Archive

Monthly Archives: Marzec 2016

Na czym polega angielski dla dzieci metodą Mother Goose Time?

Nie mam na to żadnych dowodów, ale wydaje mi się, że nauka angielskiego będzie przesuwała się na coraz młodsze dzieci. Tak żeby ten język globalnej komunikacji stał się dla nich czymś naturalnym zanim zorientują się, jak jest ważny.

Już teraz angielski wdziera się do przedszkoli, coraz popularniejsze stają się polsko-angielskie przedszkola, na klientów nie narzekają szkoły językowe skupione na edukacji najmłodszych, a na użytkowników aplikacje i treści dla dzieci w internecie, np. Baby Big Mouth czy Toy Scouter.

Jeden z czytelników zapytał mnie niedawno: „Czy ktoś coś słyszał o materiałach do nauki angielskiego pod nazwa Mother Goose Time? W przedszkolu mojej małej coś takiego planują”. Wcześniej tej metody nie znałem, ale z przyjemnością sprawdziłem, z czym to się je.

Podstawowe informacje

Mother Goose Time to gotowe materiały do uczenia dzieci tworzone przez specjalistów ze Stanów Zjednoczonych od ok. 30 lat. Przedszkole lub rodzic uczący dziecko w domu dostaje co miesiąc przesyłkę z planami działania i pomocami do wykorzystania przez 20 dni.

To nie jest typowy program uczenia języka angielskiego. Dlaczego nie? Nie jest skupiony tylko na rozwijaniu kompetencji językowych. Chodzi o rozwijanie wszystkich zdolności i zainteresowań dziecka, w tym ruchowych, społecznych czy artystycznych.

Nauka odbywa się przez opracowane przez ludzi z Mother Goose Time zabawy i zadania. Ich elementem są między innymi pojęcia matematyczne, zrozumienie otaczającej nas przyrody, śpiew, taniec, czytanie czy wspólne tworzenie. Na stronie firmy można obejrzeć przykładowe materiały na jeden dzień (temat dnia: nasiona).

Dzieci uczą się projektowo i tematycznie. Cały rok jest podzielony na 12 sekcji tematycznych, o których nauczyciele oraz rodzice wiedzą z wyprzedzeniem. Na stronie jest dostępny „rozkład jazdy” na rok szkolny 2015/16.

Co mi się podoba w Mother Goose Time?

Nigdy nie uczyłem dzieci angielskiego w sposób zorganizowany. Nie pracuję jako nauczyciel. Zdecydowałem, że będę od urodzenia mówił do swoich dzieci po angielsku i wplatał ten język w naszą codzienność. Mój trzyletni syn jest dwujęzyczny, a roczny jest na najlepszej drodze do tego.

Z mojego punktu widzenia w programie Mother Goose Time najbardziej podoba mi się to, że tematy są blisko powiązane z rzeczywistością i codziennością, np. zmieniającymi się porami roku czy przyrodą. To ważne, ponieważ język powinien być praktycznym i naturalnym narzędziem pomagającym nam poruszać się po świecie.

Podoba mi się też ich różnorodność. Osobiście nauczyłem się angielskiego bardzo późno – w szkole średniej. Do dzisiaj potrafię „wyłożyć się” na prostych rzeczach, np. niektórych warzywach (jak powiedzieć po angielsku kabaczek?), zabawkach (bączek? wiatraczek?), drzewach, kwiatach, pojęciach matematycznych (liczba całkowita? sześciokąt?) czy zabawach (chodzi lisek koło drogi? piłeczka kauczukowa?). Po prostu nigdy nie były częścią mojego doświadczenia w języku angielskim.

Dobre wrażenie robią też materiały. Po pierwsze są gotowe. Po drugie to nie są tylko wydruki na kartce papieru, tylko bardziej interesujące rzeczy. Coś, co można dotknąć, rzucić, obrócić, a nawet zepsuć. Z własnego doświadczenia wiem, że małe dzieci mają wielką radochę z wszelkiego rodzaju prac manualnych i przy okazji bardzo dużo się uczą. Kiedyś trzy dni pod rząd robiłem w swoim pokoju wiosenne porządki (=spring cleaning) ze starszym synem, bo chciał praktycznie każdą rzecz sprawdzić, dotknąć, porozmawiać o niej („Why is this DVD called Grave of the Fireflies”) albo wymyślić jakąś zabawę z nią.

Co mi się nie podoba w Mother Goose Time?

Zastanawiam się, czy materiały Mother Goose Time są zawsze adekwatne do polskiej / międzynarodowej rzeczywistości. Materiały powstają w USA i są skierowane głównie do amerykańskich rodziców i przedszkoli. Widziałem w rozpisce na ten rok szkolny, że w jednym z miesięcy tematem przewodnim jest pustynia, a dzieci poznają m.in. Mojave Desert w Kalifornii oraz kulturę rodeo. Z drugiej strony poznają również Saharę, a miesiącu poświęconym sztuce – VanGogha, Picasso i Moneta. Wygląda na to, że treści są zrównoważone i aspekt amerykański raczej nie dominuje.

Mother goose time - angielski dla dzieci

Druga rzecz to cena – dla zamożnej instytucji 59-69 zł miesięcznie za komplet materiałów do nauki angielskiego to być może nie jest majątek, ale ktoś, kto chciałby uczyć tą metodą w domu musi przygotować się na pewien wydatek. Moim zdaniem jakość i pomysłowość produkcji uzasadnia jednak cenę. 

Osobiście nie korzystam z żadnej metody czy programu. Po prostu spędzam z dziećmi dużo czasu i mówię do nich w zasadzie wyłącznie po angielsku. Jesteśmy naturalni w tym co robimy, a jak potrzebujemy jakichś materiałów, to je sobie sami robimy lub kupujemy na bieżąco (jak książki dla dzieci).

Mimo tego założenia programu Mother Goose Time są mi bardzo, bardzo bliskie – szczególnie nacisk na wszechstronny rozwój oraz połączenie edukacji językowej z otaczającym nas światem i codziennymi sprawami.

Angielski przez Skype – jak to wygląda z perspektywy nauczyciela?

To działa – sprawdziłem w praktyce. Da się uczyć angielskiego przez internet. Przynajmniej tak wynika z moich doświadczeń. Przez ostatni rok uczyłem angielskiego przez Skype trzy dorosłe osoby (każdego indywidualnie).

Wiem, że dla niektórych nauczycieli angielskiego korepetycje czy konwersacje przez Skype to od pewnego czasu bardzo ważne źródło pracy. Znam nawet polską lektorkę, która wyjechała z dziećmi i mężem Amerykaninem na wyspę gdzieś w Wenezueli – utrzymują się z udzielania lekcji przez internet.

Wiem też, że ten rodzaj nauki języka staje się coraz popularniejszy wśród uczniów. Technologia i tak stała się częścią naszego życia codziennego, więc dlaczego nie wykorzystać internetu, Skype’a i innych narzędzi, żeby podnosić swoje kompetencje językowe? Jak oceniam możliwości uczenia się angielskiego przez Skype z perspektywy nauczyciela?

Dojrzała technologia

Skype i cała reszta technologii wspierającej uczenie języka angielskiego przez internet są bardzo stabilne. To nie są jakieś eksperymentalne narzędzia, które raz działają, a raz nie. Jeśli i nauczyciel, i uczeń zadbają o to, żeby mieć w miarę aktualne wersje Skype’a oraz połączenie internetowe umożliwiające swobodną transmisję audio i wideo, warunki techniczne są właściwie spełnione.

Tak jak pisałem, mam koleżankę, która przeprowadza lekcje angielskiego przez Skype z małej wyspy w Wenezueli, z uczniami w Polsce. Jej mąż ma bardzo wielu uczniów w Rosji – też „nadaje” z Wenezueli.

Przyznaję – przez ostatni rok miałem jakieś 100 takich lekcji z trzema różnymi osobami i nie każda z nich odbyła się bez zakłóceń. Powiedzmy, że 5% z nich musieliśmy odwołać z powodów technicznych (np. słaba jakość połączenia, problemy z aktualizacją Skype’a, problemy z komputerem którejś ze stron, itp). To nie jest duży odsetek. Jest porównywalny z odwołaniami tradycyjnych zajęć, np. ze względu na kłopoty z dojazdem.

Odpowiednie warunki

Z mojego doświadczenia wynika, że kluczem do udanych zajęć językowych przez Skype, jest zapewnienie odpowiednich warunków.

Próbowałem kiedyś przeprowadzić lekcję z gościem, który ciągle chodził po domu, a w tle biegały dzieci i żona. Totalna klapa. I dla niego, i dla mnie. Uczeń musi mieć spokój. Powinien wygodnie siedzieć, najlepiej sam w jasnym pokoju. Niewskazana jest duża ilość ruchu. Warto zminimalizować źródła rozproszenia. Potrzebne jest skupienie.

Jeśli są takie warunki, lekcja angielskiego przez Skype może być naprawdę udana.

Dodatkowe technologie

Skype to tylko część większej całości. Skoro nauka przenosi się do świata cyfrowego, warto wykorzystać inne narzędzia, żeby zajęcia były bogatsze i bardziej spójne. Jakie to były narzędzia w moim przypadku?

  • komunikacja po angielsku przez e-mail (np. z zapowiedzią tematu i odnośnikiem do stron internetowych z treściami po angielsku jak YouTube czy TED, które będą użyte na zajęciach)
  • Google Docs jako miejsce, w którym uczeń może przechowywać prace pisane (a nauczyciel może je sprawdzić korzystając z takich funkcji jak oznaczanie kolorami, komentarze, itp)
  • Google Docs jako miejsce, w którym nauczyciel może prezentować informacje lub ćwiczenia i pracować na nich wspólnie z uczniem
  • słowniki internetowe (np. Longman), do których można na bieżąco lub na początek / zakończenie zajęć odsyłać ucznia, żeby zweryfikować wymowę, przeczytał przykłady użycia czy kolokacje

Jak się to wszystko połączy, można zorganizować naprawdę interesujące i wielowarstwowe zajęcia.

Czy dla wszystkich?

Moje doświadczenie z uczeniem angielskiego przez Skype jest niewielkie – trzech dorosłych i dobrze zmotywowanych profesjonalistów, którzy chcieli się rozwijać.

Nie jestem pewien, czy angielski przez internet to dobre rozwiązanie dla młodszych uczniów. Z jednej strony na pewno odpowiadałby ich przyzwyczajeniom związanym z codziennym używaniem technologii. Z drugiej – wydaje mi się, że na wczesnych etapach edukacji ważny jest bezpośredni kontakt z nauczycielem oraz oswojenie się z językiem „na żywo”. Nie mam na to oczywiście żadnych twardych dowodów, ale obserwując, jak moi synowie uczą się ode mnie angielskiego, nie przypuszczam, że mógłbym osiągnąć to samo mówiąc do nich „zza ekranu”.

Wydaje mi się też, że Skype to wymarzone środowisko do konwersacji i rozwijania języka w oparciu o bogactwo materiałów w internecie, w mniejszym stopniu do nauki od podstaw. Oczywiście mogę się mylić.

Co z tego ma uczeń?

Spotkałem niedawno kolegę, który na gwałt poszukiwał native speakera angielskiego. Rozpoczął pracę w polskim oddziale amerykańskiego koncernu pod Poznaniem i musiał trochę „podkręcić” swój angielski. Bardzo zależało mu na native speakerze.

Tyle że przez kilka tygodni nie mógł znaleźć nikogo, kto miałby czas na spotkanie w dogodnym dla obu stron miejscu. Dalej szukał, gdy się spotkaliśmy. Zasugerowałem mu, żeby otworzył się na możliwości, jakie daje nauka języków przez internet.

Jedną z takich możliwości jest wybór nauczyciela spośród nieskończenie większego grona chętnych. Tego typu usługi oferują ludzie z całego świata i z pewnością da się znaleźć coś o odpowiedniej porze. Miejsce nie gra roli – ważne, żeby był dostęp do sieci i trochę spokoju.

Druga rzecz – oprócz tej elastyczności pracy z nauczycielem przez internet – to lepsze dostosowanie nauki do naszego współczesnego życia. Muszę powiedzieć, że jednym z powodów, dla których zrezygnowałem jakieś trzy lata temu z pracy w szkołach językowych i na uczelniach wyższych był kryzys tradycyjnych metod nauczania. Ludzie po prostu coraz gorzej reagują na książki do nauki, ćwiczenia wypełniane ołówkiem, ręczne pisanie teksów, itp.

To ma się nijak do ich codzienności. Inaczej pracują. Inaczej konsumują informacje. Dlaczego naukowiec, grafik albo inżynier, który potrzebuje angielskiego do pracy miałby uczyć się jak w latach 90-tych?

Z mojego doświadczenia wynika, że dobrze poprowadzone zajęcia z angielskiego przez Skype, mogą pomóc przełamać ten kryzys tradycyjnych metod uczenia.

Jak po angielsku mówi modelka Anja Rubik?

W poprzednich artykułach w tym cyklu sprawdzałem, jak w komunikacji w języku angielskim radzą sobie znani polscy politycy (np. Radek Sikorski) oraz sportowcy Robert Lewandowski oraz Agnieszka Radwańska. Tym razem przyglądam się polskiej modelce o międzynarodowej sławie Anji Rubik.

I co? Jestem po wielkim wrażeniem. Jej angielski jest bardzo naturalny, własny, pewny siebie, bogaty, dojrzały i spontaniczny. Ujawnia wrażliwość, inteligencję i oryginalność tej wybitnej modelki.

Zresztą – przekonajcie się sami.

W jednym z wywiadów opowiada, że jako nastolatka przeprowadziła się do Nowego Jorku, żeby zacząć pracować w pełnym wymiarze jako modelka. To kolejny dowód na to, jak ważne w rozwoju językowym jest osadzenie chociaż przez jakiś czas w środowisku, gdzie ten język jest na co dzień używany. Szczególnie, gdy jesteśmy stosunkowo młodzi.

Ale to chyba nie rozwiązuje całej zagadki fantastycznego angielskiego Anji Rubik. Znam osoby, które mimo pobytu zagranicą nie umiały opanować i oswoić w takim stopniu języka obcego. Myślę, że swoją rolę odegrały też cechy osobowości Anji – ambicja, dążenie do celu, pokora, przyjazne i komunikatywne usposobienie czy ciekawość świata. To wszystko wspiera przyswajanie języków obcych.

Jak wykorzystać książki w nauce języka angielskiego i innych?

Trochę potrwało zanim przeczytałem swoją pierwszą książkę w całości po angielsku. Dokładnie nie pamiętam, ale minęły raczej lata niż miesiące od rozpoczęcia nauki. Niepotrzebnie. Popełniłem błąd – od początku chciałem czytać trudne i ambitne rzeczy w oryginale. Nakupowałem sobie jakieś klasyki typu Szekspir albo Dickens zamiast zacząć od czegoś prostszego i bardziej współczesnego. Nie doceniałem też tzw. graded readers, czyli uproszczonych, krótszych wersji popularnych książek dla uczących się języka.

Dzisiaj nie wyobrażam sobie nie przeczytania po angielsku kilku-kilkunastu książek rocznie. Niektóre z nich opisuję w cyklu [food for thought] – wkrótce kolejne.

Nie wyobrażam sobie też, żeby dogłębnie nauczyć się jakiegokolwiek języka obcego bez czytania książek. Chodzi zresztą nie tylko o rozwijanie umiejętności czytania ze zrozumieniem czy słownictwa, ale też niezaprzeczalną przyjemność z obcowania z inną kulturą, innymi problemami, innym podejściem do świata czy innym stylem opowiadania historii.

Jak wykorzystać książki w nauce języka angielskiego i innych? Mam kilka praktycznych rad.

1. Na odpowiednim poziomie

Książki w oryginale można zacząć czytać bardzo szybko po rozpoczęciu nauki języka obcego. Muszą być to jednak wydawnictwa dostosowane do naszych potrzeb, na przykład wspomniane wcześniej graded readers. Wiele z nich jest wydawanych w komplecie książka plus audiobook – można najpierw przeczytać, a potem posłuchać. Albo czytać i słuchać jednocześnie.

To ważne, żeby dobrać poziom trudności tekstu do własnych możliwości. A jeśli chcemy koniecznie być ambitni, wybierzmy coś odrobinę ponad nasz obecny poziom. W każdym razie, nie polecam Szekspira, Dickensa czy Conrada w oryginale na wczesnych etapach nauki.

Po prostu przepaść między językiem, którego używają, często bardzo niewspółczesnym i niełatwym do zrozumienia nawet dla Anglików czy Amerykanów, a naszymi możliwościami będzie zbyt duży. Po co się frustrować? Po co boksować pod górkę?

2. Z przyjemnością

Próbowałem sobie przez dłuższy czas przypomnieć, jaka była pierwsza angielska książka, którą przeczytałem. Niestety nie pamiętam. Co ciekawe, pamiętam jak dziś, jak kilka dni spędziłem kiedyś na przeczytaniu od deski do deski amerykańskiego tygodnika „Time”. Pamiętam to dokładnie, bo tak mnie to kręciło, gdy byłem nastolatkiem.

Empik com zagraniczne książki - angielski, niemieckiMógłbym wymienić wielu autorów, których przeczytałem potem po angielsku z niebywałą przyjemnością, np. „In Cold Blood” Trumana Capote, „The Road” Cormacka McCarthy, „The Kite Runner” Khaleda Hosseini, „Things Fall Apart” Chinua Achebe, „Into Thin Air” Jona Krakauera, książki Malcolma Gladwella czy Nassima Nicholasa Taleba.

Będzie nam się dużo trudniej czegokolwiek nauczyć, jeśli będziemy czytać rzeczy narzucone przez innych, przypadkowe albo niezgodne z naszymi zainteresowaniami. Nie będzie tego pozytywnego ciągu.

Każdy ma w tym względzie własne doświadczenia, ale ja po sobie zauważyłem, że po wyjściu z systemu formalnej edukacji, w której to program i nauczyciele decydują, co i kiedy czytać oraz jak interpretować, czytam znacznie więcej, znacznie chętniej i znacznie głębiej. I po polsku, i po angielsku. Bierze się stąd, że jest w tym element przyjemności, autonomii i autentycznej ciekawości.

W każdym razie, sugeruję, żeby sprawić sobie tym czytaniem po angielsku czy w innym języku przyjemność. Jeśli lubimy Stephena Kinga, być może warto zacząć od jakiejś jego książki w oryginale. Albo jakiś romans? Może kryminał? Albo „Harry Potter”? Albo opowiadania (= short stories) na podstawie ulubionego serialu? A może literatura faktu? Biografia? Albo coś z działu psychologia / self-help? Coś związanego z pracą?

3. Rób notatki

Jestem maniakiem robienia notatek i od dawna uważam, że to jedna z podstawowych umiejętności w procesie uczenia się. Do dzisiaj lubię mieć w zanadrzu jakiś notatnik albo Evernota na smartfonie lub w laptopie.

Jak dla mnie książki to nie tylko język, czyli słówka, zwroty czy gramatyka w praktyce, ale też źródło informacji i inspiracji. Na wczesnych etapach uczenia się większość moich notatek stanowiły sprawy językowe – byłem skupiony na angielskim. Dzisiaj proporcje kompletnie się odwróciły. Zdarza mi się wciąż zanotować jakieś słówko czy zwrot, ale przez większość czasu notuję jakieś fajne pomysły, tezy, fakty lub dane, które pojawiają się w książkach, które czytam po angielsku.

Tak czy inaczej, obfite notatki to sposób na to, żeby trochę popracować z książką i z językiem obcym, żeby się trochę „aktywizować”.

4. Skonfrontuj się

Niektóre graded readers zawierają sekcję z pytaniami o zrozumienie treści. To jeden ze sposobów, żeby pobudzić uczącego się nie tylko do czytania, ale też weryfikowania, czy wszystko rozumie. Na tym etapie takie dodatkowe wsparcie jest bardzo przydatne.

Obcojęzyczne książki w oryginale, w nieuproszczonej wersji, nie mają oczywiście takich dodatków. Jeśli zależy nam jednak na zrobieniu czegoś więcej niż tylko przeczytaniu dla siebie tekstu, ewentualnie zrobieniu notatek, możemy spróbować zajrzeć do recenzji i na fora internetowe w internecie. Co o książce myślą inni? Czy tak samo ją zrozumieli? Czy spodobały im się te same fragmenty? Czy zanotowali te same cytaty?

Jednym z miejsc, gdzie ludzie z całego świata dzielą się swoimi ocenami i przemyśleniami o książkach, jest serwis GoodReads.com. Inne godne uwagi to LibraryThing.com. Może warto założyć tam profil i „dokumentować” swoje przygody z angielskimi książkami ćwicząc przy tym w niebanalny sposób język?

5. Nie tylko tekst

Książka w ostatnich latach przeszła nieprawdopodobną metamorfozę. Osobiście nie mam problemu z nowymi formatami i technologiami, np. audiobookami czy e-bookami. Bardzo lubię również niebanalne komiksy, np. „Perspepolis” Marjane Satrapi.

Marjane Satrapi Persepolis

Pierwsza strona „Persepolis”

Moim zdaniem warto korzystać z tej różnorodności. Język to nie tylko tekst. Wiele wydawnictw wykonało naprawdę mnóstwo pracy, żeby dostosować książki do współczesności. Tak jak pisałem, do graded readers dodawane są często płyty z nagraniem w wykonaniu wysokiej klasy lektora. Komiksy, książki fantasy czy książeczki dla dzieci potrafią być prawdziwą ucztą dla oka.

Dzięki tej różnorodności – i tematycznej, i stylistycznej, i technologicznej – książki to wyjątkowo konstruktywne środowisko do uczenia się języków obcych. Nie twierdzę, że w tym względzie książki wygrywają z grami komputerowymi, filmem czy muzyką – to też świetne nośniki i wszystkie mogą pomóc się rozwijać językowo.

[nie ma głupich pytań] #002 Jak używać wyrażenia „get some extra performance”? Czy „judge” i „gauge” są synonimami?

Jakiś czas temu napisał do mnie Bartek:

Pierwsze moje pytanie dotyczy zwrotu „to get an extra performance”, który oznacza zwiększyć wydajność. Ze zwrotem tym spotkałem się niedawno, kiedy oglądałem wywiad z jednym z twórców Apple, który mówił, że starał się zwiększyć wydajność komputera, nad którym pracował. Chciałem się zapytać, czy ten zwrot odnosi się tylko do urządzeń, czy może odnosić się do ludzi – w sensie, że ludzie np. mogą pracować bardziej efektywnie.

Drugie moje pytanie dotyczy słowa „gauge” – w znaczeniu oceniać. Czy można to słowo stosować zamiennie ze słowem „judge”, np. czy można powiedzieć „I shouldn’t gauge myself” zamiast „I shouldn’t judge myself”. Nie jestem jakoś zaawansowany z angielskim, ale zawsze jak poznaję jakiś zwrot, to lubię go często wykorzystywać zamiast zwrotów standardowo używanych”.

Bartek,

Przede wszystkim gratuluję dociekliwości w sprawach językowych – to jedna z cech, dzięki której robimy postępy.

Niedosłowny angielski

Pierwsze pytanie jest naprawdę świetne. W gruncie rzeczy dotyczy tego, czy możemy używać angielskiego kojarzonego z jedną dziedziną (w tym przypadku techniką / technologią) w innej dziedzinie.

Generalna odpowiedź brzmi – jak najbardziej tak. Język angielski jest bardzo, ale to bardzo metaforycznym językiem. Pojęcia z jednej dziedziny, szczególnie jeśli jest popularna, szybko przenikają do innych dziedzin. Rzućmy okiem na kilka przykładów.

A) „Starting our burger business was a home run.”

„Home run” to pojęcie wzięte z baseballa – oznacza takie odbicie piłki przez pałkarza, że zdobywa wszystkie cztery bazy i punkt dla swojej drużyny. To stosunkowo rzadka sztuka i wielki sukces. W naszym przykładzie odnosi się to jednak nie do sportu, tylko do robienia interesów i oznacza – w tym kontekście – świetną decyzję. Wyrażenie bez problemu „przeskoczyło” z jednej dziedziny do drugiej.

B) „Sean has 20 years of experience in energy engineering. He really knows the ropes.”

Know the ropes co to znaczy po polsku?„Know the ropes”, czyli „znać się na rzeczy”, wywodzi się z języka marynarzy (dosłownie: znać się na węzłach). Anglicy przez stulecia byli potęgą morską (= sea power) i do codziennego języka przedostało się sporo wyrażeń związanych z życiem na morzu (= seafaring). Co ciekawe, są coraz rzadziej używane. Ta tradycja powoli odchodzi w zapomnienie i ustępuje miejsca innym „inspiracjom”.

C) „I’m so frustrated with my job. I’m getting ready to press my reset button

Zwróćmy uwagę na użycie zwrotu „press my reset button”. Nikt z nas nie ma – niestety – guzika, za pomocą możemy zresetować się tak samo jak resetujemy komputer. Ale język związany z informatyką stał się tak ważną częścią naszej rzeczywistości, że „przeskoczył” do innych dziedzin. Coraz częściej mówimy i myślimy w kategoriach komputerów, systemów czy algorytmów.

Zresztą wyrażenie z Twojego pytania, czyli „get some extra performance” bierze się z tego samego źródła, czyli technologii. Jakiś menadżer może powiedzieć na spotkaniu: „Our sales are stagnating. Looks like we need to get some extra performance from our sales team”.

Zmienniki czy nie?

Co do drugiego pytania, wydaje mi się, że „gauge” i „judge” to nie są w 100% zamienniki.

Zacznijmy od spojrzenia na słownik (Longman Online):

Co oznacza judge po angielsku? Synonimy

Co to znaczy gauge po angielsku? Synominy

Pierwszy wniosek – znaczenie „to judge” jest bliższe „oceniać”, „osądzać”, natomiast „to gauge” „przewidzieć”, „określić” oraz „mierzyć”.

Druga rzecz to częstotliwość, z jaką te słowa są używane. „Judge” należy to 2000 najczęściej używanych angielskich słów w mowie, i 3000 najczęściej używanych angielskich słów w piśmie. Informuje o tym oznaczenie w prawym górnym roku. Łączy się również z wieloma innymi słowami w przydatne i popularne kolokacje. „Gauge” nie jest tak popularne.

Co z tego wynika? Na mój gust nie można powiedzieć „You shouldn’t gauge him so harshly” w znaczeniu „Nie powinnaś go tak ostro oceniać”. To jest miejsce dla „judge” – „You shouldn’t judge him so harshly”.