Archive

Monthly Archives: Lipiec 2012

5 innych pomysłów na rozgrzewkę dla nauczycieli angielskiego

Warm-up na początku zajęć to absolutna podstawa. Gdzieś czytałem, że z badań wynika, że efektywność nauki angielskiego w grupach, w których na początku lekcji odbywa się krótka rozgrzewka, jest kilkakrotnie wyższa niż tam, gdzie jej nie ma. Od doświadczonej lektorki angielskiego usłyszałem natomiast, że nie ma problemu z przeznaczeniem nawet 15-20 minut z 90-minutowego bloku zajęć na luźny warm-up. I couldn’t agree more!

Rozgrzewka na 30 minut

Też potrafię nawet przez pół godziny rozgrzewać kursantów. Szczegónie jeśli są zaangażowani i widzę, że się rozpędzają. Po takim wstępie przeprowadzenie zaplanowanego tematu jest po prostu dużo prostsze. I szybsze.

Rozgrzewka przez pół godziny? Jak to możliwe? Możliwe, bo nie używam zupełnie standardowych metod typu find somebody who, call my bluff czy find 10 differences. Szczególnie jeśli pojawiają się po raz wtóry, nie dają ani uczniom, ani lektorowi żadnej radości. Dlatego nie sprawdzają się jako warm-upy.

Krytyczne rozgrzewki

W swoich rozgrzewkach zawsze wprowadzam elementy krytycznego lub kreatywnego myślenia. Zawsze. Dlaczego? Bo to zupełnie zmienia ich dynamikę. Zamiast zgranego formatu, który po prostu można odbębnić bez zaangażowania (find somebody who), ludzie dostają do rozwiązania jakiś problem. Muszą zająć stanowisko. Muszą się wysilić. Nie mogą pozostać obojętni. Ich język musi wznieść się na wyżyny ich możliwości.

5 prostych rozgrzewek na lekcje angielskiego

1. What do you know about…?

Co wiesz o…? To bazowe pytanie. Każdy dostaje do tego np. jedno nazwisko znanej osoby (Steve Jobs, Lady Gaga, Silvio Berlusconi, etc) i musi z nim ruszyć na zbieranie informacji. Wypytać wszystkich, co wiedzą. Drążyć temat. Zbierać fakty, opinie, plotki, cokolwiek. Wszystko się liczy. Na koniec są odpowiedzialni za zdanie nam relacji ze swoich rozmów. Będziecie zaskoczeni, jak dużo ciekawych informacji da się zebrać w kilkuosobowej grupie.

2. 6 countries

Wypisz na tablicy sześć państw, np. Germany, the Czech Republic, China, Canada, Brazil, South Africa. Poproś, żeby każdy sam ułożył je w kolejności od najbardziej atrakcyjnego do najmniej atrakcyjnego, gdyby mógł wyjechać gdzieś na 6 miesięcy pracować i uczyć się. Niech porównają w parach. Wytłumaczą swoje wybory. Na koniec zajęć wróć do tematu, ale trochę zmień pytanie. Tym razem chodzi o sytuację, gdyby musieli gdzieś wyjechać na zawsze, bez możliwości powrotu do kraju. Niech dostosują kolejność i porozmawiają z tym samym partnerem przez kilka minut o zmianach.

3. 5, 10, 18

Wspomnienia to fenomenalny teren do wykorzystania na zajęciach z angielskiego. Mamy przecież tak dużo do powiedzenia o naszej przeszłości. Dlaczego nie skorzystać z tego na zajęciach. Nie tylko w formie mówionej. Ten warm-up jest banalnie prosty. Rozdaję swoim kursantom czystą małą kartkę papieru. Każę im podzielić ją na trzy części. W pierwszej mają zapisać osobę, miejsce lub wydarzenie, które pamiętają z czasów, kiedy mieli około pięć lat. Coś, co utkwiło im w pamięci. Szczególnie coś, co da się opowiedzieć, jakąś historię, nie tylko imię lub nazwę. Chcemy trochę pogadać. W dwóch pozostałych miejscach to samo o wieku dziesięć i osiemnaście lat. Można oczywiście zmienić.

4. How important is … for you?

To ciekawa modyfikacja tych wszystkich zdartych kwestionariuszy typu do you / have you / did you. Ta rozgrzewka jest dużo bardziej otwarta i angażująca. Na tablicy piszę pytanie bazowe jednakowe dla wszystkich. Każdy dostaje inną kategorię, o którą będzie pytał innych. Na przykład: music, reading, the Internet, style, itp. I z pytaniami typu How important is music for you? Każdy pyta każdego o jedną kategorię, zbierając jednocześnie o niej informacje. Pytania są dość otwarte i warto podkreślić na początku, że chodzi o fajną, długą odpowiedź, a nie tylko odburknięcie typu very important albo not important.

5. Associations

To rozgrzewka totalnie minimalistyczna, a na dodatek dobrze nadaje się praktycznie do każdego tematu. Chodzi o skojarzenia. Rozdaję każdemu małą niezapisaną kartkę papieru. Proszę o podzielenie na np. cztery równe części. Wyjaśniam, że w każdej z nich mają zapisać swoje skojarzenie z tym, co zaraz powiem. Cokolwiek przyjdzie im do głowy. Ale coś, o czy choć przez chwilę można porozmawiać. Jeśli lekcja obraca się np. wokół tematu szkoła będę prosił o skojarzenia z 1. maths, 2. phys ed, 3. geography, 4. exam. Potem ludzie dzielą się swoimi skojarzeniami, rozwijają je w rozmowie z innymi. Można się zdziwić, jak wiele mają do powiedzenia.

EngVid – ciekawa darmowa strona do nauki angielskiego

Czy można się nauczyć angielskiego przez internet? Dlaczego nie? W sieci nie brakuje fantastycznych materiałów do nauki. Dostęp do części z nich jest darmowy, bo strony utrzymują się z reklam. Na pewno nie jest to dokładnie to samo co pełny, dobry kurs online, z dobrze ułożonym programem, możliwościami interakcji i innymi funkcjonalnościami ułatwiającymi uczenie się np. słówek.

Warto przyjrzeć się darmowej stronie do nauki angielskiego EngVid. Składa się ona z kilkuminutowych lekcji wideo z prawdziwymi lektorami na różne tematy gramatyczne oraz słownikowe. Nagrania mają dość tradycyjną formę – przed tablicą staje nauczyciel i objaśnia zagadnienie przy pomocy pisaka i krótkiej przemowy.

EngVid - ciekawa strona do nauki angielskiego

EngVid – ciekawa strona do nauki angielskiego

Cóż, nie jest to może bardzo wyrafinowana metoda, ale na pewno pewne urozmaicenie w stosunku do ćwiczeń w sieci, które bardzo często mają powtarzający się format i dość szybko mogą nas znudzić. Szczególnie starsze kursy polegają praktycznie na kilku typach ćwiczeń i mniej cierpliwi uczniowie mogą po kilku lekcjach odczuwać znużenie. EngVid może być dobrą odskocznią, wypełniaczem w bardziej klasycznym stylu.

Na stronie nie chodzi jednak tylko o obejrzenie nagrania z nauczycielem (choć jest to kluczowa część lekcji). Potem możemy przejść do części quiz, gdzie w prostych pytaniach i odpowiedziach przećwiczymy temat lekcji.

Jako zarejestrowany użytkownik możemy też zostawiać komentarze pod nagraniem i dyskutować z innymi uczniami. Od czasu do czasu odzywają się też nauczyciele. Można zadać im pytanie. To kolejna ciekawa cecha tej strony – nie jest w pełni zautomatyzowana, ma jakiś pierwiastek rzeczywistej współpracy z nauczycielem. Myślę, że kursy online lub cd pozbawione tego elementu są trochę ubogie. EngVid ma tu jakąś przewagę.

Zajęcia są uporządkowane na trzech poziomach zaawansowania. Nie jest to na pierwszy rzut oka jakiś szczególnie wyrafinowany podział, ale na pewno trochę ułatwia poruszanie się po materiale. Orientację w terenie ułatwia też podział tematyczny.

Czego tu brakuje? Na pewno jakiejś logicznej sekwencji wydarzeń. Ląduję jako uczeń na takiej stronie, oglądam wideo o powiedzmy języku związanym z ciążą (naprawdę takie mają) i co dalej? Jaki jest najlepszy dla mnie kolejny krok? Wygląda na to, że EngVid nie ma po tym względem wiele do zaoferowania – np. rekomendowanej ścieżki nagrań i ćwiczeń czy jakiegoś systemu, który przeprowadzi ucznia przez kolejne etapy nauki. Przez to całość sprawia trochę chaotyczne wrażenie. Fajne w pierwszym kontakcie, ale żeby oprzeć całą swoją naukę o tą stronę? Raczej nie.

Byłoby to trudne również dlatego, że EngVid ze swoim dość mocno ograniczonym formatem (nagrania przy tablicy + parę ćwiczeń) mogą szybko wpaść w tą samą pułapkę nużenia użytkownika co inne kursy angielskiego online czy na dvd. Jedyną ochroną przed tym scenariuszem może być osobowość różnych nauczycieli, które pracują na stronie.

Krótko mówiąc, EngVid to ciekawy dodatek do arsenału metod i środków do nauki angielskiego, ale raczej za mało, żeby mieć wiodącą rolę w całym procesie.

Jak zarabiać lepiej na nauczaniu angielskiego?

Trend w zarobkach nauczycieli języków obcych, szczególnie angielskiego w szkołach prywatnych, jest jasny. Spadamy. Przyczyn jest kilka: konkurencja ze strony nowych metody uczenia, przesycenie rynku pracy ludźmi z kwalifikacjami do uczenia oraz niższe zainteresowanie prywatnymi kursami.

Czy to oznacza, że lektorzy muszą pogodzić się z niższymi wypłatami? Niekoniecznie. Da się w tej branży, mimo ogólnej tendencji spadkowej utrzymać zarobki, a nawet zarabiać więcej? Jak zarobić więcej na nauczaniu angielskiego?

1. stań się nauczycielem ekskluzywnym

Nie tak dawno każdy, kto miał kwalifikacje do uczenia angielskiego, był przyjmowany z otwartymi ramionami. Dobrze można było zarobić na każdym typie kursów. Te czasy szybko odchodzą w przeszłość, a w niektórych odeszły już kilka lat temu. Za standardowe kursy (np. ogólny dla początkujących czy średniozaawansowanych) stawki są systematycznie zmniejszane. To po prostu towar zbyt przeciętny, żeby płacić za niego nie wiadomo ile. Taki H&M w branży nauczania angielskiego.

Wyższe ceny można zażądać za coś z wyższej półki, coś luksusowego i mniej dostępnego. Jak stać się nauczycielem ekskluzywnym, który może żądać stawek premium? Wyspecjalizuj się. Ja swoją niszę znalazłem w bankowości i na tyle opanowałem nie tylko język, ale też branżę, że pracownicy banków są skłonni płacić naprawdę dobrze. Mają partnera do rozmowy w języku obcym, który wychodzi im bardzo daleko naprzeciw. Minimum gramatyki, minimum rzeczy niezwiązanych, tematyka branżowa w bardzo przystępnej formie.

Są tysiące innych nisz w angielskim, a tzw. English for Specific Purposes (ESP) to najszybciej rosnąca kategoria w nauczaniu angielskiego.

2. otwórz własny biznes

Zanim pieniądze z uczenia trafią do ciebie, swoją dolę potrąci właściciel firmy, dział marketingu, dział obsługi klienta i inni. Koszty prowadzenia działalności w Polsce rosną w zastraszającym tempie i to odbija się niestety na pracownikach produktywnych – w tym wypadku anglistach czy nauczycielach innych języków. A właściciele chcą zarabiać.

Żeby mieć kontrolę nad większą pulą pieniędzy, trzeba po prostu wziąć sprawy w swoje ręce. Zorganizować sobie miejsce pracy (może to też być angielski wyjazdowy), procedury i klientów. Wtedy zapłacimy sobie tyle, ile uda nam się wypracować i żaden menadżer nie będzie decydował o naszych zarobkach.

Znam kilka lektorek, które poszły tą drogą. Podobno utrzymują się na rynku. Co nie jest niestety łatwe. Łączenie funkcji nauczyciela z dbaniem o firmę (z wszystkimi tego urokami i wyzwaniami) to nie lada sztuka, szczególnie na dłuższą metę. Ale jeśli się uda, zarobki będą dużo wyższe niż w zwykłej szkole językowej.

3. zwiąż się z prestiżowymi instytucjami

Szkoły prywatne, nawet te najbardziej znane, będą płacić coraz mniej. Podlegają brutalnym prawom rynku i jeśli konkurencja obniży cenę kursów, one będą zmuszone odpowiedzieć tym samym. Tą obniżkę dla klientów sfinansujemy w dużej części my.

Trochę inaczej wygląda sytuacja na publicznych uczelniach wyższych. Szczególnie bardzo ostatnio rosnące politechniki płacą przyzwoicie w przeliczeniu na godziny. Warto starać się o pracę w takich miejscach, jeśli mamy choć trochę doświadczenia lub wiedzy w pokrewnych dziedzinach. Na studiach obowiązuje bowiem język specjalistyczny.

Inny pomysł to dobre firmy, prywatne i państwowe. Jeśli przekonamy decydentów, że wniesiemy do nich więcej niż tylko klasyczne uczenie z podręczników, możemy wynegocjować super atrakcyjne stawki. Mój rekord to 80zł za 60 minut pracy za roczny kurs cztery razy w tygodniu po 90 minut. Uczyłem z samego rana, więc miałem niezłą satysfakcję kończąc zajęcia ok. 9 i wiedząc, że tego dnia już zarobiłem 120zł brutto.

Czy warto studiować anglistykę?

Mógłbym na to pytanie dość szybko odpowiedzieć, pisząc, czy poszedłbym jeszcze raz na anglistykę, gdybym mógł cofnąć się do czasów licealnych. Nie zrobię tego. Byłoby to zbyt emocjonalne podejście, bo przecież nie mogę narzekać na wszystko, co wydarzyło się na studiach i potem. Z tego punktu widzenia zrobiłbym dziewięć lat temu dokładnie to samo i poszedł na anglistykę.

Tylko że nie o to mi chodzi. Zastanawia mnie bardziej, czy ktoś po maturze, kto rozważa anglistykę jako pomysł na studia, jest na dobrym tropie. Czy warto studiować anglistykę dzisiaj?

Argumenty na nie

1. perspektywy pracy

Rynek pracy dość nieprzyjemnie obszedł się z anglistami. Spadają stawki lektorów angielskiego, konkurencja i technologia utrudniają życie tłumaczy, instytucje publiczne niechętnie zatrudniają ludzi, których głównym atutem jest jedynie język angielski. Studiując anglistykę, szczególnie omijając specjalizacje tłumaczeniową i nauczycielską, praktycznie skazujemy się na szukanie pracy poza najbliższymi branżami. Niby nic, bo przecież mnóstwo ludzi nie pracuje w zawodach zgodnych z wykształceniem, ale z drugiej strony warto zdawać sobie sprawę, że studia stają się wtedy dość hobbistyczne.

2. program studiów

Perspektyw zawodowych nie ułatwia też program studiów, który jest przeładowany teoretycznymi przedmiotami bez najmniejszego związku z biznesem. Świetnie wspominam zgłębianie literatury i kultury anglosaskiej, z przyjemnością chodziłem na niektóre zajęcia z językoznawstwa, bardzo wzmocniłem swoje umiejętności praktyczne w angielskim typu mówienie czy pisanie. Tylko że to nie dało mi prawie żadnych narzędzi do zarabiania pieniędzy.

Tego po prostu nie da się łatwo spieniężyć. Z tym nie da się pójść, jak z wieloma umiejętnościami finansowymi, prawnymi czy inżynierskimi, do firmy i udowodnić swoją przydatność. Wokół tych problemów nie da się zbudować własnej firmy. Pod tym względem anglistyka jest naprawdę w ogonie kierunków wartych studiowania.

3. kadra oderwana od rzeczywistości

Na anglistykach uczą ciekawi, niebanalni ludzie. Naukowcy zajmujący się niszowymi problemami języka, analizą metafor, specjalizujący się w nieuczęszczanych zakątkach literatury czy historii. Kontakt z nimi jest bezcenny, szczególnie jeśli mają talent do nauczania i zarażania pasją.

Niestety wiedza, którą przekazują i promują, jest słabo nakierowana na rozwiązywanie prawdziwych problemów. Poza tym, jako pracownicy sektora publicznego, nie są zbyt dobrze nastawieni do innowacji czy przedsiębiorczości. A to są w tej chwili podstawy życia gospodarczego, w które studenci anglistyki również będą musieli się włączyć. Szybciej niż im się wydaje.

Argumenty na tak

1. nowe horyzonty

Na anglistyce można się niesamowicie dużo nauczyć. Szczególnie jeśli wychodzi się poza schematy narzucone przez program studiów i penetruje to, czym naprawdę się interesujemy. Angielski w połączeniu z krytycznym podejściem do rzeczywistości pozwala nam wtedy bardzo szybko się rozwijać. Czytać w oryginale (nie tylko średniowieczne poematy angielskie). Poszerzać swoją wiedzę ogólną i szczegółową.

Stąd już nie tak daleka droga do szybkiego dostosowania się do reguł rynku pracy, które tak szybko się zmieniają. W tym sensie studiowanie „elastycznej” anglistyki może okazać się lepsze niż „sztywnej” księgowości. Ale tylko pod warunkiem, że pod pojęciem „elastyczna” nie widzimy szansy na obijanie się i unikanie zaangażowania w cokolwiek.

2. przyjemności

To wielka radość czytać literaturę w oryginale czy wyrażać swoje myśli w obcym języku tak, że mówimy lub piszemy wszystko, co chcemy. W tym sensie dla wielu studentów anglistyki jest to doświadczenie transformacyjne. Trzeba jednak otwarcie przyznać, że to samo wrażenie robienia czegoś super przyjemnego może towarzyszyć wielu innym „lżejszym” kierunkom – dziennikarstwu, psychologii czy socjologii.

Dlaczego spadają stawki dla lektorów języków obcych?

Stawki dla lektorów angielskiego w szkołach prywatnych spadają od lat. To fakt, z którym nie może pogodzić się rzesza świetnie wykształconych i zaangażowanych nauczycieli, szczególnie tych z dłuższym stażem. Ten negatywny trend nie tylko stoi w sprzeczności z tym, do czego przyzwyczailiśmy się w kwestiach zawodowych – mianowicie, że wraz z czasem i nabywaniem doświadczeń jesteśmy wynagradzani coraz lepiej. To również olbrzymi policzek dla branży przyzwyczajonej do zamożności w latach prosperity na rynku.

Jak spadać to z wysokiego konia

Gdy zaczynałem pracę w dużej sieciowej szkole w Poznaniu w październiku 2005 roku ze świeżym licencjatem w ręku, miałem minimalne konieczne kwalifikacje, trochę doświadczenia w prywatnych korepetycjach oraz mnóstwo pozytywnego nastawienia do zawodu oraz ludzi. To wystarczyło, żeby zostać przyjętym do markowej szkoły i od pierwszej lekcji zarabiać 60zł za 60 minut pracy.

To było zdecydowanie powyżej moich oczekiwań, a że godzin do wzięcia od zaraz było dużo, natychmiast zacząłem bardzo dobrze zarabiać. Mój brat informatyk, który dopiero zaczynał swoją karierę programisty, patrzył na mnie z podziwem.

W tej chwili żadna prywatna szkoła, jaką znam, nie płaci tyle za prowadzenie standardowych zajęć angielskiego. Może inaczej jest w Warszawie. Moja „macierzysta” szkoła oferuje w tej chwili maksymalnie 45-48zł za 60 minut pracy, a do tego nie ma już tyle grup. Skumulowany efekt to zdecydowanie niskie zarobki. Trzeba przyznać, że jest to spadek z dość wysokiego konia.

Dlaczego stawki dla lektorów spadają?

W pokojach nauczycielskich dominują rozgoryczenie i obawy, jeśli chodzi o zarobki w branży nauki angielskiego. Niestety zbyt często obiektem oskarżeń padają właściciele szkół i nimi zarządzający, jakby to ich nieuzasadnione niczym decyzje były jedyną przyczyną zmian.

Stawki spadają z trzech powodów:

1. większa konkurencja

Co ważne, nie chodzi tylko o większą konkurencję ze strony innych szkół językowych, które od początku poprzedniej dekady rozmnożyły się niemiłosiernie. Chodzi także o nowe metody nauki, które skutecznie wypierają z rynku standardowe kursy w klasach. Niektóre z nich obywają się bez jakiejkolwiek ingerencji nauczycieli – jest olbrzymi wybór interaktywnych kursów angielskiego online, gazety hurtowo dodają płyty do nauki do papierowych wydań, w internecie krążą setki tysięcy mniej lub bardziej przydatnych materiałów, włącznie z audio czy wideo.

Angielskiego można uczyć się z nauczycielem przez Skype’a, łącząc się ze swojego pokoju z kimś w Stanach na bardzo produktywną pogawędkę twarzą w twarz. Koszty mogą być nawet niższe niż te za kurs w dużej grupie z lektorem zagadką.

2. mniejsze zapotrzebowanie

Ludzie cały czas inwestują w uczenie się angielskiego, ale szaleństwo trochę zmalało. W prywatne szkoły uderza na pewno przesycenie angielskim w szkołach publicznych. Po kilkunastu latach nauki od przedszkola po studia wyższe, ludzie nie chcą iść na kolejny typowy kurs. Jeśli już, najchętniej rozwijaliby swoje umiejętności inaczej. Może na kursie zagranicą, gdzie mają większą szansę na kontakt z żywym językiem, a może po prostu rzucając się na głęboką wodę i pracując lub studiując zagranicą.

Trochę mniej jeździmy też do pracy do krajów typu Anglia, Irlandia czy Szkocja, a tacy podróżnicy za chlebem to była zawsze poważna grupa klientów szkół językowych.

3. nadpodaż pracowników

To, co jeszcze 5-8 lat temu było posuchą, teraz zamienia się w klęskę urodzaju. Menadżer szkoły, w której uczę, powiedział mi kiedyś, że teraz łatwiej znaleźć mu kogoś na stanowisko lektora angielskiego niż do roznoszenia ulotek na kilka dni. Tysiące anglistów i pokrewnych wypuszczane co roku na rynek pracy z myślą o wsparcie systemu edukacji doprowadziły najpierw do nasycenia rynku, a później do przesycenia.

Dlaczego płacić komuś 60zł, jeśli w kolejce są chętni pracować choćby za połowę stawki. Nic dziwnego, że stawki spadają i będą spadać. Byłoby dziwne, gdyby pracodawcy nie skorzystali z rynku, który wyraźnie sprzyja ich interesom. O ile na przykład programiści mogą dyktować warunki, to czasy takiego komfortu dla nauczycieli prawdopodobnie bezpowrotnie się skończyły.

Co zrobić, żeby uciec spod tego spadającego noża? Przeczytaj trzy skuteczne sposoby na wyższe zarobki.

Angielski polskich dziennikarzy (cześć druga)

W poprzedniej części zająłem się językiem angielskim Tomasza Lisa, Bartosza Węglarczyka oraz Kuby Wojewódzkiego. Nie każdy z tych dziennikarzy ma powody do dumy. Szczególnie nauczyciele Kuby mogą patrzeć na swojego byłego podopiecznego z pewnym zażenowaniem. Angielski to dla niego język w dosłownym tego słowa znaczeniu obcy.

Moje oceny są subiektywne i nieoparte na żadnej metodologii. Najbardziej doceniam naturalność oraz spontaniczność połączoną z brakiem rażących błędów. Nie interesuje mnie, czy znani dziennikarze dorobili się akcentu czy dobrze stosują trzecią osobę w present simple. To rzeczy drugorzędne – najważniejsze, jest to, czy potrafią kontrolować i prowadzić sytuacje, w których muszą polegać na języku angielskim.

Przyznaję, że nie zawsze miałem też dostęp do szczególnie dużej ilości materiałów. Bazuję raczej na swoich wrażeniach z tego, co widziałem lub usłyszałem w różnych okolicznościach – w telewizji, w internecie, w radio.

1. Magdalena Mołek / ocena: 4 (szczególnie za postępy)

Magda Mołek to jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy polskiej telewizji, doceniana za ambicję, profesjonalizm i styl. Pamiętam, jak we wcześniejszej fazie kariery prowadziła rozmowę po angielsku (niestety nie pamiętam z kim i nie potrafiłem znaleźć nagrania w internecie). Nie można jej było odmówić zaangażowania, odwagi i czaru, ale jej umiejętności graniczyły z kompromitacją. To było naprawdę złe. Zero kontroli, zero płynności, prymitywne wysławianie się.

Kilka lat później Magda Mołek jest w zupełnie innym miejscu jeśli chodzi o swój angielski. W swoich programach rozmawia głównie po polsku i nie przypominam sobie, żeby zaprosiła ostatnio kogoś z zagranicy czy to do TVN Style, czy do Dzień Dobry TVN, ale widziałem jej nowsze angielskie wywiady. Zmiana jest jakościowa. Po prostu nauczyła się angielskiego. Brawo za determinację w osiąganiu celów.

2. Oliwier Janiak / ocena: 4-

Bywalec salonów, mężczyzna szykowny i wspaniale ubrany, pomysłodawca magazynu MaleMen nie może niż znać angielskiego. Pytanie, jak dobrze go zna.

Moja ocena bierze się z jego występu w finale drugiej edycji Top Model u boku Joanny Krupy. Zastąpił tam Bartosza Węglarczyka i trzeba przyznał, że się sprawdził. W programie obecny był właściciel jednej z międzynarodowych agencji modelek i Oliwier kilka razy zamienił z nim słowo.

Wyglądało to, jakby świetnie i swobodnie mówił po angielsku. Ale tylko wyglądało. W rzeczywistości było to bardzo sztuczne. Żaden Anglik czy Amerykanin nie zadawałby takich pytań i nie reagował w ten sposób na odpowiedzi. Było jak najbardziej komunikatywnie, ale po stronie precyzji i naturalności nie można tego występu uznać za udany.

3. Marek Niedźwiedzki / ocena: 4-

Z kim ten dziennikarz muzyczny Trójki nie rozmawiał? Madonna, Peter Gabriel, wielu, wielu innych z absolutnego świecznika popkultury. Rozmawiał z nimi po angielsku, wielokrotnie na antenie, bez możliwości montowania czegokolwiek. To dowód na to, że Niedźwiedzki jest w stanie poruszać się w angielskojęzycznym świecie z pewną swobodą.

Jedyne moje zastrzeżenie jest takie, że jego rozmowy często opierają się na kilku powtarzalnych schematach. „Jak ci się podoba w Warszawie?”, „kiedy nowa płyta?”, „jakie plany koncertowe?”. Niby wszystko w porządku, a jednak mam wrażenie, że ikona polskiego radia trochę śmiga po powierzchni. Widać to też po pewnym zakłopotaniu, kiedy schemat się wyczerpuje lub artysta odpływa w mniej komfortowe dla Marka Niedźwiedzkiego terytorium.

W następnym odcinku serii o angielskich polskich dziennikarzy Grażyna Torbicka, Jolanta Pieńkowska oraz Marcin Kydryński.

Kompleks polskiego akcentu

Z jakiegoś powodu prawie każdy uczący się angielskiego Polak zwraca dużą uwagę na akcent. Z regularnością jak w zegarku moi uczniowie pytają mnie, jak wypracować brytyjski albo amerykański akcent.

Niedawno wyczytałem w artykule poświęconym wymaganiom pracodawców wobec kandydatów do pracy, że nie wystarczy już mówić po angielsku czy w innych językach. Firmy życzą sobie, żeby mówić z niepolskim akcentem. Nie wiem, czy było to oparte na rzeczywistych badaniach, czy wymyślił to dziennikarz na potrzeby tekstu, ale w każdym razie jest to najgłupsza rzecz, jaką słyszałem.

Dlaczego chcemy się pozbyć polskiego akcentu?

Bo się go wstydzimy. Przez lata żyliśmy w cieniu bardzo negatywnego stereotypu o Polsce i Polkach, szczególnie w krajach, na których opinii najbardziej nam zależy – Niemczech, Wielkiej Brytanii czy USA. Nasz wschodnioeuropejski akcent mocno nas z tym stereotypem identyfikował. Łatwiej niż zmazać szkodliwy obraz kraju w oczach obcokrajowców jest po prostu przepracować charakterystyczny sposób mówienia i sprawiać mniej polskie wrażenie.

Czy polski akcent w angielskim jest wieśniacki?

Czy polski akcent w angielskim jest wieśniacki?

Polski to język z rodziny słowiańskich, jak rosyjski, więc jesteśmy dodatkowo wrzucani do tej samej przegródki co Ukraińcy, Białorusini czy Rosjanie. A przecież wolimy myśleć o sobie jak o prawdziwych Europejczykach. Dlatego chcemy choć trochę przesunąć się w kierunku krajów zachodnich mówiąc w ich stylu. Niekoniecznie jak Londyńczyk, ale przynajmniej nie jak ktoś ze wschodniej Europy.

Miałem wiele okazji do rozmów po angielsku z ludźmi z całego świata. To fascynujące, że Włosi, Francuzi, Islandczycy, Finowie, Hiszpanie czy Japończycy nie walczą ze swoją naturalną fonetyką. Mimo że inni uważają ich angielski za łamany, dziwaczny czy nieidealny. Jeśli tylko używają go w sposób komunikatywny i poprawny gramatycznie i leksykalnie, wszystko gra. W pewnym sensie ich akcent dodaje im uroku, a może pewności siebie. Na pewno czują się z nim swobodniej niż wszyscy, którzy najpierw muszą skupiać się na maskowaniu swojego naturalnego sposobu mówienia, a dopiero potem na wyrażaniu myśli.

Gdyby Tomasz Stańko przed podbiciem Ameryki swoją grą na trąbce chciał doskonale nauczyć się angielskiego i pozbyć się polskiego akcentu, nigdy nie wyjechałby z Polski i nigdy nie trafiłby do Nowego Jorku (gdzie obecnie mieszka). Bo do dzisiaj mówi z wyczuwalnym polskim akcentem! Ale czy to takie ważne, kiedy ma w zanadrzu dodatkowe umiejętności? To jest właśnie klucz do utraty kompleksu polskiego akcentu czy pochodzenia. Bądź w czymś dobry – ludzie będą chcieli cię słuchać nie ze wzgledu na twój akcent, tylko na to, co masz do powiedzenia. Więcej przykładów ludzi typu Tomasz Stańko w komentarzach.

Dlaczego pracodawcy żądają obcego akcentu?

Wracając do doniesień z prasy, pracodawcy żądając od kandydatów do pracy obcego akcentu albo nie wiedzą, o co proszą, albo proszą o coś absolutnie niepotrzebnego. Oczywiście można włożyć olbrzymi wysiłek w wypracowanie akcentu, ale udaje się to nielicznym poza urodzonymi w miejscu pochodzenia tego akcentu. Cały ten czas i energia powinny być skierowane nie na walczenie ze swoim naturalnym akcentem, ale rozwijanie takich umiejętności jak precyzyjny dobór słownictwa i struktur, wyrażanie myśli w mowie i piśmie oraz zrozumienie innych.

To są podstawy komunikacji – czyli najważniejszego celu, do jakiego dążymy ucząc się języka. Problem pracodawców, wielu uczących się języka oraz nauczycieli polega na tym, że nie traktują angielskiego jak praktycznego narzędzia, ale piękny kwiat, który ma dobrze wyglądać w CV oraz podczas wyuczonej rozmowy kwalifikacyjnej.

Niestety wpisuje się to trochę w dość powszechną w naszym myśleniu kulturę atrapy. Rzeczy nie mają dobrze funkcjonować. One mają tylko dobrze się prezentować, wyglądać. Język nie ma być użyteczny. On ma dobrze brzmieć, z obcym akcentem.

Akcent a wymowa

Warto zauważyć, że akcent ma niewiele wspólnego w poprawną wymową. Można mówić poprawnie fonetycznie, ale wciąż z niemieckim, francuskim, włoskim czy polskim akcentem. Mocniejszym lub słabszym. W dobrą wymowę warto inwestować bez zastanowienia, w sztuczny akcent – na własną odpowiedzialność.

Wady pracy lektora angielskiego

Praca nauczyciela angielskiego ma wiele zalet. Należą do nich między innymi intensywny i niebanalny kontakt z ludźmi oraz duża różnorodność, szczególnie jeśli pracujemy w różnych instytucjach, na różnych poziomach i podręcznikach, różnymi metodami. Nie trzeba uczyć długo, żeby zacząć dostrzegać wady pracy lektora angielskiego. W wielu przypadkach z czasem wady przebijają się na pierwszy plan. Oto moja osobista lista.

1. powtarzalność problemów

To prawda, że da się osiągnąć sporą różnorodność jako nauczyciel angielskiego. Wynika ona z uczenia z różnych podręczników, na różnych kursach i poziomach czy też w różnych instytucjach. A jednak nawet przy takiej wielostronnej organizacji pracy nie da się uciec od wrażenia, że wiele problemów, które napotykamy, są identyczne. Powtarzają się.

Nasi kolejni uczniowie mają trudności z opanowaniem tej samej gramatyki, robią podobne błędy fonetyczne, pytają o powtarzające się słownictwo, mają skłonności do ulegania zbliżonym kalkom z polskiego. Naszym zadaniem za każdym razem jest doprowadzenie ich do podobnego standardu. Z doświadczenia wiemy, że najlepiej działają te, a nie inne metody.

Jest różnorodność, ale jest też olbrzymia powtarzalność. Na początku można jej nie dostrzegać, ale z czasem na pewno to wrażenie przyjdzie. A potem się nasili. Bo przecież najbardziej rozwijamy się wtedy, gdy robimy coś nowego. Idziemy do przodu. Mierzymy się z wyzwaniami. W nauczaniu języka tych wyzwań może całkiem szybko zabraknąć. Jak szybko? To już zależy od naszego nastawienia, ambicji, itp.

2. stres

Podobno najbardziej stresującym zawodem na świecie jest zawód pilota. Wysoko w rankingu jest też tłumacz konferencyjny. Nie wiem, gdzie jest lektor języka angielskiego (lub innego), ale z moich doświadczeń i obserwacji kolegów po fachu dam głowę, że dość wysoko. Są nauczyciele z większym luzem, ale mi tego stanu nigdy nie udało się osiągnąć.

Stres wynika z konieczności regularnego stawania przed dużą liczną ludzi. Ci ludzie zmieniają się co półtorej godziny. Trzeba ich rozgrzać, przestawić na edukacyjne tory, zmotywować do działania, utrzymać ich zainteresowanie, a do tego być miłym, pomocnym i interesującym. I kompetentnym. Jeśli uczymy kilka grup dziennie, obsługujemy na tym poziomie zaangażowania ok. 50 osób, czasem więcej.

Wymagania są wysokie, szczególnie jeśli są to prywatni klienci. Zapłacili i mają prawo do wysokiej jakości usług. Trochę mniej stresu jest w szkołach publicznych, ale tu wchodzą problemy dyscyplinarne czy motywacyjne.

3. edukacja się zmienia

Jeszcze kilka lat temu byłem pewien, że tradycyjna nauka twarzą w twarz, na żywo, w klasie, nigdy nie straci swojej siły. Od jakiegoś czasu moje nastawienie coraz bardziej się jednak zmienia. Inaczej się teraz uczymy, inaczej konsumujemy informacje, czegoś innego wymaga od nas świat pracy. Mniej czytamy, mniej polegamy na autorytetach, bardziej liczy się innowacja niż przestrzeganie reguł. A do tego mamy dostęp nie tylko do fenomenalnych materiałów do nauki, ale też żywego języka. W internecie i na żywo – jaki problem wyjechać, poznać obcokrajowców.

Uczenie się z książek, uczenie się w klasie, uczenie się w starym stylu po prostu coraz mniej działa. Widać to w malejącej motywacji uczniów oraz ich niezgodzie na techniki, które jeszcze pięć lat temu każdy przyjmowali jak prawdę objawioną.

Czy jest tu miejsce dla lektora języka angielskiego? Na pewno tak, ale w trochę innej roli. Inspiratora, motywatora, mediatora, moderatora. Póki co wygląda to jednak dość niepokojąco – nauczyciele uczą w starym stylu, uczniowie coraz słabiej na to reagują, nikt nie ma gotowej odpowiedzi na to, jak dobrze uczyć w dzisiejszych czasach.

4. znikające zarobki, malejący prestiż

Przeżyliśmy boom na usługi językowe. Pod jego wpływem wielu młodych ludzi studiowało anglistykę, germanistykę i inne językowe kierunki. Wydawało się, że nie będzie problemu ze znalezieniem dobrze płatnej pracy. Tak rzeczywiście było jeszcze pięć-sześć lat temu.

Sam pamiętam jak dziś wizytę na rozmowę kwalifikacyjną w znanej szkole sieciowej w Poznaniu po ukończeniu licencjatu. Na pytanie o swoje oczekiwania finansowe podałem stawkę studenckich korepetycji, a moja przyszła szefowa podsunęła mi do podpisu umowę ze stawką trzy razy wyższą. Mój brat informatyk myślał wtedy o przekwalifikowaniu się.

Grupy były liczne i nieprawdopodobnie zmotywowane. Ludzi jeździli zagranicę do pracy, widzieli swoją szansę w nauczeniu się lepiej języka. Dzisiaj krajobraz jest zupełnie inny. Konkurencja ze strony alternatywnych metod (choćby angielski online) się wzmogła, a liczba klientów znacząco zmalała.

Zmalały też stawki dla lektorów angielskiego. I to kilka razy w przeciągu kilku lat. Nie ma najmniejszego powodu, żeby sądzić, że trend się odwróci. Dodajmy do tego niż demograficzny przechodzący przez polskie szkoły publiczne i mamy przepis na piękną katastrofę. Sytuacja na rynku pracy to w tej chwili olbrzymia wada pracy lektora angielskiego. Szczególnie jeśli liczymy na ponadprzeciętne zarobki.

Angielski polskich dziennikarzy (cześć pierwsza)

Czy topowy dziennikarz powinien znać angielski? Nikt nie przekona mnie, że nie. Nie chodzi o to, żeby swobodnie pisać po angielsku albo prowadzić w tym języku program telewizyjny czy radiowy. Chodzi o umiejętność porozumiewania się i poruszania w międzynarodowym towarzystwie, a także konsumowania informacji w angielskiej wersji językowej. To gwarancja tego, że dziennikarz nie musi polegać na polskich tłumaczach i interpretatorach, żeby pojąć, co się dzieje poza polskojęzycznym światem.

A to właśnie angielski jest w tej chwili międzynarodowym językiem wymiany idei. W tym języku publikowana jest najbardziej opiniotwórcza prasa (w tym internetowa) w każdej praktycznie branży, od polityki po kulturę. Każdy inny język, w tym polski, to dodatkowe bogactwo, ale punktem wyjścia jest najczęściej angielski. Jak radzą sobie z nim znani polscy dziennikarze?

1. Tomasz Lis / ocena: 5+

Trudno inaczej ocenić dziennikarza, który ze swadą i swobodą rozmawia z największymi postaciami globu, np. z przywódcą Tybetańczyków Dalajlamą, publikuje w prestiżowych tytułach takich jak Financial Times i jest zapraszany na imprezy typu World Economic Forum w charakterze lidera młodego pokolenia.

To profesjonalista i perfekcjonista (co wielu może drażnić) który ostrogi zdobywał na stażach w amerykańskiej telewizji oraz podczas swojego pobytu w Waszyngtonie jako korespondent Telewizji Polskiej. Mówi płynnie i swobodnie, bez wysiłku i przesady charakterystycznej dla wszystkich, którym angielski wciąż sprawia trudność. Nie wypracował amerykańskiego akcentu, raczej coś na kształt własnego stylu mówienia w tym języku, co jest w moim przekonaniu jeszcze lepszym osiągnięciem niż papugowanie kogokolwiek.

2. Bartosz Węglarczyk / ocena: 5+

Dziennikarz Gazety Wyborczej oraz TVN, dość nietypowy i nieudolny celebryta, ale przede wszystkim znawca tematyki międzynarodowej. Był korespondentem Wyborczej między innymi w Waszyngtonie. Z takim backgroundem byłoby wstydem nie posługiwać się językiem na pewnym poziomie wyrafinowania.

Z lekkością prowadzi po angielsku rozmowy z ludźmi polityki, show biznesu oraz ekspertami od spraw międzynarodowych. Podczas pierwszego finału Top Model, który prowadził razem z Joanną Krupą, miał okazję popisać się w kilku sytuacjach językiem. Był spontaniczny i zabawny. A nie każdemu to wychodzi w języku obcym.

3. Kuba Wojewódzki / ocena: 2

Nie wiem, gdzie był Wojewódzki, kiedy Bóg rozdawał talent do języków, ale na pewno nie tam, gdzie trzeba. Ten fenomenalny dziennikarz i animator kulturalny, który od pewnego czasu funkcjonuje głównie jako gospodarz talk show oraz nadworny skandalista, nie potrafi sklecić kilku sensownych zdań po angielsku. Robi błędy fonetyczne nawet w nazwach znanych artystów, tytułach piosenek. Nie potrafi poprawnie powiedzieć Google.

Prawie w ogóle nie zaprasza do swoich programów zagranicznych gości, a podczas międzynarodowej edycji Idola był jedynym jurorem oceniającym uczestników w języku ojczystym. Robił to z charakterystyczną swadą, ale wyraźnie odstawał od reszty. Angielski to jego pięta achillesowa, ale nie przeszkadza mu to w absolutnie niczym.

W kolejnych odcinkach subiektywnej serii o znajomości angielskiego wśród polskich dziennikarzy między innymi Wojciech Mann, Magda Mołek, Oliwier Janiak, Marek Niedźwiedzki, Grażyna Torbicka, Marcin Kydryński i inni.