni.

To nie jest typowy program uczenia języka angielskiego. Dlaczego nie? Nie jest skupiony tylko na rozwijaniu kompetencji językowych. Chodzi o rozwijanie wszystkich zdolności i zainteresowań dziecka, w tym ruchowych, społecznych czy artystycznych.

Nauka odbywa się przez opracowane przez ludzi z Mother Goose Time zabawy i zadania. Ich elementem są między innymi pojęcia matematyczne, zrozumienie otaczającej nas przyrody, śpiew, taniec, czytanie czy wspólne tworzenie. Na stronie firmy można obejrzeć przykładowe materiały na jeden dzień (temat dnia: nasiona).

Dzieci uczą się projektowo i tematycznie. Cały rok jest podzielony na 12 sekcji tematycznych, o których nauczyciele oraz rodzice wiedzą z wyprzedzeniem. Na stronie jest dostępny „rozkład jazdy” na rok szkolny 2015/16.

Co mi się podoba w Mother Goose Time?

Nigdy nie uczyłem dzieci angielskiego w sposób zorganizowany. Nie pracuję jako nauczyciel. Zdecydowałem, że będę od urodzenia mówił do swoich dzieci po angielsku i wplatał ten język w naszą codzienność. Mój trzyletni syn jest dwujęzyczny, a roczny jest na najlepszej drodze do tego.

Z mojego punktu widzenia w programie Mother Goose Time najbardziej podoba mi się to, że tematy są blisko powiązane z rzeczywistością i codziennością, np. zmieniającymi się porami roku czy przyrodą. To ważne, ponieważ język powinien być praktycznym i naturalnym narzędziem pomagającym nam poruszać się po świecie.

Podoba mi się też ich różnorodność. Osobiście nauczyłem się angielskiego bardzo późno – w szkole średniej. Do dzisiaj potrafię „wyłożyć się” na prostych rzeczach, np. niektórych warzywach (jak powiedzieć po angielsku kabaczek?), zabawkach (bączek? wiatraczek?), drzewach, kwiatach, pojęciach matematycznych (liczba całkowita? sześciokąt?) czy zabawach (chodzi lisek koło drogi? piłeczka kauczukowa?). Po prostu nigdy nie były częścią mojego doświadczenia w języku angielskim.

Dobre wrażenie robią też materiały. Po pierwsze są gotowe. Po drugie to nie są tylko wydruki na kartce papieru, tylko bardziej interesujące rzeczy. Coś, co można dotknąć, rzucić, obrócić, a nawet zepsuć. Z własnego doświadczenia wiem, że małe dzieci mają wielką radochę z wszelkiego rodzaju prac manualnych i przy okazji bardzo dużo się uczą. Kiedyś trzy dni pod rząd robiłem w swoim pokoju wiosenne porządki (=spring cleaning) ze starszym synem, bo chciał praktycznie każdą rzecz sprawdzić, dotknąć, porozmawiać o niej („Why is this DVD called Grave of the Fireflies”) albo wymyślić jakąś zabawę z nią.

Co mi się nie podoba w Mother Goose Time?

Zastanawiam się, czy materiały Mother Goose Time są zawsze adekwatne do polskiej / międzynarodowej rzeczywistości. Materiały powstają w USA i są skierowane głównie do amerykańskich rodziców i przedszkoli. Widziałem w rozpisce na ten rok szkolny, że w jednym z miesięcy tematem przewodnim jest pustynia, a dzieci poznają m.in. Mojave Desert w Kalifornii oraz kulturę rodeo. Z drugiej strony poznają również Saharę, a miesiącu poświęconym sztuce – VanGogha, Picasso i Moneta. Wygląda na to, że treści są zrównoważone i aspekt amerykański raczej nie dominuje.

Mother goose time - angielski dla dzieci

Druga rzecz to cena – dla zamożnej instytucji 59-69 zł miesięcznie za komplet materiałów do nauki angielskiego to być może nie jest majątek, ale ktoś, kto chciałby uczyć tą metodą w domu musi przygotować się na pewien wydatek. Moim zdaniem jakość i pomysłowość produkcji uzasadnia jednak cenę. 

Osobiście nie korzystam z żadnej metody czy programu. Po prostu spędzam z dziećmi dużo czasu i mówię do nich w zasadzie wyłącznie po angielsku. Jesteśmy naturalni w tym co robimy, a jak potrzebujemy jakichś materiałów, to je sobie sami robimy lub kupujemy na bieżąco (jak książki dla dzieci).

Mimo tego założenia programu Mother Goose Time są mi bardzo, bardzo bliskie – szczególnie nacisk na wszechstronny rozwój oraz połączenie edukacji językowej z otaczającym nas światem i codziennymi sprawami.

Angielski przez Skype – jak to wygląda z perspektywy nauczyciela?

To działa – sprawdziłem w praktyce. Da się uczyć angielskiego przez internet. Przynajmniej tak wynika z moich doświadczeń. Przez ostatni rok uczyłem angielskiego przez Skype trzy dorosłe osoby (każdego indywidualnie).

Wiem, że dla niektórych nauczycieli angielskiego korepetycje czy konwersacje przez Skype to od pewnego czasu bardzo ważne źródło pracy. Znam nawet polską lektorkę, która wyjechała z dziećmi i mężem Amerykaninem na wyspę gdzieś w Wenezueli – utrzymują się z udzielania lekcji przez internet.

Wiem też, że ten rodzaj nauki języka staje się coraz popularniejszy wśród uczniów. Technologia i tak stała się częścią naszego życia codziennego, więc dlaczego nie wykorzystać internetu, Skype’a i innych narzędzi, żeby podnosić swoje kompetencje językowe? Jak oceniam możliwości uczenia się angielskiego przez Skype z perspektywy nauczyciela?

Dojrzała technologia

Skype i cała reszta technologii wspierającej uczenie języka angielskiego przez internet są bardzo stabilne. To nie są jakieś eksperymentalne narzędzia, które raz działają, a raz nie. Jeśli i nauczyciel, i uczeń zadbają o to, żeby mieć w miarę aktualne wersje Skype’a oraz połączenie internetowe umożliwiające swobodną transmisję audio i wideo, warunki techniczne są właściwie spełnione.

Tak jak pisałem, mam koleżankę, która przeprowadza lekcje angielskiego przez Skype z małej wyspy w Wenezueli, z uczniami w Polsce. Jej mąż ma bardzo wielu uczniów w Rosji – też „nadaje” z Wenezueli.

Przyznaję – przez ostatni rok miałem jakieś 100 takich lekcji z trzema różnymi osobami i nie każda z nich odbyła się bez zakłóceń. Powiedzmy, że 5% z nich musieliśmy odwołać z powodów technicznych (np. słaba jakość połączenia, problemy z aktualizacją Skype’a, problemy z komputerem którejś ze stron, itp). To nie jest duży odsetek. Jest porównywalny z odwołaniami tradycyjnych zajęć, np. ze względu na kłopoty z dojazdem.

Odpowiednie warunki

Z mojego doświadczenia wynika, że kluczem do udanych zajęć językowych przez Skype, jest zapewnienie odpowiednich warunków.

Próbowałem kiedyś przeprowadzić lekcję z gościem, który ciągle chodził po domu, a w tle biegały dzieci i żona. Totalna klapa. I dla niego, i dla mnie. Uczeń musi mieć spokój. Powinien wygodnie siedzieć, najlepiej sam w jasnym pokoju. Niewskazana jest duża ilość ruchu. Warto zminimalizować źródła rozproszenia. Potrzebne jest skupienie.

Jeśli są takie warunki, lekcja angielskiego przez Skype może być naprawdę udana.

Dodatkowe technologie

Skype to tylko część większej całości. Skoro nauka przenosi się do świata cyfrowego, warto wykorzystać inne narzędzia, żeby zajęcia były bogatsze i bardziej spójne. Jakie to były narzędzia w moim przypadku?

  • komunikacja po angielsku przez e-mail (np. z zapowiedzią tematu i odnośnikiem do stron internetowych z treściami po angielsku jak YouTube czy TED, które będą użyte na zajęciach)
  • Google Docs jako miejsce, w którym uczeń może przechowywać prace pisane (a nauczyciel może je sprawdzić korzystając z takich funkcji jak oznaczanie kolorami, komentarze, itp)
  • Google Docs jako miejsce, w którym nauczyciel może prezentować informacje lub ćwiczenia i pracować na nich wspólnie z uczniem
  • słowniki internetowe (np. Longman), do których można na bieżąco lub na początek / zakończenie zajęć odsyłać ucznia, żeby zweryfikować wymowę, przeczytał przykłady użycia czy kolokacje

Jak się to wszystko połączy, można zorganizować naprawdę interesujące i wielowarstwowe zajęcia.

Czy dla wszystkich?

Moje doświadczenie z uczeniem angielskiego przez Skype jest niewielkie – trzech dorosłych i dobrze zmotywowanych profesjonalistów, którzy chcieli się rozwijać.

Nie jestem pewien, czy angielski przez internet to dobre rozwiązanie dla młodszych uczniów. Z jednej strony na pewno odpowiadałby ich przyzwyczajeniom związanym z codziennym używaniem technologii. Z drugiej – wydaje mi się, że na wczesnych etapach edukacji ważny jest bezpośredni kontakt z nauczycielem oraz oswojenie się z językiem „na żywo”. Nie mam na to oczywiście żadnych twardych dowodów, ale obserwując, jak moi synowie uczą się ode mnie angielskiego, nie przypuszczam, że mógłbym osiągnąć to samo mówiąc do nich „zza ekranu”.

Wydaje mi się też, że Skype to wymarzone środowisko do konwersacji i rozwijania języka w oparciu o bogactwo materiałów w internecie, w mniejszym stopniu do nauki od podstaw. Oczywiście mogę się mylić.

Co z tego ma uczeń?

Spotkałem niedawno kolegę, który na gwałt poszukiwał native speakera angielskiego. Rozpoczął pracę w polskim oddziale amerykańskiego koncernu pod Poznaniem i musiał trochę „podkręcić” swój angielski. Bardzo zależało mu na native speakerze.

Tyle że przez kilka tygodni nie mógł znaleźć nikogo, kto miałby czas na spotkanie w dogodnym dla obu stron miejscu. Dalej szukał, gdy się spotkaliśmy. Zasugerowałem mu, żeby otworzył się na możliwości, jakie daje nauka języków przez internet.

Jedną z takich możliwości jest wybór nauczyciela spośród nieskończenie większego grona chętnych. Tego typu usługi oferują ludzie z całego świata i z pewnością da się znaleźć coś o odpowiedniej porze. Miejsce nie gra roli – ważne, żeby był dostęp do sieci i trochę spokoju.

Druga rzecz – oprócz tej elastyczności pracy z nauczycielem przez internet – to lepsze dostosowanie nauki do naszego współczesnego życia. Muszę powiedzieć, że jednym z powodów, dla których zrezygnowałem jakieś trzy lata temu z pracy w szkołach językowych i na uczelniach wyższych był kryzys tradycyjnych metod nauczania. Ludzie po prostu coraz gorzej reagują na książki do nauki, ćwiczenia wypełniane ołówkiem, ręczne pisanie teksów, itp.

To ma się nijak do ich codzienności. Inaczej pracują. Inaczej konsumują informacje. Dlaczego naukowiec, grafik albo inżynier, który potrzebuje angielskiego do pracy miałby uczyć się jak w latach 90-tych?

Z mojego doświadczenia wynika, że dobrze poprowadzone zajęcia z angielskiego przez Skype, mogą pomóc przełamać ten kryzys tradycyjnych metod uczenia.

Jak po angielsku mówi modelka Anja Rubik?

W poprzednich artykułach w tym cyklu sprawdzałem, jak w komunikacji w języku angielskim radzą sobie znani polscy politycy (np. Radek Sikorski) oraz sportowcy Robert Lewandowski oraz Agnieszka Radwańska. Tym razem przyglądam się polskiej modelce o międzynarodowej sławie Anji Rubik.

I co? Jestem po wielkim wrażeniem. Jej angielski jest bardzo naturalny, własny, pewny siebie, bogaty, dojrzały i spontaniczny. Ujawnia wrażliwość, inteligencję i oryginalność tej wybitnej modelki.

Zresztą – przekonajcie się sami.

W jednym z wywiadów opowiada, że jako nastolatka przeprowadziła się do Nowego Jorku, żeby zacząć pracować w pełnym wymiarze jako modelka. To kolejny dowód na to, jak ważne w rozwoju językowym jest osadzenie chociaż przez jakiś czas w środowisku, gdzie ten język jest na co dzień używany. Szczególnie, gdy jesteśmy stosunkowo młodzi.

Ale to chyba nie rozwiązuje całej zagadki fantastycznego angielskiego Anji Rubik. Znam osoby, które mimo pobytu zagranicą nie umiały opanować i oswoić w takim stopniu języka obcego. Myślę, że swoją rolę odegrały też cechy osobowości Anji – ambicja, dążenie do celu, pokora, przyjazne i komunikatywne usposobienie czy ciekawość świata. To wszystko wspiera przyswajanie języków obcych.

Jak wykorzystać książki w nauce języka angielskiego i innych?

Trochę potrwało zanim przeczytałem swoją pierwszą książkę w całości po angielsku. Dokładnie nie pamiętam, ale minęły raczej lata niż miesiące od rozpoczęcia nauki. Niepotrzebnie. Popełniłem błąd – od początku chciałem czytać trudne i ambitne rzeczy w oryginale. Nakupowałem sobie jakieś klasyki typu Szekspir albo Dickens zamiast zacząć od czegoś prostszego i bardziej współczesnego. Nie doceniałem też tzw. graded readers, czyli uproszczonych, krótszych wersji popularnych książek dla uczących się języka.

Dzisiaj nie wyobrażam sobie nie przeczytania po angielsku kilku-kilkunastu książek rocznie. Niektóre z nich opisuję w cyklu [food for thought] – wkrótce kolejne.

Nie wyobrażam sobie też, żeby dogłębnie nauczyć się jakiegokolwiek języka obcego bez czytania książek. Chodzi zresztą nie tylko o rozwijanie umiejętności czytania ze zrozumieniem czy słownictwa, ale też niezaprzeczalną przyjemność z obcowania z inną kulturą, innymi problemami, innym podejściem do świata czy innym stylem opowiadania historii.

Jak wykorzystać książki w nauce języka angielskiego i innych? Mam kilka praktycznych rad.

1. Na odpowiednim poziomie

Książki w oryginale można zacząć czytać bardzo szybko po rozpoczęciu nauki języka obcego. Muszą być to jednak wydawnictwa dostosowane do naszych potrzeb, na przykład wspomniane wcześniej graded readers. Wiele z nich jest wydawanych w komplecie książka plus audiobook – można najpierw przeczytać, a potem posłuchać. Albo czytać i słuchać jednocześnie.

To ważne, żeby dobrać poziom trudności tekstu do własnych możliwości. A jeśli chcemy koniecznie być ambitni, wybierzmy coś odrobinę ponad nasz obecny poziom. W każdym razie, nie polecam Szekspira, Dickensa czy Conrada w oryginale na wczesnych etapach nauki.

Po prostu przepaść między językiem, którego używają, często bardzo niewspółczesnym i niełatwym do zrozumienia nawet dla Anglików czy Amerykanów, a naszymi możliwościami będzie zbyt duży. Po co się frustrować? Po co boksować pod górkę?

2. Z przyjemnością

Próbowałem sobie przez dłuższy czas przypomnieć, jaka była pierwsza angielska książka, którą przeczytałem. Niestety nie pamiętam. Co ciekawe, pamiętam jak dziś, jak kilka dni spędziłem kiedyś na przeczytaniu od deski do deski amerykańskiego tygodnika „Time”. Pamiętam to dokładnie, bo tak mnie to kręciło, gdy byłem nastolatkiem.

Empik com zagraniczne książki - angielski, niemieckiMógłbym wymienić wielu autorów, których przeczytałem potem po angielsku z niebywałą przyjemnością, np. „In Cold Blood” Trumana Capote, „The Road” Cormacka McCarthy, „The Kite Runner” Khaleda Hosseini, „Things Fall Apart” Chinua Achebe, „Into Thin Air” Jona Krakauera, książki Malcolma Gladwella czy Nassima Nicholasa Taleba.

Będzie nam się dużo trudniej czegokolwiek nauczyć, jeśli będziemy czytać rzeczy narzucone przez innych, przypadkowe albo niezgodne z naszymi zainteresowaniami. Nie będzie tego pozytywnego ciągu.

Każdy ma w tym względzie własne doświadczenia, ale ja po sobie zauważyłem, że po wyjściu z systemu formalnej edukacji, w której to program i nauczyciele decydują, co i kiedy czytać oraz jak interpretować, czytam znacznie więcej, znacznie chętniej i znacznie głębiej. I po polsku, i po angielsku. Bierze się stąd, że jest w tym element przyjemności, autonomii i autentycznej ciekawości.

W każdym razie, sugeruję, żeby sprawić sobie tym czytaniem po angielsku czy w innym języku przyjemność. Jeśli lubimy Stephena Kinga, być może warto zacząć od jakiejś jego książki w oryginale. Albo jakiś romans? Może kryminał? Albo „Harry Potter”? Albo opowiadania (= short stories) na podstawie ulubionego serialu? A może literatura faktu? Biografia? Albo coś z działu psychologia / self-help? Coś związanego z pracą?

3. Rób notatki

Jestem maniakiem robienia notatek i od dawna uważam, że to jedna z podstawowych umiejętności w procesie uczenia się. Do dzisiaj lubię mieć w zanadrzu jakiś notatnik albo Evernota na smartfonie lub w laptopie.

Jak dla mnie książki to nie tylko język, czyli słówka, zwroty czy gramatyka w praktyce, ale też źródło informacji i inspiracji. Na wczesnych etapach uczenia się większość moich notatek stanowiły sprawy językowe – byłem skupiony na angielskim. Dzisiaj proporcje kompletnie się odwróciły. Zdarza mi się wciąż zanotować jakieś słówko czy zwrot, ale przez większość czasu notuję jakieś fajne pomysły, tezy, fakty lub dane, które pojawiają się w książkach, które czytam po angielsku.

Tak czy inaczej, obfite notatki to sposób na to, żeby trochę popracować z książką i z językiem obcym, żeby się trochę „aktywizować”.

4. Skonfrontuj się

Niektóre graded readers zawierają sekcję z pytaniami o zrozumienie treści. To jeden ze sposobów, żeby pobudzić uczącego się nie tylko do czytania, ale też weryfikowania, czy wszystko rozumie. Na tym etapie takie dodatkowe wsparcie jest bardzo przydatne.

Obcojęzyczne książki w oryginale, w nieuproszczonej wersji, nie mają oczywiście takich dodatków. Jeśli zależy nam jednak na zrobieniu czegoś więcej niż tylko przeczytaniu dla siebie tekstu, ewentualnie zrobieniu notatek, możemy spróbować zajrzeć do recenzji i na fora internetowe w internecie. Co o książce myślą inni? Czy tak samo ją zrozumieli? Czy spodobały im się te same fragmenty? Czy zanotowali te same cytaty?

Jednym z miejsc, gdzie ludzie z całego świata dzielą się swoimi ocenami i przemyśleniami o książkach, jest serwis GoodReads.com. Inne godne uwagi to LibraryThing.com. Może warto założyć tam profil i „dokumentować” swoje przygody z angielskimi książkami ćwicząc przy tym w niebanalny sposób język?

5. Nie tylko tekst

Książka w ostatnich latach przeszła nieprawdopodobną metamorfozę. Osobiście nie mam problemu z nowymi formatami i technologiami, np. audiobookami czy e-bookami. Bardzo lubię również niebanalne komiksy, np. „Perspepolis” Marjane Satrapi.

Marjane Satrapi Persepolis

Pierwsza strona „Persepolis”

Moim zdaniem warto korzystać z tej różnorodności. Język to nie tylko tekst. Wiele wydawnictw wykonało naprawdę mnóstwo pracy, żeby dostosować książki do współczesności. Tak jak pisałem, do graded readers dodawane są często płyty z nagraniem w wykonaniu wysokiej klasy lektora. Komiksy, książki fantasy czy książeczki dla dzieci potrafią być prawdziwą ucztą dla oka.

Dzięki tej różnorodności – i tematycznej, i stylistycznej, i technologicznej – książki to wyjątkowo konstruktywne środowisko do uczenia się języków obcych. Nie twierdzę, że w tym względzie książki wygrywają z grami komputerowymi, filmem czy muzyką – to też świetne nośniki i wszystkie mogą pomóc się rozwijać językowo.

1 2 3 8