Archive

Monthly Archives: Wrzesień 2012

Jaka jest różnica między FCE a CAE?

Czy różni się egzamin FCE od CAE? Który egzamin z angielskiego lepiej zdawać? Czy ich poziom jest zupełnie inny? Czy można zdawać od razu CAE, bez zdania najpierw FCE? Takie pytania pojawiają się ze strony studentów szukających najlepszego egzaminu dla siebie bardzo często. Nie na wszystkie da się jednoznacznie odpowiedzieć.

Oba egzaminy organizuje Cambridge ESOL, organizacja z Wielkiej Brytanii znana na całym świecie z certyfikowania znajomości języka angielskiego. Oba egzaminy mają podobną strukturę złożoną z pięciu komponentów – słuchanie, czytanie, pisanie, mówienie i struktury (Use of English). Tyle podobieństw – a teraz jakie są różnice między FCE a CAE?

FCE i CAE w Europejskich Ramach Językowych

Każdy, kto uczy się języków, spotkał się z tajemniczymi oznaczeniami kursów typu B1, C2, itp. To symbole Europejskich Ram Językowych – dokumentu, który określa, co należy umieć na określonych poziomach znajomości języka obcego. A1 to zupełny początkujący, C2 to biegłość językowa. Gdzie są egzaminy FCE oraz CAE?

FCE to egzamin na poziomie B2 – to oznacza, że uczeń powinien być niezależny w użyciu języka. Powinien rozumieć teksty, nawet te bardziej złożone, kontrolować struktury oraz porozumiewać się w wielu życiowych sytuacjach.

CAE to egzamin na poziomie C1 – to oznacza, że uczeń powinien być biegły. Nie tylko niezależny, ale biegły w języku obcym. Co to znaczy w praktyce? Na pewno dłuższe teksty o trudniejszej tematyce, na pewno konieczność radzenia sobie w mniej przewidywalnych sytuacjach oraz jeszcze lepszą kontrolę struktur.

Co ciekawe, i widać to na dokumentach Cambridge ESOL, oba egzaminy trochę się przenikają. Otóż, kandydaci, którzy zdali FCE na najwyższą ocenę (A) mają znajomość języka na poziomie nachodzącym na C1.

Czy różnią się egzaminy?

CAE jest dłuższy niż FCE. Czytanie, pisanie oraz test struktur trwają dłużej. Powód jest prosty – kandydaci muszą zmierzyć się z większą ilością tekstu. Nie jest to zresztą tylko kwestia ilości – ich treść jest dużo bardziej wymagająca, zarówno jeśli chodzi o zaawansowanie językowe, jak i tematykę. Więcej wysiłku będzie wymagać też odpowiedzenie na pytania – mogą być bardziej podchwytliwe, wymagające logicznego czy krytycznego myślenia, a nie tylko odnalezienia informacji w tekście (jak bywa na FCE).

umiejętność FCE CAE
czytanie 60 minut 75 minut
pisanie 80 minut 90 minut
struktury (Use of English) 45 minut 60 minut
słuchanie ok. 40 minut ok. 40 minut
mówienie ok. 15 minut ok. 15 minut

Słuchanie jest bardziej naturalne w sensie szybkości mówienia czy akcentów. W połączeniu z trudniejszymi pytaniami oraz większą ilością treści oznacza to, że mniej biegłe osoby mogą mieć trudności ze śledzeniem ich sensu.

Większy jest zakres struktur testowanych w części Use of English. Nie będzie to może coś zupełnie nieznanego kandydatowi do FCE, ale wielu rzeczy może nie ćwiczyć pod kątem testu, a wtedy trudniej takie zadania rozwiązać. Podobnie jest z zadaniem na słowotwórstwo – więcej wymagających, nieoczywistych rzeczy.

Do tego pisanie oraz mówienie, w którym punktowane są precyzja oraz kontrola nad językiem. Musi być to kontrola tak duża, żeby potrafić poradzić sobie w różnych sytuacjach, również tych mniej przewidywalnych dostosowując do nich język. Podczas egzaminu CAE musimy być dużo bardziej elastyczni oraz twórczy w swoim użyciu języka niż przy FCE.

Czy mogę zdawać CAE, jeśli nie mam FCE?

Bez problemu. Taka jest właśnie moja historia – po około trzech latach uczenia się angielskiego przygotowałem się samodzielnie do CAE i zdałem go na ocenę B lub C – już nie pamiętam. Świadomie przeskoczyłem FCE. Każdy może zrobić to samo, ale warto mierzyć siły na zamiary. Do każdego z tych egzaminów trzeba się bardzo gruntownie przygotować – to poważne, wymagające testy oparte o jasne reguły i standardy. Oswojenie tych standardów to pierwszy krok do sukcesu.

Zdawać FCE czy CAE?

To kluczowe pytanie dla wielu uczniów. Nikt nie chce niższego certyfikatu, jeśli wyższy jest w zasięgu ręki. Przypomina mi się w tym momencie rozmowa z kursantką, której tzw. placement test (test diagnostyczny) wskazał poziom intermediate (wczesne B1), ale przyszła na lekcję próbną do grupy przygotowującej się do FCE.

Po zajęciach zapytała mnie o radę, co ze sobą zrobić. Powiedziała, że ona przecież całkiem nieźle rozumiała, co działa się na zajęciach FCE i może by sobie poradziła. Jest ambitna. Byłem przeciwko. Moim zdaniem nie chodzi tylko o to, żeby rozumieć, co się dzieje na zajęciach. Trzeba w nich aktywnie uczestniczyć i w pełni korzystać. Nie ma też co polegać na słomianym zapale z pierwszych zajęć – lepiej naprawdę dobrać grupę i poziom zbliżony do naszych umiejętności.

Tak samo jest z egzaminami. Najlepiej przeczytaj przewodniki po obu egzaminach (tutaj dla FCE a tutaj dla CAE) i przejdź przez przykładowe egzaminy. Choćby pobieżnie. Wybierz ten, z którym czujesz się bardziej komfortowo. W takim sensie, że realistycznie będziesz w stanie go zdać za sześć czy dziewięć miesięcy.

Angielski polskich dziennikarzy (cześć trzecia)

W poprzednich odcinkach tego cyklu pisałem o poziomie angielskiego takich dziennikarzy jak Bartosz Węglarczyk, Tomasz Lis, Kuba Wojewódzki, Magda Mołek, Olivier Janiak oraz Marek Niedźwiedzki. Każdy z nich ma ciekawą historię z językiem angielskim, choć nie każdy posługuje się nim z taką samą swadą i swobodą.

A jak jest w przypadku Wojciecha Manna, Grażyny Torbickiej, Jolanty Pieńkowskiej oraz Marcina Kydryńskiego?

Wojciech Mann / ocena: 5+

O ile mi wiadomo, Wojciech Mann jest z wykształcenia anglistą. Z tego, co wiem z opowiadanych przez niego anegdot, spędził też sporo czasu w Stanach Zjednoczonych, gdzie między innymi rozkręcił biznes remontowy. Tak, tak, Wojciech Mann remontował Amerykanom domy, choć jak sam przyznaje zupełnie się na tym nie znał.

Mann jest w zasadzie popularyzatorem języka angielskiego, szczególnie uczonego przez piosenki. Przez dłuższy czas prowadził w Dużym Formacie „Gazety Wyborczej” rubrykę, gdzie tłumaczył teksty znanych artystów.

W języku angielskim osiągnął poziom, który można nazwać nie tyle biegłością co własnością. Mówi prawdziwym, bezbłędnym angielskim, z pełną kontrolą nad tym, co i jak chce powiedzieć. To najwyższa szkoła jazdy. Niedawno słyszałem rozmowę, którą prowadził na żywo (wspólnie z inną osobowością radiową Janem Chojnackim) w audycji Piosenki bez Granic w Trójce. Ich gościem był znany artysta bluesowy z Wielkiej Brytanii. To była absolutna swoboda, lekkość i kontrola. Przyznał to zresztą sam gość.

Grażyna Torbicka / ocena: 5+

Grażyna Torbicka to prawdziwa dama polskiego dziennikarstwa kulturalnego. Jej cykl Kocham Kino z Tadeuszem Sobolewskim czy rozmowy z ludźmi kina robiły zawsze na mnie olbrzymie wrażenie.

Torbicka porusza się w angielski z fenomenalną gracją, która łączy doskonałą znajomość języka z wiedzą o kulturze i sztuce. W 2006r. prowadziła finał konkursu Miss World. Co ciekawe, zna też doskonale język włoski.

Jolanta Pieńkowska / ocena: 5+

Z jej angielskim zetknąłem się chyba tylko raz – prowadziła wtedy jeszcze Wiadomości w TVP1 i łączyła się na żywo z francuską korespondentką w bodajże Iraku lub Afganistanie. Rozmawiały po angielsku. Było to niezmiernie profesjonalne i w niczym praktycznie nie ustępowało niektórym międzynarodowym prezenterom CNN.

Nic dziwnego – zanim Jolanta Pieńkowska została dziennikarką telewizyjną, pracowała w amerykańskich liniach lotniczych jako stewardessa. Asystowała także amerykańskiemu ambasadorowi w Polsce.

Marcin Kydryński / ocena: 5+

Cudowne dziecko polskiego dziennikarstwa radiowego, Marcin Kydryński ma za sobą wieloletnią przygodę z fotografią oraz podróżowaniem, które wyraźnie go ukształtowały. Jeśli ktoś zna jego audycje w Trójce, wie, że ciągnie się za nim bardzo specyficzny, niepowtarzalny styl mówienia. Niezwykle kwiecisty, wielowarstwowy, obrazowy, z całym wysypem przymiotników, metafor i aluzji.

Najciekawsze w jego angielskim jest to, że potrafił przenieść do niego swój styl mówienia. Podobnie jak przy Wojciechu Mannie, uważam, że jest na poziomie własność (nie biegłość). Innymi słowy: ma swój angielski, który jest jednak w obrębie reguł gramatycznych i słownikowych. Polecam posłuchać jego rozmów z artystami.

Tyle o angielskim polskich dziennikarzy. W następnej serii zajmę się angielskim polskich polityków, m.in. Radosława Sikorskiego, Leszka Balcerowicza czy Kazimierza Marcinkiewicza.

Pomysł na lekcję angielskiego – jak wykorzystać salę komputerową

Jedna z najlepszych lekcji angielskiego, jakie przeprowadziłem odbyła się w sali komputerowej uczelni wyższej. Zaplanowałem ją tak, żeby oprócz komponentu językowego studenci mogli dowiedzieć się o czymś interesującym z branży i wykonać serię bardzo konkretnych zadań. Wyszły z tego bardzo angażujące zajęcia, które właściwie od pewnego momentu prowadziły się same. Jak wykorzystać w ten sposób salę komputerową?

Lekcja dla studentów informatyki o startupach

Zajęcia odbywały się w grupie studentów informatyki, w sali komputerowej, gdzie każdy ma dostęp do internetu, a nauczyciel dysponuje rzutnikiem. Model można powtórzyć w innych grupach. Jest to tylko kwestia wybrania innych materiałów, żeby odpowiadały poziomem i treścią do zainteresowań uczniów. Przyszli informatycy to trudna publiczność – zblazowana, pewna siebie, wymagająca. Wiele innych grup studentów czy uczniów da się łatwiej porwać. Ale do rzeczy.

Krok pierwszy: co to jest start-up?

Zanim nawet odpalą komputery pada pierwsze pytanie. What is a start-up? What is a start-up company? Mają chwilę, żeby pomyśleć. Po chwili wspólnie ustalamy, że to młoda firma z innowacyjnym pomysłem, najczęściej robiąca coś nowego w internecie. Facebook, a nawet Google były kiedyś start-upami. W branży informatycznej to dość popularny temat. Każdy chciałby mieć start-up.

Krok drugi: przyjrzyj się jednemu start-upowi

Mam wcześniej przygotowaną listę stron internetowych dwudziestu start-upów (np. www.zaarly.com czy www.babelverse.com). Każdy wybiera numer, a ja przyznaję mu start-up. Nikt nigdy żadnego nie znał. Tu lista, której używam na zajęciach. Co dalej?

Tego typu firmy mają na swoich stronach dużo informacji typu: jak to działa, czym się zajmują, w czym to ludziom pomaga, itp. Są to krótkie teksty, minutowe filmy, proste demo systemu, przykłady zastosowań. Lekki, praktyczny angielski. Każdy student ma około 15-20 minut, żeby stać się ekspertem od swojej firmy. Ma przeczytać o niej wszystko, zrozumieć i – to bardzo ważne zadanie – w kilku zdaniach podsumować w edytorze tekstów (plik potem wyślą na mój email uniwersytecki lub szkolny).

Krok trzeci: giełda start-upów

Ok, teraz zaczyna się najlepsze. W tym momencie każdy zna tylko swój start-up. Jest potencjał do tego, żeby spotkać się z innymi (najlepiej jeden na jednego z każdym po kolei) i wymienić się wiedzą. Powstaje z tego swojego rodzaju giełda start-upów (tak lubię nazywać tą lekcję – start-up marketplace).

Mają komputery oraz dostęp do internetu, dlatego prezentacje funkcji serwisów z użyciem ich stron internetowych są jak najbardziej wskazane. Na koniec każdy ma znać każdy start-up. Mało tego! W trakcie rozmów ma oceniać (np. w swoich notatkach) firmy, o których mówią koledzy i koleżanki (np. w skali od 1-10). Ja proszę o ocenianie ich w dwóch kategoriach:

a) most useful for end users

b) best idea for business

Krok czwarty: wybieramy najlepszy start-up

Na koniec – a zajęcia trwają bez problemu 90 minut – na forum możemy zebrać głosy od każdego studenta czy ucznia i wybrać najlepszy start-up.

Krok piąty: opisujemy start-up, który nam się podobał najbardziej

Na zupełne zakończenie lub jako zadanie domowe wracamy do pliku tekstowego, w którym opisali już pierwszy start-up. Teraz muszą jeszcze napisać, który start-up jest ich zdaniem najlepszy i dlaczego. Pozwalam jednemu czy dwóm studentom przeczytać swoją opinię. Wszyscy całość wysyłają na mój email. Od razu przyznaję się, że nie czytam tych tekstów, żeby nie dodawać sobie pracy, tylko oceniam studentów w oparciu o zaangażowanie na lekcji (również jakość tekstów, które wtedy przeglądam).

Jak wybrać szkołę językową dla nastolatka?

Nie w każdej szkole publicznej nasze dziecko ma zapewniony angielski na wysokim poziomie. Czasem lekcji jest po prostu zbyt mało, żeby zaspokoić ambicje nastolatka. Czasem jest dokładnie przeciwnie – szukamy miejsca, które te ambicje trochę rozbudzi, bo zwykła szkoła sobie z tym nie radzi. Tak czy inaczej, szukamy prywatnej szkoły angielskiego, gdzie możemy liczyć na rozwój naszego dziecka. Jak wybrać dobry kurs językowy dla nastolatka?

1. W grupie z rówieśnikami czy z dorosłymi?

Jestem wielkim zwolennikiem zróżnicowanych grup na kursach angielskiego. Mam doświadczenia z grupami tylko dla nastolatków czy tylko dla kobiet (tak się raz złożyło) oraz z grupami mieszanymi. Dużo lepiej pracuje się z tą drugą kategorią. Co więcej, nie chodzi tu tylko o komfort pracy prowadzącego – ludzie po prostu dużo więcej się uczą, jeśli są wśród innych od siebie.

Zajęcia w grupie dla nastolatków nie muszą być nieudane, ale z doświadczenia wiem, że można się spodziewać kilku problemów. Wśród rówieśników odczuwają większą presję, żeby zachowywać się tak jak reszta. Perfekcyjnie się dostosują się do innych. Najczęściej oznacza to niechęć do wychylania się, starania się bardziej, przejmowania inicjatywy. Każdy boi się ośmieszenia, oceny innych, nie otwiera się tak bardzo jak w grupach mieszanych, gdzie przychodzą ludzie o dużo bardziej zróżnicowanym nastawieniu oraz celach, najczęściej dużo bardziej zmotywowani niż nastolatki.

W grupie złożonej wyłącznie z nastolatków dużo trudniej sprawić, żeby zajęcia były czymś więcej niż kolejną lekcją. Z takim nastawieniem przychodzi większość z młodych kursantów i ich przekonanie musi się potwierdzić. Trudniej tu osiągnąć długie rozmowy między kursantami – część nie ma jeszcze wyrobionych poglądów i mało własnych doświadczeń, inni są zbyt nieśmiali, żeby się otworzyć przed rówieśnikiem. Bezpieczniej dla lektora i uczniów jest po prostu wskoczenie w schemat robienia gramatyki lub ćwiczeń na słownictwo.

Z kolei jeśli w grupie jest kilka generacji oprócz nastolatków – studenci, osoby zaraz po studiach, ktoś w średnim wieku – nagle mamy dużo więcej do powiedzenia, bo każdy przynosi do klasy inne doświadczenia, inne spojrzenie, inne problemy. Rozmowa z kimś różnym od nas jest bardziej interesująca i przychodzi dość naturalnie, szczególnie nastolatkom, które boją się oceny rówieśników.

Dorośli uczestnicy kursu mają również wpływ motywujący. Są zazwyczaj dużo bardziej zdyscyplinowani, widzą jasny sens w swojej obecności na zajęciach, są nastawieni na konstruktywną współpracę. To nie są typowa atmosfera szkoły publicznej, gdzie angielski jest kolejną lekcją pomiędzy religią i biologią. Nie ma tu także transferu tej atmosfery do szkoły prywatnej, jak w przypadku wielu grup złożonych z rówieśników.

2. Jakie metody?

Jak będzie uczyło się moje dziecko? Jakimi metodami? To ważne pytania, na które warto poznać odpowiedź zadając je w sekretariacie szkoły lub przez telefon. Nawet jeśli do końca nie masz preferencji co do metod uczenia angielskiego, warto posłuchać, co mają do powiedzenia w szkole na temat metodologii.

Im więcej informacji zbierzesz (np. jaka książka, jakie priorytety na zajęciach, itp.), tym lepiej będziesz rozumieć za co płacisz. Odpowiedzi nie powinny być wymijające czy ogólnikowe – szkoła musi mieć pomysł na kursy. Przecież będą trwały kilka długich miesięcy i bez planu mogą zamienić się w chaos.

3. Czy szkoła organizuje kursy egzaminacyjne?

Nawet jeśli twoje dziecko nie będzie przystępować do żadnego egzaminu, warto wiedzieć, czy szkoła prowadzi takie zajęcia. Są one zazwyczaj najbardziej wymagające organizacyjnie. Trzeba do nich angażować doświadczonych lektorów. Tu nie ma przypadków. Szkoły, w których uczy się na tak wysokich poziomach i przygotowuje do oficjalnych certyfikatów, jak FCE czy IELTS, można obdarzyć trochę większym zaufaniem.

4. Native speaker, Polak a może na zmianę?

Nie mam wątpliwości, że obecność rodowitego Anglika czy Kanadyjczyka na zajęciach to mocny punkt dla wielu kursantów, szczególnie jeśli wcześniej nie mieli okazji używać angielskiego z naturalnym użytkownikiem tego języka. To zazwyczaj pozytywnie wpływa na motywację oraz ogólne poszerzanie horyzontów, choć zdarzają się polscy lektorzy, którzy potrafią osiągnąć co najmniej tyle samo bez angielskiego czy amerykańskiego rodowodu..

Ciekawy model to lekcje na zmianę prowadzone przez native speakera i polskiego lektora. Jeśli system jest dobrze zorganizowany, a nauczyciele współpracują, mogą połączyć swoje mocne strony, żeby jeszcze więcej przekazać. Różnorodność jest wartością samą w sobie przy uczeniu się języków – warto mieć różnych nauczycieli.

5. Lekcja próbna

Wyślij dziecko na lekcję próbną i z nim porozmawiaj. Każda szanująca się szkoła językowa daje możliwość bezpłatnego uczestniczenia w jednych zajęciach, a czasem w większej ilości. Nie musisz kupować kota w worku. Warto po prostu spróbować i posłuchać, co ma po wszystkim do powiedzenia nasze dziecko.

5 darmowych stron do nauki angielskiego (i jedna płatna)

W internecie da się nauczyć każdego języka za darmo. Angielskiego również. A może angielskiego przede wszystkim. Zapotrzebowanie na tego typu usługi jest tak duże, że wiele stron jest w stanie utrzymywać się z reklam, co oznacza, że użytkownik nic nie płaci.

Może nie zawsze materiały są pięknie przygotowane od strony graficznej, czasem natkniemy się na coś mniej wartościowego, ale jeśli potrafimy choć trochę odsiać rzeczy bezwartościowe, nasza nauka angielskiego może się praktycznie opierać o bezpłatne strony do nauki angielskiego. Poniżej pięć takich miejsc w internecie oraz jedna ciekawa płatna propozycja.

1. Fiszkoteka

To polski portal, który powstał za pieniądze unijne, a jego centralną częścią jest aplikacja do tworzenia i organizowania fiszek. Jeśli lubimy ten sposób na uczenie się słówek czy zwrotów, pomoże nam wyjść poza klasyczne fiszki.

Są dwa rodzaje kont – darmowe oraz premium. Możemy korzystać z biblioteki dostępnych fiszek na przeróżne tematy, ale serwis daje też możliwość stworzenia swojej kolekcji. W system wbudowane są dźwięki, więc bez problemu poćwiczymy też wymowę. Możemy też korzystać z interaktywnych quizów oraz systemu powtórek, o których będziemy dostawać powiadomienia na e-mail.

Sporo funkcji. Jeśli ktoś stawia na uczenie się z fiszek, warto zapoznać się ze wszystkimi funkcjami strony i dopasować do własnych celów.

2. Eng Vid

Eng Vid to połączenie starego i nowego w uczeniu języków. To, co stare, to biała tablica oraz lektor tłumaczący jakieś zagadnienie gramatyczne lub zestaw słownictwa. Ile to już razy słyszeliśmy tego typu wykłady?

To, co nowe, to forma przekazu – krótkie filmiki na kanale YouTube wbudowane w stronę, na której można zadać nauczycielom pytania, przećwiczyć materiał w różnego rodzaju quizach oraz podzielić się z innymi uczniami swoimi komentarzami. Całość za kompletną darmochę.

3. Kursy BBC

BBC nie trzeba nikomu przedstawiać. Jednym z zadań tej instytucji jest promowanie nauki języka angielskiego wśród obcokrajowców, szczególnie tych mieszkających na Wyspach lub myślących o przyjeździe.

Ilość oraz jakość materiałów BBC robi wrażenie, ale może być też – paradoksalnie – dezorientująca. Gdzie tu zacząć? Co jest ważne, co mniej ważne? Żeby uniknąć tego typu dylematów, warto gruntownie przejrzeć zestaw kursów i serii oferowanych przez BBC i wybrać coś dla siebie – pod względem poziomu oraz tematyki.

4. Breaking News English

Strona stworzona przez nauczyciela angielskiego uczącego w Azji. Oparta jest na prostym pomyśle – codziennie (lub prawie codziennie) pojawia się nowa lekcja zbudowana wokół jakiegoś bieżącego tematu. Na porządku dziennym są katastrofy, odkrycia naukowe, kontrowersje polityczne, itp.

Oprócz samego tekstu, który moglibyśmy znaleźć na tysiącu innych stron z newsami po angielsku, jest tu sporo ćwiczeń na słownictwo oraz czytanie ze zrozumieniem (szczególnie ważne dla przygotowujących się do egzaminów typu FCE) oraz możliwość odsłuchania historii.

5. English Grammar Secrets

Gramatyki nigdy nie za wiele. Jeśli zgadzasz się z tym stwierdzeniem zajrzyj na stronę English Grammar Secrets. To prosta strona utrzymująca się z reklam (bezpłatna dla użytkowników) oparta o aplikację do nauki najważniejszych zagadnień gramatycznych w angielskim.

Znajdziesz tu ciekawie skonstruowane zadania oraz część teoretyczną w przyjaznej dla oka szacie graficznej. Jest też możliwość zapisania się na kurs emailowy złożony z lekcji gramatyki angielskiej. Jest to na pewno sposób na dodatkowe ćwiczenie tego elementu.

6. LiveMocha

LiveMocha to płatny serwis. Jest to nowoczesna platforma do nauki języków, nie tylko angielskiego, zbudowana na zasadzie portalu społecznościowego. Jest mnóstwo treści (tekst + wideo) do nauki języka na różnych poziomach zaawansowania.

Oprócz zwykłej treści LiveMocha daje szereg możliwości urozmaicenia swojej nauki języka, dzięki czemu staje się ona dużo bardziej angażująca i autentyczna. W serwisie możesz wyszukiwać ludzi gotowych korespondować z tobą w języku, którego się uczysz. Możesz dzielić się swoimi zdjęciami, opiniami, komentarzami. Jednym słowem uczestniczyć w społeczności ludzi z całego świata uczących się języków, w tym angielskiego.

Rejestracja oraz kilka pierwszych lekcji jest darmowych, ale potem korzystanie z zasobów językowych jest płatne (życie towarzyskie na LiveMocha jest za darmo). Na mój gust ceny są bardzo przystępne (ok. $10 za dostęp do absolutnie wszystkich materiałów miesięcznie).

Jakie są najpopularniejsze metody uczenia angielskiego?

Jakimi metodami uczy się angielskiego w prywatnych szkołach językowych? Jakie metody są w tej chwili najpopularniejsze i dlaczego? Który sposób jest najkorzystniejszy z punktu widzenia ucznia? Często spotykam się z takimi pytaniami, szczególnie od osób, które zastanawiają się, jaki kurs wybrać.

W tej chwili królują trzy metody nauczania angielskiego – metoda komunikacyjna, metoda Callana oraz coś, co określa się mianem blended learning.

1. metoda komunikacyjna

Jakie są najpopularniejsze metody nauki angielskiego?

Jakie są najpopularniejsze metody nauki angielskiego?
photo credit: payalnic cc

Na kursie dydaktyki na anglistyce uczyłem się o egzotycznych metodach uczenia typu Suggestopedia, Total Physical Reponse czy Silent Way. W praktyce nigdy się z nimi nie spotkałem. Co ciekawe, nikt nigdy nie pytał mnie na rozmowach kwalifikacyjnych czy później, jakiej metody używam. A pracowałem dla renomowanych szkół prywatnych i uczelni wyższych.

W naturalny sposób zacząłem uczyć za pomocą najbardziej popularnej w tej chwili metody uczenia angielskiego – metody komunikacyjnej. Dlaczego tak się stało? Dlatego, że wokół niej zbudowane są najpopularniejsze w tej chwili podręczniki do angielskiego – New English File, Headway, Total English, Face2Face czy Language Leader. Stosują ją w trochę inny sposób, z naciskiem na inne umiejętności (np. English File – najważniejsze mówienie, Language Leader – duży komponent kulturoznawczy), ale jednak to różne rodzaje komunikacji są w ich centrum.

Metoda komunikacyjna czyli jaka? Uczenie w taki sposób, żeby każda nowa treść (gramatyka, słownictwo, itp.) znajdowała jak najszybciej ujście w komunikacji, najlepiej mówionej. Nie muszę osiągnąć perfekcji w użyciu nowych struktur gramatycznych, ale muszę je przećwiczyć w interakcji z innymi. Zajęcia mają jak najczęściej zamieniać się w zaaranżowaną sytuację, podczas której można coś powiedzieć czy współpracować przez język z innymi.

Brzmi fajnie, ale w praktyce bywa różnie. Metoda nie jest tak rygorystyczna, jak wcześniejsze metody oparte na gruntownej znajomości gramatyki oraz precyzji w doborze struktur i słownictwa, co widać między innymi w obniżaniu się standardów matury czy trudnościach z częścią Use of English na egzaminach typu FCE. Uczniowie mają się głównie dogadać. Mają być komunikatywni. A to można osiągnąć bez poprawności, bez perfekcji.

Dlatego z jednej strony metoda komunikacyjna jest kochana, bo pozwala szybko przełamać bariery językowe (tak powszechne jeszcze kilkanaście lat temu), a z drugiej strony pogardzana za to, że produkuje bardzo przeciętnych, niedoskonałych użytkowników języka.

Różnymi mutacjami metody komunikacyjnej uczy większość szkół prywatnych, publicznych oraz wyższych.

2. metoda Callana

Nigdy nie uczyłem metodą Callana ani się w ten sposób nie uczyłem. Polega ona na intensywnym ćwiczeniu głównie mówienia w oparciu o schematy językowe. Zajęcia to ciągła wymiana pytań i odpowiedzi na linii nauczyciel – uczniowie lub uczniowie – uczniowie. Zaczyna się od prostych scenariuszów i stopniowo dodaje kolejne struktury, wyrażenia, tematy. Dzięki intensywnemu powtarzaniu jest większa szansa, że nasza pamięć podchwyci i zapisze na dłużej całe sekwencje zwrotów po angielsku.

Brzmi fajnie, ale w praktyce bywa różnie. Metoda Callana jest oparta na powtarzaniu schematów, przez co nie pozostawia specjalnego pola do popisu dla naszej kreatywności. To po pierwsze dość nużące na dłuższą metę zarówno dla prowadzącego, jak i kursantów. Po drugie, wiele osób traktuje język jako coś więcej niż tylko wałkowanie schematów i najlepiej uczy się dzięki własnym skojarzeniom czy możliwości nieskrępowanego wyrażenia się. Callan ze swoim zoptymalizowanym systemem temu raczej nie sprzyja.

Są jednak tacy, którzy chwała sobie metodę Callana jako bardzo konkretną, intensywną i prowadzącą do jasnych rezultatów.

3. blended learning

Blended learning to przyszłość uczenia języka angielskiego i innych przedmiotów. To po prostu połączenie zajęć z żywym lektorem oraz zajęć wspieranych przez technologię, np. platformy e-learningowe albo kursy angielskiego online. Proporcje między jednym a drugim są do ustalenia, ale wyraźnie przesuwają się od lat w kierunku technologii.

Jak to wygląda w praktyce? Bardzo różnie. O ile mi wiadomo, metodą blended learning uczy znana szkoła SpeakUp – polega to mniej więcej na tym, że oprócz puli zajęć z lektorem (w niestałych grupach ze względu na możliwość indywidualnego doboru godziny zajęć), mamy także zajęcia na komputerach. To wewnętrzny e-kurs angielskiego przygotowany specjalnie przez tą firmę. Nic nie mogę o nim powiedzieć, bo go nie widziałem w akcji. Jeśli ktoś widział, zapraszam do komentowania.

Mam niewielkie doświadczenie w prowadzeniu pojedynczych zajęć z użyciem metody blended learning. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak łatwo przychodzi młodym ludziom (lekcje odbywały się na uczelni) współpraca z narzędziami internetowymi. I tym, jak bardzo się w nią angażują.

Brzmi fajnie, ale w praktyce bywa różnie. Nie jest na pewno tak, że rola nauczyciela angielskiego sprowadza się tu do wskazania, gdzie na komputerze zlokalizowane są ćwiczenia. Niestety, bywałem świadkiem tego typu zajęć. Chodzi raczej o wykorzystanie możliwości, jakie daje dostęp do internetu, platform e-learningowych oraz kursów angielskiego online. W jednym z przyszłych wpisów opiszę w szczegółach jedną z ciekawszych lekcji, jakie poprowadziłem w życiu, właśnie w stylu blended learning.

Jak zacząć lekcję angielskiego – 3 skuteczne sposoby bez wysiłku

Jak zacząć lekcję angielskiego ciekawiej? Jak zacząć lekcję inaczej? Od tego, jak rozgrzejemy uczniów, zależy ich nastawienie do nauki przez całą resztę zajęć. Słaby początek oznacza, że jedziemy pod górkę przez resztę lekcji. Dobry początek oznacza, że jedziemy z górki. Nie zawsze mamy czas na przygotowanie czegoś wyjątkowego. Co wtedy zrobić?

Jest kilka sposobów na prostą rozgrzewkę, która nie wymaga od prowadzącego praktycznie żadnych przygotowań.

Jak zacząć lekcję angielskiego?

Jak zacząć lekcję angielskiego? photo credit: katiew cc

1. Rozszyfrujcie angielskie skróty

Warto korzystać z tego, że angielski jest wszędobylski. Ludzie uczą się go praktycznie bezwiednie. Tak jest z całą masą angielskich skrótów, które weszły do codziennego użytku lub są powszechnie znane z innego powodu (np. dzięki pop kulturze).

Jak to wykorzystać na zajęciach? Przed rozpoczęciem lekcji napisz na tablicy 10-15 popularnych skrótów. Zróżnicuj poziom trudności. Od banalnie prostych, po bardziej intrygujące. Zadaniem uczniów jest rozszyfrowanie ich w parach. Im więcej, tym lepiej. Można z tego zrobić nawet jakieś zawody, jeśli lubisz tę formę pracy (ja nie bardzo).

Po kilku minutach, gdy entuzjazm do pracy w parach już trochę przygasa, przechodzimy do pracy na forum. Albo po kolei prosisz uczniów o rozszyfrowanie wybranego skrótu i tyle, albo dodatkowo wprowadzasz element współzawodnictwa na linii oni – ty. Jeśli jako grupa rozszyfrują wszystkie, wtedy czeka ich jakaś nagroda. Jeśli nie, zrobisz im dodatkową kartkówkę, zadasz więcej, będziesz wymagać, itp.

I tyle. Dobrze przeprowadzone, to zadanie może zająć ok. 15-20 minut i dobrze nastawić uczniów do reszty zajęć.

Przykłady skrótów, których używałem: DJ – OK – PC – MTV – SMS – SOS – DVD – ASAP – LOL. Jeśli uczymy języka branżowego warto wpleść skróty ważne dla wybranej dziedziny (np. branża finansowa: ATM, APR, IPO, M&A, itp.).

2. Trzy pytania

Każde zajęcia obracają się wokół jakiegoś tematu – dyktuje go albo materiał z podręcznika, albo sam prowadzący. Lubię zaczynać lekcję od trzech ogólnych pytań, które jakoś zahaczają o ten temat. Jeśli grupa jest rozgadana, trzy dobrze dobrane pytania wystarczą, żeby porozmawiali z 8-10 minut. Jeśli jest cicha, proszę, żeby każdy rozmawiał z każdym i traktował te pytania jak formę sondażu. Osobiście dużo bardziej cieszę się, jeśli wypali pierwsza opcja.

Nigdy nie podaję pytań na tacy, bo to gorzej działa. Zawsze jest w nich jakaś luka lub dwie, żeby kursanci musieli je przeczytać i już wykonać pierwszy wysiłek umysłowy. Uzupełnić je tak, żeby miały sens.

Na przykład zajęcia o rodzinie mógłbym zacząć od takich pytań:

a) Do you take ____________ your parents and how?
b) Are you f______________ in their footsteps in terms of career, lifestyle, ideals?
c) Do you get ____ well with everyone in your family?

Pierwsze zadanie to uzupełnienie luk – w parach, niech zapiszą sobie pytania w notatnikach. Po chwili sprawdzamy (after, following, on). Zachęcamy, żeby rozmowa nie była powierzchowna i dajemy 5-10 minut na pogadanki.

3. How do you understand it?

Wszystko, czego potrzebujesz, żeby zacząć w ten sposób zajęcia to 3-4 cytaty, powiedzenia lub przysłowia, które z jednej strony są bardzo wymowne (np. zawierają mocną metaforę), a z drugiej wymagają, wręcz proszą się o wyjaśnienie. Najlepiej, żeby każdy miał coś innego, żeby każdy mógł rozmawiać z każdym, ale jeśli jesteśmy tego dnia naprawdę leniwi, wystarczą 3-4 takie inspiracje zapisane na tablicy.

Pytanie do publiczności jest proste. How do you understand it? Co to oznacza w praktyce? Wytłumacz mi to innymi, swoimi słowami, podaj przykład, skomentuj jakoś. Jeśli cytaty są w jakiś sposób poruszające czy kontrowersyjne, powinno zadziałać, szczególnie w inteligentnych, chętnych do działania grupach.

Kilka przykładów, które sprawdziły się w praniu:

„When life gives you lemon, learn to make lemonade”
„There is no such thing as bad weather. Only bad clothes”
„Rome wasn’t built in a day”
„All things at first appear difficult”

Jak tanio kupić angielskie książki w Polsce?

Czytanie w oryginale to wielkie osiągnięcie. Literatura, a nawet prasa, to wyższy poziom wtajemniczenia i naprawdę niewielu uczących się angielskiego dociera to tego poziomu. A szkoda, bo czytanie książek, gazet czy internetu po angielsku to wielka przyjemność.

Zresztą nie da się nauczyć języka, angielskiego ani żadnego innego, bez czytania. To po prostu niemożliwe. Jeśli nie lubisz mówić po polsku, pewnie nie będziesz nigdy wielkim mówcą po angielsku. To samo z czytaniem – jeśli nie czytasz po polsku, czytanie po angielsku też może sprawiać ci trudności.

Jak tanio kupić angielskie książki w Polsce, jeśli chcesz posmakować czytania w oryginale?

1. Brytyjski Amazon

Amazon to gigantyczny supermarket, który króluje w sprzedaży praktycznie wszystkiego przez internet. Nie ma jeszcze polskiej wersji (jest zapowiadana), ale bez problemu kupimy książki czy inne produkty w Amazonie brytyjskim. Mają fantastyczne ceny, a na dodatek darmową przesyłkę do Polski przy zamówieniach powyżej 25 funtów.

Jeśli dużo czytamy po angielsku, nie ma moim zdaniem lepszego sposobu na kupienie tanich książek w oryginale. Za około 5-6 funtów (czyli jakieś 25-30zł) kupimy nowego paperbacka (książkę w miękkiej oprawie) z bezpłatną dostawą do domu, jeśli wartość zamówienia przekroczy 25 funtów.

Jeśli ktoś zna tańszy i wygodniejszy sposób na tanie książki po angielsku (na dodatek nieużywane), chętnie poznam. Wiem, że są inne księgarnie internetowe, choćby BookDepository.com, ale dla mnie wyraźnie przegrywają w konkurencji na ceny.

2. aukcje Allegro

Jest co najmniej kilkunastu sprzedawców na Allegro, którzy wyspecjalizowali się w sprowadzaniu używanych książek po angielsku. Regularnie latają do Londynu czy Edynburga i sprowadzają hurtowe ilości wszelkiego typu literatury. Jeśli ktoś był w Wielkiej Brytanii, wie, jak łatwo kupić na miejscu tanie używane książki. Małe antykwariaty to bardzo popularny widok.

Ceny na Allegro uzależnione są od stanu książki oraz chodliwości tytułu. Można trafić na niezłe oferty, po 5-10zł za tytuł, ale sprzedawcy zazwyczaj cenią się dużo wyżej. Poza tym musimy opłacić koszty przesyłki. Zanim odkryłem brytyjski Amazon, zostawiłem na Allegro kilkaset złotych.

Wadą kupowania na Allegro lub na stronach handlarzy używanymi książkami jest ograniczony wybór. Jesteśmy trochę uzależnieni od dostaw z UK. Amazon to pod tym względem nieprzebrane bogactwa i praktycznie nieograniczony wybór. Na dodatek mają sprytny system rekomendowania książek, które mogą cię zainteresować oraz przydatną listę życzeń.

3. Antykwariaty, w tym latające

Angielskie książki sprzedają niektóre antykwariaty. Jest kilka, które specjalizują się tylko w takim asortymencie. Ceny muszą być wyższe niż na Allegro (lokalizacja, pracownicy), ale czego nie robi się dla atmosfery.

W Poznaniu jest jeden latający antykwariat z używanymi książkami po angielsku. To dwie panie-pasjonatki, które prowadzą działalność polegającą na rozkładaniu się z małym stoiskiem na uniwersytetach. Mają spory wybór, doradzają (tam odkryłem np. fenomenalną książkę Kite Runner napisaną przez Khaleda Hosseini, ciekawostka: kiedyś Donald Tusk wspomniał, że to jedna z jego ulubionych książek ostatnich lat). Niestety, ceny mają raczej wysokie. Czasem jednak u nich kupuję, żeby pomóc ich interesowi przetrwać.

4. Księgarnie językowe, Empik i inni

W Empiku czy księgarniach językowych można kupić angielskie książki, ale rzadko można je kupić tanio. Duże, sieciowe sklepy w Polsce narzucają bardzo wysokie marże, które osobiście omijam szerokim łukiem, chyba że potrzebuję czegoś natychmiast. Wtedy zdarza mi się skorzystać z ich oferty.

4 proste pomysły na pierwsze zajęcia z angielskiego w roku szkolnym

Co zrobić na pierwszych zajęciach z angielskiego? Jak zacząć kurs po wakacjach? Na pierwszych zajęciach ludzie się zazwyczaj nie znają, nie mamy do dyspozycji podręcznika i każdy oczekuje czegoś luźniejszego, wprowadzającego. Kilka minut, na początek lub koniec lekcji, można poświęcić na sprawy organizacyjne, ale co zrobić z resztą czasu?

Jestem wielkim przeciwnikiem oficjalnego przedstawiania się każdego z osobna na forum. Nawet jeśli jest po angielsku. To zazwyczaj bezsens. Wszystkie oczy nagle kierują się na mnie, nie wiem co powiedzieć, palnę kilka banałów, żeby tylko zrzucić z siebie ten obowiązek. Tak odczuwają to kursanci.

Co zrobić na pierwszej lekcji na kursie po wakacjach?

Co zrobić na pierwszej lekcji na kursie po wakacjach? photo credit: .the guarded eye. cc

A najgorsze jest to, że po takim wprowadzeniu nic nie zostaje – nie pamiętamy imion innych uczniów, nie zostaje po tym żadne pozytywne wrażenie. Nie tak powinny wyglądać pierwsze zajęcia. A jak mogą wyglądać?

1. łańcuszek imion

To dla mnie najprostszy, najskuteczniejszy i najzabawniejszy sposób na zapamiętanie imion kursantów na pierwszych zajęciach oraz wywołanie pierwszych rozmów. Jak to działa?

Wchodzę do sali pełnej nieznanych mi twarzy. Przedstawiam się i pytam, po angielsku, czy znają jakąś metodę nauczenia się kilkunastu imion w kilka minut. Pomysły, żeby każdy się przedstawił z osobna zbywam tym, że to nie działa – wystarczy wejść na pierwszą lepszą imprezę, na której nikogo nie znamy i przedstawić się każdemu z osobna. Na koniec nic nie będziemy pamiętać. A więc nikt nie ma dobrego pomysłu. Mówię, że ja mam. Uwaga uczniów skupiona.

Na czym polega zabawa? Jest banalnie prosta. Uczeń siedzący po twojej lewej stronie ma powiedzieć swoje imię i dodać jedno słowo po angielsku, które jakoś do niego pasuje, jakoś go opisuje, itp. Na przykład: Karol – talent. Kursant obok musi powtórzyć imię kolegi, jego słowo, dodać własne imię i własne słowo. Na przykład: Karol – talent – Basia – accounting. I tak dalej. Ostatni w tym łańcuszku ma oczywiście najgorzej. Uwaga! Nie ma zapisywania na kartce – totalne skupienie.

I co, to wszystko? Nie – jak już ostatni kursant się przedstawi i wymówi imiona i słowa wszystkich, następuje druga część. Przecież imiona to za mało, trzeba się poznać lepiej. Niech każdy przedstawi każdemu oraz wypyta o to magiczne słowo (np. talent czy accounting). Chodzi o to, żeby dowiedzieć się trochę o innych używając tego słowa jako trampoliny.

A na koniec, na forum, poproś kilka osób, żeby powiedziały parę słów o innych. Ile pamiętają? Dobrze przeprowadzone zadanie może trwać w całości nawet 45 minut i wszyscy widzą w nim sens.

2. Tea or coffee

Nie jestem fanem pytań wziętych z kosmosu typu „What would you do if you were attacked by a crocodile?”, a już na pewno nie na pierwszych zajęciach, ni z gruszki, ni z pietruszki. Zamiast tego warto dać ludziom coś bliższego ich codzienności, wymagającego mniej wysiłku, żeby się wczuć w sytuację. Po prostu coś adekwatnego do ich doświadczeń.

Żeby wywołać dłuższą i przyjemniejszą rozmowę, pytania muszą jednak zawierać dozę wyobraźni, lekkości, niekonwencjonalności. Powinny też dawać kursantom możliwość rozwinięcia wypowiedzi, odejścia w bok, a nie tylko krótkiej odpowiedzi.

Na pierwszych zajęciach używam często kwestionariusza zorganizowanego na zasadzie przeciwieństw. Co mam na myśli?

a) Are you a coffee or tea person?
b) Are you a morning or an evening person?
c) Are you a dogs or cats person?
d) Are you a Lennon or McCartney person?
e) Are you a Pepsi or …….?
f) …..

Takich sprzeczności można znaleźć więcej – ja co najmniej 5 mam gotowych, 3 są tylko częściowo zrobione, a 2 zostawiam zupełnie puste dla kursantów. Z takim zestawem dziesięciu szerokich pytań łączę ludzi w pary, żeby się lepiej poznali. Zachęcam, żeby rozmowa nie sprowadzała się do jednego słowa odpowiedzi.

Dobrze przeprowadzone, to zadanie może zająć 20-25 minut, włącznie z odsłuchiwaniem opowieści o innych kursantach na forum.

3. ważne liczby

Na koniec trochę organizacji, ale w mniej oczywistej formie. Przyglądam się całości kursu, ilości spotkań, długości każdej lekcji, ilości dużych egzaminów, ważnym datom w trakcie kursu, itp. Wyciągam około dziesięciu takich faktów i zapisuję na tablicy. Zapisuję same liczby lub pojęcia – bez wytłumaczenia, co oznaczają.

To już zadanie dla kursantów. Moją razem z partnerem domyślić się, zgadnąć lub spekulować, co jest czym. Na pewno wszystkich nie uda im się ustalić, ale kilka powinni bez problemu. Przy okazji jest to okazja dla nas, żeby poruszyć – tak trochę by the way – sprawy organizacyjne.

4. co ważniejsze

Jeśli jest dobry moment, żeby rozmawiać z ludźmi bezpośrednio o ich doświadczeniach związanych z uczeniem się angielskiego czy motywacją, są to pierwsze zajęcia. Każdy coś ma na ten temat do powiedzenia, jeśli nie o swoich poprzednich szkołach, to o przekonaniach dotyczących tego, jak skutecznie się uczyć.

Ja robię to na zasadzie suwaka, który mogą sobie przesunąć w którymś kierunku. Bo ta strona jest dla nich ważniejsza, bo tego chcieliby więcej. Muszą oczywiście porozmawiać o tym z partnerem, uzasadnić dlaczego, itp. Daję im kilka kategorii, np.:

a) grammar vs speaking
b) handbook vs free style
c) homework vs no homework

Oczywiście to tylko dyskusja, bo ja dobrze wiem, czego będę wymagać i na co będę kłaść nacisk. Kiedy kursanci zwierzają się na forum ze swoich rozmów, mamy okazję opowiedzieć im swoją wersję wydarzeń, która będzie wiążąca.

Polak czy native speaker – kto lepszy jako lektor angielskiego?

Czy lepiej mieć zajęcia z angielskiego z polskim nauczycielem czy native speakerem? Czy rodowity Anglik, Kanadyjczyk albo Amerykanin nauczy nas języka lepiej, szybciej, skuteczniej niż wykształcony na anglistę Polak?

Fajnie byłoby mieć na ten temat jakieś badania, ale nie znam żadnych. W sieci nie znalazłem nic więcej poza ogólnymi opiniami innych na ten temat opartych na mniej lub bardziej wnikliwych obserwacjach i doświadczeniach.

Na swoich doświadczeniach jako uczeń oraz lektor angielskiego chciałbym oprzeć swoją odpowiedź. A więc z kim się lepiej uczyć – z Polakiem czy native speakerem?

Moje doświadczenia jako uczeń

I w liceum, i na anglistyce miałem regularny kontakt z obydwoma typami nauczycieli. Polscy nauczyciele mają przygotowanie pedagogiczne, warsztat oraz jasną dyscyplinę pracy. Jeśli dodatkowo znają świetnie język angielski i potrafią zarażać pasją do kultury anglosaskiej, mają wszystko, co potrzebne, żeby skutecznie uczyć się języka.

Przygotowanie pedagogiczne daje im narzędzia do zorganizowanego uczenia innych. Przecież to, że ktoś zna od dziecka angielski (czy polski), nie znaczy, że wie, jak przekazać tę wiedzę innym. A na tym polega rola lektora. Bez warsztatu dydaktycznego zajęcia to może być chaos. Nawet jeśli raz czy drugi się uda, z lekcji na lekcję nie będzie konsekwencji, ciągłości, pomysłu na dłuższy proces.

Polskich lektorów pamiętam jako bardziej zorganizowanych, poukładanych, wymagających i wykorzystujących świadomie narzędzia do uczenia, choćby zadania domowe czy kartkówki.

A native speakerzy? Nie można powiedzieć, że nie mają przygotowania do uczenia. Najczęściej są po kursach CELTA lub ich odpowiednikach, mają jakieś wcześniejsze doświadczenia. Na pewno wzbudzają olbrzymi entuzjazm i radość z uczenia się języka. To przecież niesamowita przyjemność porozumieć się z obcokrajowcem. Są ciekawi, są inni, są intrygujący.

Doskonale nadają się do przełamywania barier w komunikacji w języku obcym. Nie da się ich zapytać po polsku, jak powiedzieć po angielsku to czy tamto. Większość z nich jest bardzo komunikatywna i trochę unika uczenia gramatyki – lekcje są zazwyczaj mówione i mniej wciśnięte w ramy podręcznika czy programu.

Oprócz różnic trochę charakterologicznych, jest jeszcze ważna kwestia wymowy. Wiadomo – żaden Polak nie będzie mówił z londyńskim czy kalifornijskim akcentem, żaden Polak nie będzie dysponował taką samą dozą naturalności w operowaniu językiem jak native speaker. Tu jest niezbita przewaga obcokrajowców nad polskimi lektorami, przypieczętowana lepszą znajomością realiów, historii, kultury, codzienności Stanów, Kanady itp.

O ile na niskich poziomach nie ma to może aż takiego znaczenia, później potrafi coraz bardziej doskwierać.

Moje doświadczenia jako lektor angielskiego

Native speakerzy są bardzo lubiani. Nie wiem, czy są cenieni jako nauczyciele, ale na pewno są lubiani. Wnoszą ożywienie i odmianę do tradycyjnych zajęć. Silnie motywują, możliwe że właśnie dlatego, że są obcokrajowcami. Nagle to, co mówią, to czego uczą, staje się ważniejsze, atrakcyjniejsze, warte zapamiętania.

Skąd takie wnioski? Badań nie przeprowadziłem, ale przy powtórkach materiału zauważałem, że część zrealizowana przez native speakera jakoś mocniej zostawała kursantom w pamięci. Kojarzyli nawet moment, kiedy nauczyli się tego na zajęciach. Dużo trudniej było mi osiągnąć ten sam efekt, a nie żebym się nie starał.

Tylko że ten zapał trudno nauczycielom obcokrajowcom zamienić w coś systematycznego i uporządkowanego. Gorzej pracuje się z nimi w grupach przygotowujących się do egzaminów FCE lub innych i wszędzie tam, gdzie muszą trzymać się wymagań, formatów i programu. Wtedy oni też muszą uczyć szablonowo i ich blask trochę blaknie.

Wydaje mi się, że native speakerzy trochę słabiej sprawdzają się też w pracy z grupami, gdzie trudniej im poświęcić się każdemu z osobna, a cały proces wymaga większych umiejętności pedagogicznych. Na lekcjach indywidualnych albo w bardzo małych grupach łatwiej im wykorzystać swoje atuty.

Co bym zrobił dzisiaj?

Czy gdybym dzisiaj uczył się angielskiego, wybrałbym native speakera czy nauczyciela polskiego? Chyba zastosowałbym jakąś mieszankę – zacząłby uczyć się z Polakiem oraz na własną rękę i poruszał się jak najszybciej do przodu. Intensywnie korzystałbym z internetu, np. takich stron jak EngVid. Po jakimś czasie zacząłbym zmieniać nauczycieli, żeby mieć kontakt z jak największą ilością stylów bycia i mówienia.